Donosicielstwo was brzydzi? Według naukowców, komentarze w sieci są nowoczesną formą donosu

Donoszenie jest naturalnym towarzyszem życia politycznego oraz siostrą terroru rewolucyjnego, ale określenie „donos” wymaga stałego wyjaśnienia, z powodu szerokiego znaczenia. Takie wnioski płyną z konferencji wrocławskiego oddziału IPN-u pt. „Delatorzy, donosiciele, informatorzy, osobowe źródła informacji – ludzie, zjawisko”.

Dr Maciej Zakrzewski z krakowskiego IPN-u, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła II w Krakowie przypomniał portret Pawlika Morozowa, który został przez stalinowską propagandę wykreowany na patrona ruchu pionierskiego i wzór do naśladowania dla dzieci w ZSRR. Młodzieniec doniósł na swojego ojca, który należał do antystalinowskiego spisku kułaków.

-Jednostka o nikłym doświadczeniu życiowym donosi na swojego ojca. Dochodzi do sporu pomiędzy organizmem a organizacją. Oczywiście za tym mitem politycznym idzie cała praktyka, która polega nie tylko na donoszeniu na członków rodziny, ale zarysowano tutaj cały konflikt pomiędzy państwem a obywatelem. Donosicielstwo polityczne jest pewnym naturalnym towarzyszem życia politycznego. Przybiera ono czasami formy zinstytucjonalizowane. Zwykle jest nieodłącznym komponentem wszelkiego rodzaju spisków, przewrotów oraz rewolucji. Donosicielstwo nazwałbym siostrą terroru rewolucyjnego, który bez donosu jest po prostu ślepy – mówił dr Maciej Zakrzewski.

Członek krakowskiego IPN-u zauważył, że w klasycznym ujęciu polityki nie stawiano donosicielstwa jako przykładu cnoty politycznej. To wynalazek XX-wieczny. Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle” pisał, że donosicielstwo było i jest znane w różnych cywilizacjach, na ogół jednak nigdy nie było podnoszone do godności cnoty. W cywilizacji nowej wiary, we współczesności jest zalecane, jako cnota podstawowa dobrego obywatela.

-Warto pamiętać, że istotą polityki totalitarnej nie jest nigdy przemoc czy terror same w sobie, ale proces wychowawczy człowieka, jego ukształtowanie za pomocą pewnego zbioru instrumentów. Jednym z istotniejszych jest właśnie donos. O ile przemoc, represja jest aktem porządkującym, to donos pełni funkcję aktu lojalności wobec nowego podmiotu mocy. Kategoria tajnego współpracownika jest tu instrumentem kontrrewolucyjnym, narzędziem, wykorzystaniem wroga przeciwko wrogom – mówił Zakrzewski.

Dr hab. Jarosław Syrnyk z wrocławskiego IPN-u postuluje, aby określenie „donos” rozróżniać ponieważ ma to niemałe znaczenie w rozumieniu i interpretowaniu historycznym. Ma on bowiem wrażenie, że pod tą uogólniającą formułą znajduje się szereg tak naprawdę bardzo różnych zagadnień.

-Czym innym wydaje się być bowiem anonimowy donos, wysłany władzom, o którym bez obawy o własne bezpieczeństwo, wylewana jest żółć na niewiernego męża, nielubianego sąsiada czy awansującego kolegę z pracy. A czym innym zaś jest informacja sporządzona przez tajnego, ale przecież znanego policji informatora. My te dwie kategorie lokujemy w jednym pojęciu donos. Nie rozróżniamy tego. Przeglądając dzisiaj strony internetowe stykamy się z lawiną donosów, bo tak można nazwać te niewybredne, wulgarne często komentarze pod artykułami. Jest to nowoczesna forma donosu.

Jarosław Syrnyk podkreślił, że zasób archiwalny Instytutu Pamięci Narodowej dotyczy osób policji znanych, a nie anonimowych informatorów. Osób, które współpracowały na przestrzeni 45 lat funkcjonowania aparatu bezpieczeństwa PRL.

-Pewna kobieta mieszkająca w latach 80-tych na Podkarpaciu doniosła na własnego męża, że ten wchodzi w jakieś nieznane bliżej relacje, stał się członkiem jakiejś tajemniczej organizacji ukraińskiej, która działa w regionie. Dodam tylko, że to było małżeństwo mieszane: kobieta – Polka, mężczyzna – Ukrainiec. Służba Bezpieczeństwa oczywiście przyjęła te dane jako wiarygodne i zaczęła rutynowe badania, które trwały około 12 miesięcy. Efekt działań aparatu bezpieczeństwa, w które włączono bardzo wielu funkcjonariuszy i zastosowano mnóstwo technik operacyjnych, włącznie z zasadzkami, obserwacjami okazał się przezabawny. Otóż młoda kobieta posłużyła się aparatem bezpieczeństwa po to, żeby zatrzymać tego swojego męża w domu. A jeśli już nie w domu, to chociaż w więzieniu, ponieważ uznała, że nie będzie wtedy wychodził. Po prostu podejrzewała go o romans. Świadomie wykorzystała organa bezpieczeństwa – opowiadał dr Jarosław Syrnyk.

Można się śmiać z takich opowiastek i stwierdzić, że są nieistotne w perspektywie tej wielkiej historii i nie mają na nią żadnego wpływu. Mogą one jednak spowodować przeorientowanie całej narracji dotyczącej różnych zagadnień, a w tym kontekście odnoszącej się choćby do relacji polsko-ukraińskich na Podkarpaciu w latach 80-tych.

-Zbyt łatwo wtłaczamy nasze poszukiwania historyczne w kontekst ideologiczny, narodowościowy i polityczny, a zbyt rzadko staramy się zrozumieć psychologiczne i społeczne przesłanki kierującymi różnego rodzaju procesami. Historycy przywykli, niestety, do swojej podległej roli wobec władz państwowych – stwierdził Jarosław Syrnyk.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ