Wrocławski wątek „infoafery”. Sprawa utknęła w prokuraturze i nie wiadomo, ile jeszcze potrwa

info afera.jpg

Brak aktów oskarżenia dla głównych bohaterów, którzy otrzymali statusy małych świadków koronnych, medialna papka i śledztwo, które pochłania miliony złotych – przyglądamy się wrocławskiemu wątkowi jednej z największych afer korupcyjnych III RP i zmianom, które po niej nastąpiły.

Przypomnijmy. tzw. infoafera wybuchła w 2011 r. i dotyczyła ustawiania przetargów informatycznych w instytucjach publicznych. Śledztwem, które dotyczy ponad 130 przetargów o wartości 1,5 mld zł, objętych jest ponad czterdziestu podejrzanych. Do korupcji w Polsce przyznał się już zagraniczny koncern HP, który zawarł umowę z amerykańską komisją giełd i papierów wartościowych, zobowiązując się do zapłacenia 108 mln dol. (dodajmy – Amerykanom, nie Polakom). W sprawę zamieszany jest także inny duży koncern – IBM, ale media skupiły uwagę przede wszystkim na wrocławskiej spółce Netline Group. Jej wiceprezes Janusz J. miał wręczać łapówki Andrzejowi M. – ówczesnemu szefowi Centrum Projektów Informatycznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Obaj zdecydowali się na współpracę z prokuraturą, otrzymując statusy małych świadków koronnych. Pozostają również na wolności – Andrzej M. prowadzi poczytnego bloga, a Janusz J. własny biznes.

Ponieważ od kilku lat brak jest aktów oskarżenia – nawet przeciwko osobom, które przyznały się do korupcji postanowiliśmy zapytać w warszawskiej prokuraturze apelacyjnej, która prowadzi sprawę, kiedy wreszcie będą konkretne efekty. Jednak prokurator Mariusz Pieczek wyjaśnił nam, że śledztwo przeciwko podejrzanym pozostaje w toku i nie jest możliwe wskazanie przewidywanego terminu jego zakończenia.

Oprócz Janusza J., zarzuty usłyszeli również prezes i wiceprezes wrocławskiej Netline Group. Nie są to jednak zarzuty korupcyjne, a dotyczące działania na niekorzyść własnej spółki poprzez rzekome wyprowadzenie z niej 730 tys. zł do prywatnych firm – jak informowała prokuratura – te pieniądze miały być przeznaczone na tzw. fundusz łapówkowy. Po co prokuratura w ogóle informowała media o odkryciu „funduszu łapówkowego” skoro od czasu postawienia zarzutów nikt nie sprawdził, na co te pieniądze faktycznie zostały przeznaczone?

Prokurator Mariusz Pieczek odpowiada jedynie, że wątki o które pytamy, „stanowią element pozostającego w biegu śledztwa, które z uwagi na zakres przedmiotowy i podmiotowy oraz wielowątkowość charakteryzują się dużym stopniem skomplikowania”. Warto zadać sobie w takim razie pytanie – jak „duży stopień skomplikowania” przeżyło 150 osób, które straciło pracę, bo wskutek infoafery spółka była zmuszona zakończyć działalność. Co więcej – dla prokuratury sprawa jest tak skomplikowana, że również i w tym przypadku nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa.

Jak czytamy w Gazecie Finansowej – „po upadku Netline Group część pracowników i kontrahentów spółki trafiła do innej wrocławskiej firmy – Newind. Jej prezesem jest Dariusz Gajewski, który w przeszłości był członkiem zarządu Netline Group, jednak decyzją władz spółki został odwołany jeszcze przed wybuchem infoafery”.

Dariusz Gajewski przez miesiąc nie odpowiadał na nasze pytania. Spółka Newind domagała się od nas „ujawnienia kontekstu”, bo na podstawie tego miała zdecydować, czy w ogóle odpowiedzieć. Ostatecznie poprosiła o przesłanie do autoryzacji całego artykułu – w trosce o dobra osobiste prezesa. Przypomnieliśmy jednak prawnikom spółki o istnieniu art. 44 prawa prasowego, które mówi o odpowiedzialności karnej za utrudnianie lub tłumienie krytyki prasowej.

Ostatecznie dowiedzieliśmy się od Dariusza Gajewskiego, że nie skorzystał na infoaferze pomimo, że to przede wszystkim do jego spółki trafiła część kontrahentów i pracowników upadłej Netline Group. Jak argumentuje – takie zdarzenia, jak infoafera, nie mogły nie mieć wpływu na cały rynek informatyczny i powodowały po stronie klientów wstrzymywanie się z decyzjami o inwestycjach informatycznych, a część tych afer skutkowała pośrednio koniecznością zwrotu finansowania do Unii Europejskiej, uszczuplając budżety instytucji zamawiających.

O spółce Newind pisaliśmy już w innym artykule Spółka informatyczna szkoliła urzędników, jak przeprowadzać przetargi. Potem sama brała w nich udział ponieważ zatrudnia na stanowisku dyrektorskim żonę Macieja Bluja, wiceprezydenta Wrocławia, wygrywając jednocześnie przetargi w Centrum Usług Informatycznych – jednostce budżetowej miasta. Szkoliła również w ramach „działań marketingowych” pracowników działów zamówień publicznych m.in. szpitali wojewódzkich z przeprowadzania procedur przetargowych – a następnie brała udział w przetargach organizowanych przez te instytucje. Niedawno otrzymała również dolnośląskiego Gryfa, co tylko potwierdza jej bezkonkurencyjność.

Firma Newind, była także jednym z podwykonawców Medycznego Centrum Przetwarzania Danych, którego koszt przekroczył 200 mln zł. Za dofinansowaniem na tą inwestycję w ministerstwach gospodarki lobbowali posłowie Jacek Protasiewicz i Michał Jaros (aktualnie w koalicji z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem). Warto również dodać, że od 2013 roku sekretarzem stanu w ministerstwie administracji i cyfryzacji, któremu aktualnie podlega CPI, jest wrocławianin Stanisław Huskowski, pozostający w politycznym konflikcie z Grzegorzem Schetyną, jednocześnie blisko współpracując z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem. We wrocławskim wątku infoafery nie sposób nie zadać sobie zatem pytania o personalne rozgrywki panujące w lokalnych strukturach Platformy Obywatelskiej oraz o cechujący się dużą konkurencyjnością wrocławski rynek informatyczny.

Aż chce się zacytować Bartłomieja Sienkiewicza: „Podstawowe pytanie Polaka brzmi: co ja z tego kuXXX mam? Gdzie jest ten pieniądz u mnie w portfelu? A nie że mam wypierXXX orlika przed oknami”. Co mają Polacy z największej afery korupcyjnej? Zamiast w polskich spółkach, mogą pracować w Amazonie i Tesco, aby zarobić na pochłaniające miliony złotych śledztwo, z którego i tak nic nie wynika.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ