Bitwa o Anglię, Polskę i Krym

bitwa o anglie.jpg

Kilkanaście lat temu jako reporter telewizyjny umówiłem się na nagranie z Andrzejem Przewoźnikiem – już wtedy sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Na początku znajomości zostałem solidnie zrugany za zachowanie mojej ekipy zdjęciowej, która nie stawiła się na czas. Ale później mogłem już dzwonić do niego, kiedy chciałem i za każdym razem, kiedy prosiłem, dostawałem nagranie.

W kwietniu 2009 wracaliśmy z Budapesztu przypadkowo tym samym samolotem. Narzekał wtedy na bałagan w telewizji, związany z przygotowaniem ówczesnej transmisji z Katynia. Szczerze mówiąc, to dla określenia stanu przygotowań użył wtedy nawet mocniejszego słowa.

Podobne wspomnienia, w cyklach jedno na rok, mógłbym pisać przez kolejnych dwadzieścia lat, by choćby dla inspiracji prześwietlić życie tych, którzy potrafili być tak samo bezkompromisowi, jak i zdolni do porozumienia. Szkoda tylko, że sami nam już w tym nie pomogą.

Filmowy teatrzyk

Wraz z kolejnym rozstrzygnięcie decyzji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej groziła nam realizacja nawet 29 filmów fabularnych, z których większość, podobnie jak polskie państwo, istnieje na razie czysto teoretycznie. Projekty są niejasne, niedopracowane, niespójne. Można odnieść wrażenie, że studenci na ćwiczeniach zrobiliby je lepiej, z obawy przed brakiem zaliczenia.

Dlatego też przyznawanie funduszy filmowych w Polsce odbywa się bardziej na wiarę niż na logikę. Choć logika byłaby tu bardziej na miejscu.

Ci, którzy mają świadomość, jak marne są ich projekty, nawet nie protestują, gdy decyzja jest odsuwana na później. Inni, mając wyższe mniemanie o sobie, oczekują od instytucji powołanej przez państwo jakiejś logiki, czują się słusznie pokrzywdzeni, gdy znów zostaną pominięci. A gdy trafi się lepsza prezentacja, to taka rzadkość, że trudno nie wziąć jej pod uwagę.

Sarna z lasu, „Dywizjon 303” do produkcji

Przez sito ocen przeszedł „Dywizjon 303”, jeden z najbardziej oczekiwanych projektów filmowych, bo opowiadający o bitwie o Anglię z polskiej perspektywy.

Stało się to po uwzględnieniu licznych, często sprzecznych uwag komisji wcześniej oceniających scenariusz, a także po wzięciu pod uwagę opinii kilkunastu wyspecjalizowanych historyków.

Na ostatniej prostej jednemu z reżyserów nie spodobało się jeszcze scenariuszowe umieszczenie sarny w lesie. Nie lubi zwierząt, bo źle mu się kojarzą. Przecież z grubsza wiadomo, kiedy była bitwa, kto w niej uczestniczył i kto wygrał, dlatego trudno zakwestionować całość.

By przebłagać komisję decydującą o być albo nie być, trzeba, jak w starożytności składać ofiarę ze zwierząt. To informacja dla tych, którzy zastanawiają się, dlaczego w Stanach filmy robi się w rok, a u nas i pięć może okazać się za mało. W geście solidarności z sarną, z lasu odleciał również orzeł.

Sewastopol bez pieniędzy

Nie tylko w Polsce tematyka wojenna wraca często. Ukraińcy rok temu nakręcili widowiskowy wojenny film „Bitwa o Sewastopol”. Tytułowe miasto leży na Krymie, obecnie anektowanym przez Rosję. UE nałożyła sankcje, by uniemożliwić finansowe wspieranie separatystów.

Dlatego też francuski bank, pośredniczący w transakcjach sprzedaży filmu na świat, blokuje przelewy dla producenta, mniemając, że stosuje się w ten sposób do unijnych ustaleń. Tak oto historia może pomylić się ze współczesnością.

Tymczasem ukraiński rząd mobilizuje dodatkowych 10 tysięcy młodych żołnierzy. W tym obecnych pracowników firmy sprzedającej film. Czy to własny rząd, czy europejski bank – zawsze można spodziewać się ciosu.

O ile Ukraina przyzwyczaiła się do życia w czasie pełzającej wojny, to Europa wydaje się zawsze zaskoczona kolejnymi atakami, teoretycznie z niespodziewanej dla niej strony.

Bruksela w gruzach niedomówień

Marcowy atak na Brukselę, w tym zdemolowanie lotniska Zaventem, przywołuje moje wszystkie wizyty w tym miejscu. Ogromna ilość stanowisk odprawy, gigantyczne przestrzenie i bardzo długi tunel, którym chodzi się jeszcze przed kontrolą bezpieczeństwa.

Ciekaw jestem zmian po uprzątnięciu całego powybuchowego bałaganu. I zastanawiam się, dlaczego atak zaledwie kilka kilometrów od Kwatery Głównej NATO, zresztą nowo wybudowanej, nazywany jest atakiem na instytucje Unii Europejskiej? Czy gdyby podobna bomba wybuchła w Ameryce (powstrzymam się od podawania lokalizacji, w których mogłoby to nastąpić) to reakcja rządu USA byłaby taka sama jak europejskich przywódców?

Mamy kolejną dziwną sytuację, kiedy unika się nazywania rzeczy po imieniu, by nie być zmuszonym do zdecydowanych działań. Nie ma wojny, to nie trzeba odpierać ataku.

autor: Sławomir Ciok

żródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ