„Chcesz chorować na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”. Polacy walczyli z okupantem niemieckim także humorem

„Chcesz chorować na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”, „Swędzi dupa – jedź do Kruppa” – to jedne z wielu haseł, jakie stały się orężem w walce z okupantem niemieckim. W Cafe Konspira o swoich jakże różnych doświadczeniach wojennych opowiadali: Andrzej Uchwat – żołnierz Kedywu i porucznik Armii Krajowej oraz Stanisław Wołczaski – powstanie warszawski, kolporter polskiego Biura Informacji i Propagandy.

Andrzej Uchwat, ps. „Wichura”, porucznik Armii Krajowej przez 4 lata w czasie II wojny światowej, urodził się na Górnym Śląsku, a jego ojciec pracował jako kolejarz w Bielsko-Białej. Już jako żołnierz Związku Walki Zbrojnej trafił do Kedywu (Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej – przyp.red.).

-Kedyw należał jako organizacja do Armii Krajowej. Każdy okręg posiadał swój oddział, powiedzmy, czystej żandarmerii. To były specjalne plutony do zadań specjalnych. Wysyłano nas tam, gdzie konspiracja nie zdawała egzaminu. Jeśli nie poradziła sobie z jakąś akcją – wtedy nas wzywano i załatwialiśmy sprawę. Nad nami sprawowano specjalny nadzór. Mieliśmy bardzo dobre pistolety i karabinki. Przeważnie działaliśmy w miastach i to za dnia – rozpoczął opowieść Andrzej Uchwat.

Zasłużony członek Kedywu opowiedział o jednej z akcji, w której brał udział, chociaż zaznaczył, że pomija niektóre drastyczne szczegóły.

-Trzech naszych żołnierzy z AK zabrało Gestapo i wywieziono ich do obozu. Dostaliśmy potwierdzoną informację, że przedwojenny oficer rezerwy, Polak z pochodzenia, był konfidentem i donosił Niemcom. Sąd wojskowy w naszym obwodzie szybko skazał go na karę śmierci. Dostałem dokument do ręki i powiedziano mi: Wykonać –to wasza sprawa do końca. – opowiada Andrzej Uchwat. – Musiałem to załatwić tak, jak masę innych podobnych zadań. Zrobiłem dobre rozeznanie na temat konfidenta: gdzie mieszka, co robi, kiedy wychodzi itp. 3-4 dni obserwacji takiego człowieka oraz wywiad wśród sąsiadów wystarczył. Przyszliśmy w śliczny słoneczny dzień. Weszliśmy na górę do domu. Pełno niemieckiego wojska wokół. Zapukaliśmy, otworzył drzwi i od razu wpadł w przerażenie, bo kolega za wcześnie wyjął pistolet. Oficer już widział, co się będzie działo i cofnął się. Mój kolega wypalił, a obok stała żona i zamiast zastrzelić mężczyznę, zabił tę kobietę.

Jak relacjonuje po latach porucznik Uchwat, sprawa się na tym nie skończyła. Wycofał się wraz ze swoim kolegą. Na szczęście nie zostali złapani przez patrole niemieckie, które usłyszały strzały w pobliżu. Po trzech dniach zorganizowano pogrzeb zastrzelonej kobiety. Okazało się, że nie była to Polka lecz „volksdeutschka”. Podpisała volkslistę i to dzięki niej polski oficer był tak ustawiony, a pod jej silnym wpływem donosił na swoich rodaków.

-Później kazano nam zlikwidować jeszcze oficera podczas pogrzebu jego żony, ale zebrało się tyle niemieckiego wojska, że akcja się nie udała. Niemcy, zdając sobie sprawę, że człowiek jako donosiciel jest u nich spalony, a my będziemy na niego polować, przenieśli go wraz z rodziną do innego miasta. Miesiąc po pogrzebie kobiety przyszła do naszego okręgu Kedywu wiadomość, że dnia tego i tego na podstawie wyroku sądowego zlikwidowano człowieka. Dorwali tam gościa w biały dzień i zabili białą bronią, ponieważ było to duże miasto i strzelanie spowodowałoby zbyt duże zamieszanie. Jednak nie uniknął kary. Przesiedlenie nic nie dało – dodał Andrzej Uchwat ps. „Wichura”.

Kontrastem do wspomnień członka Kedywu okazało się wystąpienie Stanisława Wołczaskiego. Członek światowego związku Armii Krajowej podczas Powstania Warszawskiego miał 14 lat. Szybko zaciągnął się do Wydziału VI Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej czyli Biura Informacji i Propagandy. Tam służył jako kolporter. Rozprowadzał gazety, wieszał plakaty mające podbudować warszawiaków na duchu i deprymować okupacyjne wojska niemieckie. Podczas spotkania w Cafe Konspira Wołczaski poruszył rzadki temat humoru w Warszawie podczas okupacji oraz Powstania Warszawskiego.

-Jeżdżąc przez Warszawę, aby uczyć się na tajnych kompletach, codziennie czytałem różnego rodzaju napisy na murach. Zaczęło się od tego, że Niemcy napisali w wielu miejscach publicznych „Nur fur Deutsch”, czyli „Tylko dla Niemców”. Wtedy Polacy malowali to samo stwierdzenie w konspiracji np. na bramach cmentarnych albo latarniach. Kiedy w 1942 roku Hitler stanął pod Moskwą, zorganizowano od razu w całej Generalnej Guberni zbiórkę futer i kożuchów – wszyscy musieli je oddawać na rzecz wojska III Rzeszy. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Na murze namalowano: „Choć futrzane macie gacie, nigdy wojny nie wygracie!” albo rysowano Hitlera ubranego w damskie futro, a pod nim tekst: „W tym futerku nie wygrasz wojny Hitlerku” – sypał jak z rękawa wojennymi żartami Stanisław Wołczaski.

Młody kolporter w powstaniu był uważnym obserwatorem rzeczywistości. Biegając po pogrążonej w wojnie stolicy, wychwytywał i zapamiętywał najciekawsze hasła, które Polacy umieszczali na murach lub drukowali na bibule i polskich ulotkach informacyjno-propagandowych.

-„Czemu Ty Hitlerze pod Moskwą stoisz? Czy na Włocha czekasz? Czy się Ruska boisz? – Na Włocha nie czekam, Ruska się nie boję, jeno dupa mi przymarzła, więc pod Moskwą stoję” – takie żarty krążyły po Warszawie. Dobry przykład na satyryczne działania Polaków dotyczy Dworca Głównego – Hauptbahnhof Warschau. Wywieszono olbrzymie billboardy z napisem: „Jedźcie z nami do Niemiec na roboty”. Już następnego dnia wisiała korekta: „Jedźcie sami na roboty do Niemiec”. Wydano też w formie nekrologu rymowankę: „Chcesz chorować na suchoty – jedź do Niemiec na roboty” lub „Swędzi dupa – jedź do Kruppa”. Niemcy zawsze podawali komunikaty, że idą do przodu, więc nasi napisali pewnego razu w ich imieniu: „Wczoraj w Stalingradzie zdobyliśmy dwa pokoje z kuchnią, w ubikacji bronią się Sowieci” – opowiadał Stanisław Wołczaski.

Uczestnicy spotkania z bohaterami wojennymi mogli poznać konspiracyjną gwarę, którą posługiwano się choćby podczas powstania, żeby utrudnić rozpracowywanie Niemcom polskich akcji. Wśród ludności cywilnej też przyjęło się używać takich określeń.

-Żandarm – tymczasowy, samochód żandarmerii – buda, pistolet maszynowy – rozpylacz, chleb nazywano odrzutowcem, na megafony mówiono szczekaczki, a na gazetę niemiecką szmatławiec albo gadzinówka, zaś rewizja to była macanka – opowiadał Stanisław Wołczaski.

Kolporter stwierdził, że pamięta około 200 powiedzeń okupacyjnych oraz żartów. Powoli zaczyna je spisywać. Jednym z jego ulubionych jest dowcip o jasełkach.:

  • Nie będzie w tym roku jasełek dla dzieci. Niemcy zabronili.
  • A dlaczego?
  • Z powodu braku głównych aktorów: Pan Jezus w getcie, Matka Boska w Nazarecie, osioł w Rzymie, diabeł w Berlinie, Trzej Królowie w Londynie – nie ma komu występować…
PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ