Władze polskie na uchodźstwie

big been.jpg

W Europie Zachodniej – w przeciwieństwie do wschodniej części kontynentu – zachował się szereg maleńkich państewek. Najczęściej słyszy się o Lichtensteinie, San Marino, Monaco, Andorze. Ale istnieją też inne niewielkie organizmy państwowe.

Na przykład Wyspy Normandzkie będące z Wielką Brytanią połączone tylko unią personalną. Są to właściwie dwa państwa (boliwaty): Jersey i Guersey. To drugie składa się z kilku wysp, mających pewną autonomię. Najbardziej znaną jest Sark, na której przetrwał system feudalny. Jako państwo traktuje się też Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Świętego Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty. Wprawdzie nie ma własnego terytorium, nie licząc kościoła i pałacu w Rzymie oraz fortecy na Malcie, lecz w kilkudziesięciu krajach są ambasady Zakonu Maltańskiego.

Nasuwać się może pytanie: Co skłania pewnych ludzi do podtrzymywania takich właśnie fenomenów? I co skłania innych do ich respektowania? – Najprawdopodobniej jest w tym jakiś sens, choć często trudno go dostrzec.

Jak powiedziano, w Europie Wschodniej nie ma małych państewek. Historię tworzyły tutaj wielkie państwa, w XX w. nawet totalitarne. Nie było tu miejsca dla nadzwyczajnych odrębności politycznych.

Polskie państwo w Anglii

A jednak Polacy przez kilkadziesiąt lat posiadali państwo, stanowiące poniekąd byt idealny. To zaś, co było w nim realnego, oczywiście nie mogło istnieć na terytorium kontrolowanym przez komunistów. Owo państwo to ni mniej, ni więcej, tylko władze polskie na uchodźctwie od 1939 do 1990 r. Ich siedziba mieściła się w Londynie, bo tam usytuowało się centrum wojennej i powojennej emigracji politycznej. Aczkolwiek chyba nie bez znaczenia był fakt, iż Wielka Brytania miała w swych granicach, w swym imperium najrozmaitsze organizmy polityczne.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że na Zachodzie istniały też instytucje polityczne, zakładane przez uchodźców z innych krajów Europy Wschodniej, zdominowanych przez reżimy komunistyczne. Jednak struktury państwowe utworzone przez Polaków zdumiewają swoją kompletnością. Wprawdzie najbardziej rozbudowana była władza wykonawcza, ale nie brakło choćby w ograniczonej formie władzy ustawodawczej i sądowniczej. Najwyższy wymiar kary sądów emigracyjnych stanowiło wykluczenie z narodu polskiego.

Początki tego fenomenu sięgają pierwszych tygodni drugiej wojny światowej. Jeszcze we wrześniu 1939 r. najwyższe władze polskie z prezydentem, rządem i wodzem naczelnym opuściły terytorium Rzeczypospolitej. Mimo klęski, nie podpisali oni jakiegokolwiek aktu kapitulacji ani z Niemcami, ani ze Związkiem Radzieckim, lecz byli zdecydowani kierować dalej walką z agresorami.

Początkowo siedziba władz polskich mieściła się w Angers we Francji, a po przegranej przez nią wojnie z Niemcami, w czerwcu 1940 roku, przeniosły się już na stałe do Londynu. Urząd prezydenta pełnił Władysław Raczkiewicz, premierami byli kolejno: Władysław Sikorski i Stanisław Mikołajczyk. Władze te były uznawane przez inne państwa i dlatego rezydowali w nich ich ambasadorzy. Najważniejsze zadanie stanowiła walka z Niemcami – Sowieci stali się poniekąd sojusznikami po napaści Niemiec na ZSRR. Władzom tym były podporządkowane w większości siły zbrojne działające w konspiracji w kraju oraz jawnie poza jego granicami.

Jedyne legalne władze

Przywódcy mocarstw prowadzących walkę z Niemcami, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego, jeszcze w trakcie wojny na konferencjach w Teheranie i Jałcie ustalili przyszły porządek polityczny na świecie. Zadecydowali oni, że Polska będzie w strefie wpływów radzieckich.

Sowieci zaczęli więc stopniowo kreować nowe władze polskie. Tuż po zakończeniu wojny powołano Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, do którego nawet wszedł Stanisław Mikołajczyk w randze wicepremiera. Rząd ten zyskał akceptację mocarstw zachodnich, a z czasem też pozostałych państw.

Lecz władze polskie w Londynie go nie uznały. Przebywający na emigracji dygnitarze byli wszakże następcami tych, którzy legalnie sprawowali rządy w Polsce przedwojennej. W Warszawie zaś rządziły osoby, które stanowiska państwowe objęły przy pomocy Armii Czerwonej. Wprawdzie w 1947 r. odbyły się wybory do sejmu, ale wyłonione wtedy władze również mogą budzić wątpliwości, ponieważ te wybory zostały sfałszowane. W takim razie emigracyjny prezydent, premier, ministrowie tudzież członkowie organów zastępujących parlament i sąd mogli uważać się za jedyne legalne władze polskie.

Trudne trwanie

W dalszych latach ich sytuacja była wyjątkowo trudna. Pozbawieni wpływu na to, co działo się w kraju, nie uznawani przez inne państwa – oprócz Watykanu do 1958 r. – z niewielkimi funduszami, tracili coraz bardziej na znaczeniu.

Bezsprzecznie sytuację tę pogarszały spory. Emigrację polityczną tworzyło kilka partii, które nie zawsze chciały pracować zgodnie. Aczkolwiek o wiele groźniejszy był dość wczesny rozpad władz na uchodźctwie. W 1947 roku schorowany prezydent Raczkiewicz na swego następcę wyznaczył Augusta Zaleskiego, mimo iż wcześniej na to stanowisko był przeznaczony Tomasz Arciszewski. Jak uzgodniono wcześniej, aktualny prezydent w trakcie swego urzędowania desygnował swego sukcesora. Choć były wątpliwości co do nominacji Zaleskiego, został on zaprzysiężony na prezydenta. Gdy upłynęła jego kadencja, w 1954 r., nie złożył urzędu. Wobec tego ukonstytuowała się Rada Trzech, którą tworzyli generał Władysław Anders, Edward Raczyński i Tomasz Arciszewski, mająca stanowić kolegialną głowę państwa. Kryzys ten trwał do 1972 r. czyli do śmierci prezydenta Zaleskiego.

Po prezydencie Zaleskim było jeszcze czterech prezydentów: Stanisław Ostrowski (1972-1979), Edward Raczyński (1979-1986), Kazimierz Sabbat (1986-1989) i Ryszard Kaczorowski (1989-1990). W trakcie ich urzędowania próbował działać Juliusz Sokolnicki, hojnie rozdając ordery, nominacje ministerialne i generalskie. Wprawdzie nie miało to wielkiego znaczenia, ale w jakiejś mierze osłabiało to władze polskie na emigracji.

Gabinet cieni

O wiele bardziej jednak osłabiły je wcześniej niespodziewane powroty do kraju dwóch premierów: w 1955 r. Hugona Hankego, a w 1956 r. Stanisława Cata-Mackiewicza. Ten pierwszy zresztą był płatnym agentem Urzędu Bezpieczeństwa. Komunistyczne służby specjalne bardzo interesowały się emigracją polityczną.

Interesował się nią także wywiad zachodni. Niektórych członków powstałej w 1949 r. Rady Politycznej udało się ściągnąć do pracy szpiegowskiej na terenie kraju. Zakończyła się ona jednak dekonspiracją wielu agentów i kompromitacją ich politycznych patronów.

W brytyjskiej tradycji politycznej istnieje zjawisko określane mianem gabinetu cieni. Gdy powstaje rząd sformowany przez przedstawicieli jednej partii, opozycja powołuje drugi rząd, który nie rządzi, lecz poddaje krytyce aktualnie urzędujących ministrów. W jakiejś mierze polskie władze na emigracji taką właśnie rolę odgrywały. Oceniając, zazwyczaj negatywnie, to, co czyniono w Warszawie, wskazywały przynajmniej na inne możliwości rozwiązań wielu problemów. Dziś już wiadomo, że częstokroć miały rację.

Jednakowoż najważniejszym ich zadaniem było zachowywanie legalnych organów władzy. Ich legalizm wynikał zaś z suwerenności Drugiej Rzeczypospolitej, której one były prawnym kontynuatorem.

Cel zrealizowany

W Londynie uważnie obserwowano to, co działo się w kraju. Pod koniec lat osiemdziesiątych, w związku z upadkiem systemu komunistycznego, zaczęła się odbudowa suwerenności i zarazem demokracji. Wprawdzie nie odbyło się to tak, jak przewidywali emigranci, ale w ostateczności mogli być zadowoleni. W 1990 r. odbyły się pierwsze wolne wybory prezydenckie.

Po wyborze Lecha Wałęsy na prezydenta, ostatni prezydent Polski na uchodźctwie, Ryszard Kaczorowski przybył do Warszawy i 22 grudnia 1990 r. uroczyście przekazał mu insygnia prezydentów Drugiej Rzeczypospolitej. W ten sposób władze polskie rezydujące na emigracji zrealizowały swoje cele i mogły wreszcie zakończyć trwającą pół wieku działalność.

autor: Grzegorz Pełczyński

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ