POŻEGNANIE Z BRONIĄ

znak3.jpg

To było dawno i zdaje się, że mgła niepamięci pochłonęła tamte czasy, zatarła ślady ludzi i rzeczy.

A jednak pamiętam widziane oczyma dziecka zdarzenia, wpisane niezwykłością w umysł. Pamiętam lata czterdzieste, czasy sądów doraźnych, rozstrzeliwania pod ścianami chałup. Pamiętam, że w Kolnicy pod Augustowem, opodal dworu wujka Jagłowskiego, siedziałem przy ognisku z żołnierzami WiN, których mundury pachniały deszczem i palonym jałowcem.

Był ranek 25 kwietnia 1947 roku. Żołnierze Zrzeszenia WiN składali broń w Augustowie i w Suwałkach. Zły czas. Ledwo skończyła się wojna sowietów z Niemcami, nastała wojna komunistów z Polakami. Po jednej stronie byli sowieci i sowieccy Polacy: PPR/NKWD/UB/KBW, a po drugiej stronie – żołnierze Niezłomni: AKO/WiN/NZW.

Kto wpisał w mój umysł te zdarzenia? Nie tylko ja sam, ale także moja matka, moi wujkowie i ciotki, mój ojciec, póki żył. „O, bracie… w złym czasie się spotykamy, w złym…” – powiedział do mnie w Suwałkach jeden z żołnierzy WiN, zanim złożył broń i dostał papier amnestyjny.

Pachnieli deszczem

Komuniści prowadzili wojnę na dwu frontach – na froncie propagandowym i na froncie zbrojnym. Formacje komunistyczne miały wsparcie pewnych grup społecznych, głownie fornali, służby dworskiej i chłopów biedniaków. Zbrojne podziemie mogło liczyć na wsparcie rolników, gospodarzy wiejskich, tzw. kułaków, światłych robotników i rzemieślników, pewnej części inteligencji i Kościoła.

W pierwszych latach po wojnie na placówce u dziadków Golubiewskich nad Jeziorem Rajgrodzkim i na placówce wujka Filipkowskiego w Barszczach nad Jeziorem Dręstwieńskim zjawiały się oddziały liczące nawet po 40-60 partyzantów. W sukiennych mundurach nawet latem, uzbrojeni w broń krótką i pistolety maszynowe, rzadko w obrzyny.

Po przyjściu na placówkę żołnierze myli się, golili, zakładali czystą bieliznę, wcześniej przygotowaną, czyścili mundury i buty, jedli i rzucali się do snu nawet w południe. Kiedy ich wspominam, mówię, że zawsze pachnieli deszczem. Nigdy samogonem. Zapach deszczu kojarzę z kapitanem Jasienicą ps. „Nowina”, z majorem Tabortowskim, ps. „Bruzda”, z podporucznikiem Bieniewskim ps. „Kmicic”, moim wujkiem, który był dowódcą plutonu Kedywu Suwałki.

Nocą, kiedy toczka, zwana też kołchoźnikiem, przestawała nadawać muzykę, słyszałem zza okna terkotki straży chłopskiej: trrrr! – trrrr! – trrrr! Po chwili nawoływanie: „Hej – hej!! Hej-hej!!” Skądsiś dolatywał odzew: „Hej – hej! Hej – hej!!” I znowu: trrrr! – trrrr!– trrrrrr! – terkotki. Chłopi uzbrojeni w pałki, noże i, nierzadko, toporki, chodzili między domami. Gdy zatrzymywali kogoś, dochodziło do krzyków, wyzwisk. Zatrzymanego wiązali powrozami i odstawiali na UB.

Zdarzało się, że straż chłopska zatrzymywała jakiś oddział WiN albo NZW. Chłopi dostawali wówczas lanie i pouczenie, jak mają pełnić swoją służbę. Żadne pouczenia i upomnienia nie skutkowały w przypadku funkcjonariuszy UB, których cechowało bestialstwo, krwiożerczość, zezwierzęcenie.

Zobaczyłem to bestialstwo, gdy pewnego razu wybrałem się z matką Janiną na grzyby na bagnach biebrzańskich. Między wsiami Kuligi i Ciszewo usłyszeliśmy śpiew. Wyjrzeliśmy zza krzaków jałowców. To funkcjonariusze UB i żołnierze KBW z Grajewa zakończyli obławę i mordowali pochwyconych żołnierzy NZW. Rozstrzeliwali, dobijali bagnetami, ciała palili w dołach. Uciekłem z matką w głąb lasu, coraz dalej i dalej.

Niewiele dni potem wujek Konstanty zaprosił mnie do mleczarni na lody. W mleczarni spotkaliśmy podpitego funkcjonariusza UB, który raptem zaczął szarpać wujka za marynarkę. „Odczep się, stalinowski psie!”– powiedział wujek. Funkcjonariusz warknął: „Jop!… Szto?!” Nagle wyciągnął z kabury pistolet i strzelił wujkowi w głowę. Raz i drugi. Kobiety z krzykiem uciekały z mleczarni, a ja, puściłem rękę wujka i uciekałem za kobietami.

Uciekanie w czasach wczesnego PRL bywało koniecznością. Tacy, jak ja, uciekali na Śląsk, do kopalń albo do Gdańska, do stoczni. Były jeszcze inne miejsca ucieczki: cegielnie, punkty skupu bydła, wielkie budowy, stacje wyładunku żwiru i piasku z wagonów etc. W tych szczególnych zakładach spotykałem więźniów. Oni też pytali, czemu ja pracuję, np. w kopalni „Mieszko I” albo w Cegielni w Sosnowcu?

Rok referendum

W pamiętnym roku referendum, w czterdziestym szóstym, gdy na stację w Augustowie wtaczały się pociągi z Sybirakami z Kazachstanu, jeździł po wsiach sąd doraźny majora Włodzimierza Ostapowicza. Gdy sąd odjeżdżał, przyjeżdżała do wsi grupa ochronno – propagandowa: kilku żołnierzy i towarzysz z PPR, agitator. Obecność na spotkaniach z propagandą i z sądem była obowiązkowa, potwierdzona podpisem na powiadomieniu, zwanym powiastką.

Zapamiętałem doraźną rozprawę, przeprowadzoną 7 listopada 1946 w Raczkach opodal Augustowa. Sądzony był Karol Naruszewicz ps. ,,Puszczyk”, żołnierz WiN ze wsi Szczebra. Naruszewicz został przywieziony na rozprawę z piwnicy UB w Augustowie. Świadkiem na „procesie” był m.in. funkcjonariusz UB, Jan Szostak, syn robotnika tartacznego w Augustowie.

W roku 1952, gdy Szostak nie miał tego, co chciał mieć, powiedział: „Jak trzeba było wieszać, strzelać topić w sraczach, to nikogo nie było, co? A teraz, kurwa, moje zasługi się nie liczą!”

Siódmego listopada, po dwudziestominutowej rozprawie, sędzia major Ostapowicz skazał Naruszewicza na karę śmierci. Zapiski z procesu mówią, że skazany był rozstrzelany w piwnicy UB w Augustowie. W rzeczywistości UB rozstrzelało skazanego natychmiast po ogłoszeniu wyroku.

W miejscu rozstrzelania, pod ścianą chałupy, żołnierze KBW rozsypali przywiezione z tartaku w Augustowie trociny, a ścianę osłonili wiązkami słomy. Strzelało dwu – funkcjonariusz UB i żołnierz KBW, zaś Szostak dobijał strzałem z rewolweru.

Nauczyć się składać broń

Ostatnie procesy doraźnie odbyły się na Podlasiu w grudniu czterdziestego szóstego, a rozstrzelania po tych procesach kończyły się na początku stycznia czterdziestego siódmego, tuż przed wyborami do Sejmu. Niedługo potem, w lutym czterdziestego siódmego, została ogłoszona dwumiesięczna amnestia.

Na początku marca czterdziestego siódmego, na placówce w Barszczach, prowadzonej przez wujka Filipkowskiego, przysłuchiwałem się ukradkiem rozmowom starszyzny WiN/NZW Obwodu Suwałki. Dowódcy WiN, wyłączając mego wujka Kazimierza i wujka Wacława, prezesa PSL w Ełku, byli za złożeniem broni. Oficerowie NZW opowiadali się za dalszą walką.

Z rana matka zaprzęgła konie do wolanta i wyjechaliśmy pod Augustów do rozparcelowanego już majątku w Kolnicy, skąd pochodził mąż ciotki Heli. Mieliśmy zobaczyć się z żołnierzami Zrzeszenia WiN, którzy 25 kwietnia 1947 mieli składać broń w Augustowie i w Suwałkach.

Po przyjeździe do Kolnicy, poszedłem z matką do dość prowizorycznego obozowiska, gdzie płonęło wielkie ognisko. Żołnierze, którzy bywali na placówce w Barszczach, rozpoznają matkę i serdecznie ją witają. Słyszę pseudonimy: „Jastrząb”, „Średniak”, „Kruk”. Mnie też obściskują, bo przecież woziłem do Barszczy mleko i sok kapuściany dla rannych.

Gdy do obozu przybył ksiądz Chojnowski, odbyła się msza święta. Następnie żołnierze poznawali ceremonię składania broni. Ktoś się śmiał: „Nigdy, cholera, nie składałem broni, no i teraz muszę się tego nauczyć”.

Michał Kaszczyk z międzywojennej ochrony pogranicza, kolega mego wujka Aleksandra Kochalskiego, komendanta placówki granicznej Okoniówek (razem byli na Syberii), przedstawił porządek zdawania broni następnego dnia:

Najpierw, z rana, w kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Jezusowego, ksiądz Wojciech Chojnowski „Józef”, kapelan AK, odprawi mszę świętą. Po mszy żołnierze pójdą na Rynek. Tam, przed frontem patroli, Michał Kaszczyk „Stały” złoży raport oficerowi o pseudonimie „Burzan”. Padnie komenda spocznij i przemówi „Burzan”. Po przemówieniu, „Stały” rozkaże „rozejść się”. A wtedy żołnierze pójdą do budynku znajdującego się na przeciw siedziby UB w Domu Turka w Augustowie. Tam wypełnią cztery strony deklaracji i otrzymają zaświadczenie o ujawnieniu się.

Żołnierska msza

Nad wieczorem w obozie w Kolnicy zaczęły się śpiewy. Pieśni, które dawniej śpiewały kompanie, bataliony, a nawet pułki, teraz śpiewało kilkudziesięciu pozostałych po kompaniach i batalionach żołnierzy. Matka zaśpiewała pieśń, której słowa wypisała na odwrocie szuflady nocnej szafki: „Czerwony pas, za pasem broń…”

Żołnierze piekli na ognisku mięso, pili samogon, jedli, strzelali na wiwat z wszelkiej broni i w końcu płakali. Zjawiła się ciotka Helena i zabrała mnie do domu, a matka została przy ognisku. Z rana przyjechał do Kolnicy duży samochód z białostockiego UB. Tym samochodem żołnierze byli przewożeni do Augustowa, gdzie złożą broń.

Obudzili mnie po szóstej 25 kwietnia 1947. Po śniadaniu wyjechałem z matka wolantem do Suwałk. Niewiele po ósmej byliśmy na miejscu. Zatrzymaliśmy się przed kościołem św. Aleksandra w Suwałkach. Konie dostały obrok i słychać było rytmiczne chrup – chrup. Czekaliśmy na oddziały leśne, które lada chwila miały się pojawić. I nagle są! Od strony Kamedulskiej wjechały paradne furmanki z półkoszkami, a na nich siedzieli umundurowani mężczyźni z bronią.

Może kwadrans później wszedł na plac zwarty oddział, prowadzony przez starszego już mężczyznę w płaszczu raczej cywilnym, ale w wojskowych butach. To, jak się później dowiem, Józef Grabowski „Cyklon”. Tuż za nim maszerowali żołnierze w mundurach i bez mundurów, ale z bronią na piersiach. Dowódca zatrzymał oddział, kazał ustawić broń w kozłach na przeciw wejścia do kościoła.

Nadeszli żołnierze, którzy ulicą Kamedulską przyjechali dwoma wozami. Zobaczyłem, że mają oni brązowe buty z podpalanej skóry. Matka podbiegła do nich i ściskała jednego po drugim, a potem odwróciła się, żeby mnie przywołać. Powiedziała do jednego: „A popatrz, to chrześniak twojej żony”.

Mężczyzna chwycił mnie pod ręce, podniósł wysoko ponad swą głowę i powiedział jakby do siebie: „O, bracie… w złym czasie się spotykamy, w złym…” Dowiem się po latach, że mężczyzna, z którym spotkałem się w złym czasie, nazywał się Wacław B. Najpierw był żołnierzem AK, później żołnierzem AKO, wreszcie żołnierzem WiN. Po wojnie mieszkał w Wierzbowie na Mazurach.

Żołnierze mieli zamówioną mszę w kościele św. Aleksandra. Poszli więc modlić się. Msza była krótka. Usłyszałem, że ksiądz Jakacki „boi się pobłogosławić chłopców”.

Po wyjściu z kościoła, żołnierze oddali salwę z broni i szli na ulicę Rynkową, gdzie mieściła się Komisja Amnestyjna, złożona z przedstawicieli UB i Rady Narodowej. Tam każdy otrzymał niewielkich rozmiarów zaświadczenie, że „uczynił zadość warunkom przewidzianym w art. 2 ustawy o amnestii i korzysta z niej”.

Z budynku Komisji Amnestyjnej wyszedł w południe Wacław B. Miał zaświadczenie o ujawnieniu się „zgodnie z wymogami amnestii”. Podobne zaświadczenie otrzymali inni, a wśród nich był Zygmunt Czarnecki, leśnik, który w nocy z 2 na 3 września 1939 roku był przewodnikiem 3 pułku szwoleżerów z Suwałk w akcji na Reuss (Cimochy).

Niektórzy żołnierze nie otrzymali dokumentu amnestyjnego i byli kierowani do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa przy ulicy Kościuszki 78. Dowiem się później, że w suwalskiej Komisji Amnestyjnej zasiadał Aleksander Omilianowicz, funkcjonariusz UB, znany autor sensacyjnych opowieści o działaniach UB na Podlasiu.

Kiedy już wszystko w Suwałkach się skończyło, pojechałem z matką na Zarzecze, gdzie zatrzymało się również kilka półkoszków i bryczek tych, którzy dopiero co składali broń. Zeszło z ludzi napięcie i nagle stali się jacyś zupełnie rozklejeni. Niektórzy płakali, inni przeklinali Mikołajczyka za to, że chciał demokratycznie, poprzez wybory, ułożyć się z komunistami. Słyszałem powtarzane słowo: „dureń”.

Kiedy jedni mówili, że z komunistami nie wolno się układać, należało do nich strzelać, inni pytali: „Ale jak długo można strzelać? Aż przyjdą Anglicy? Nie przyszli ani Anglicy, ani Amerykanie. Oszukali nas – który to już raz?!”

Mężczyźni wyjmowali butelki samogonu, łamali kiełbasę, chleb i żegnali się z bronią i z partyzantką. A kiedy zaszumiało im w głowach, zaczęli złorzeczyć na zdrajców i sprzedawczyków. Na tych krajowych i na zagranicznych. W końcu nastało milczenie. Niezłomni żołnierze, bohaterowie siedmiu lat wojny z Niemcami, z sowietami i z UB/NKWD, wsiadali na wozy i odjeżdżali do swoich wsi, żeby wkrótce doświadczyć aresztowań, katowni, obozów śmierci.

Minęły lata, a w mojej pamięci wciąż płonie w Kolnicy ognisko. I wciąż widzę klasycystyczną bryłę kościoła świętego Aleksandra w Suwałkach. A pod kościołem stanęli żołnierze pachnący deszczem. Jeden z nich powiada do mnie: „O, bracie… w złym czasie się spotykamy, w złym…”

autor: Michał Mońko

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ