Wstęp do diagnozy choroby III Rzeczypospolitej

eu polska.jpg

Każda zbiorowość, w tym naród, do swojego funkcjonowania potrzebuje zdefiniowania, na różnych poziomach refleksji intelektualnej, swojej odrębności. Dla narodu, czy – jak kto woli – społeczeństwa, odrębność, tę swoistą wyjątkowość, stanowi wspólna historia i wyrosła na jej bazie kultura. Syntezą kultury na co dzień używaną jest język. Wszelkie zalety, wady, możliwości ograniczenia narodu zakodowane są w języku.

Pomijając dla ułatwienia analizy głębiny naszej historii, spróbujmy znaleźć syntezę pięćdziesięciolecia 1939-1989. Otóż zdecydowana większość Polaków, będących nośnikami tradycji, kultury i języka na ponadprzeciętnym poziomie, została fizycznie unicestwiona lub rozproszona na obczyźnie.

Ci, co pozostali w Polsce, zostali poddani miażdżącej machinie opresyjnego systemu, który niszczył wartościowe jednostki. Z tych czasów ocalało niewielu niezłomnych, ich kulturowym symbolem jest Zbigniew Herbert.

Kulturowa mizeria

Nienazwana negacja nieudolnego systemu objawiała się poprzez spontaniczne tworzenie się związków towarzyskich, sąsiedzkich o charakterze samopomocowym: „|Ja pomogę ci załatwić talon na…, a ty mnie wesprzesz w uzyskaniu…” Ta rozsadzająca system podkultura jednocześnie demoralizowała jej uczestników.

Dlatego też powstały w 1980 r. ogromny, potężny z pozoru ruch „Solidarność”, był łatwy do manipulacji i rozbicia ze względu na brak głębszej identyfikacji kulturowej jego uczestników. Po wprowadzeniu stanu wojennego opór był czysto symboliczny i – podobnie jak przedtem – bezrefleksyjny. Została garstka, usiłująca poruszyć sumienie biernej większości, z której część, przełamując obłędny strach przed rzekomo wszechmocnym systemem, udzielała pomocy odważnym garstkom śmiałków, rozprowadzającym wolne słowo lub demonstrującym rocznicowo wier­ ność ideałom. Byłem wśród tej garstki.

Już kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego z przekonaniem twierdziłem, że najpóźniej w 1990 r. światowy system komunistyczny rozpadnie się. Dzieląc się tym przekonaniem, założyłem się z kilkudziesięcioma osobami, które w upadek komunizmu nie wierzyły. Ze swej strony, w razie wygrania zakładu, życzyłem sobie tylko kupienia wskazanej przeze mnie książki. Moja pewność, że tak się stanie, nigdy się nie zachwiała.

Styl politycznej agitacji

Od połowy lat osiemdziesiątych zacząłem propagować wśród działaczy podziemia, korzystając ze wszystkich nadarzających się okazji, konieczność podjęcia prac programowych nad konstrukcją państwowości wolnej Polski. Jednak nawet najbardziej zaangażowani opozycjoniści traktowali moje namawianie do intelektualnego wysiłku za nieszkodliwe dziwactwo, bo przecież nie wiadomo, czy chociaż nasze wnuki doczekają.

Gdy w 1989 roku system musiał ustąpić, wyselekcjonowana opozycja zasiadła do „Okrągłego Stołu” bez jakiejkolwiek spójnej wizji, a zawarte wtedy porozumienie, wydrukowane w postaci wydania książkowego, to fundament III Rzeczpospolitej. Dokument, pisany językiem utopijnego socjalizmu, obiecywał raj na ziemi polskiej, uzyskany bez większego wysiłku, a ten oderwany od rzeczywistości styl politycznej agitacji przyjęły w następnych latach wszystkie, bez wyjątku, liczące się partie polityczne.

Ponieważ najmniej oporów przed używaniem jawnego kłamstwa, ubranego w hasła polityczne, mieli spadkobiercy PZPR, toteż wkrótce ponownie stali się główną siłą polityczną demokratycznej Polski. Opozycja, nieprzygotowana mentalnie i pro­ gramowo do upadku komunizmu, uległa rozpadowi na zwalczające się zaciekle kanapowe frakcje, które nie były w stanie wygenerować z siebie jakiejkolwiek wspólnej i spójnej koncepcji organizacji wolnej Polski, poza wstąpieniem do NATO i UE, traktowanym jako panaceum na wszystkie nasze kłopoty.

Konstytucyjny gniot

Brak myśli programowej zaowocował w 1992 r. tzw. Małą Konstytucją i następnie, w 1997 r., dziś obowiązującą Konstytucją, której treść układali głównie spadkobiercy PZPR. W 1997 r., bezpośrednio po przyjęciu Konstytucji, skonstatowałem ten fakt następująco: gdyby jakiś zapiekły wróg Polski mógł nam zaszkodzić tylko w jeden sposób – dając nam Konstytucję, to byłaby to właśnie taka Konstytucja. Trzy lata później identyczny komentarz do Konstytucji został wyrażony w poczytnym, ogólnopolskim tygodniku.

Destrukcyjna negacja

Wczorajsza opozycja po 1989 r. upodobniła się szybko do swoich politycznych przeciwników i obrodziła naroślami wszelkiej maści szulerów, którzy – przebrani w garnitury – pozorują elity, a we własnym gronie posługują się językiem, będą­cym mieszanką więziennej grypsery i łaciny kuchennej. A język, jak już wspomniałem, jest esencją kultury. Wystarczy przeanalizować „Słownik polszczyzny po­tocznej” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1996), aby znaleźć syntezę naszej dzisiejszej niemożności. Słownik ten zawiera polszczyznę potoczną, którą na co dzień posługuje się zdecydowana większość Polaków. Ponad dziewięć­ dziesięcioprocentową większość stanowią słowa negujące, drwiące, wyszydzające, ironizujące, ośmieszające. Brak określeń pozytywnych, budujących, jednoczących. Podsumowując – syntezą naszej codziennej kultury jest destrukcyjna negacja, skutkująca brakiem umiejętności działania dla dobra wspólnego. Potrafimy za to po mistrzowsku dokopać, wyszydzić, zadrwić, ośmieszyć. Dopiero dziś widać potworne skutki eliminacji elit politycznych, kulturalnych i gospodarczych w latach 1939–1989, które i przedtem nie były przecież lotów najwyższych…

Niechęć dzisiejszych (pełniących obowiązki) elit politycznych do państwowotwórczego wysiłku intelektualnego, skutkuje spontanicznym wygenerowaniem współczesnego ustroju plemiennego, w którym poszczególne plemiona przybierają formę partii politycznych, a jedynym identyfikowalnym wspólnym celem uczestników tych partii-plemion, jest maksymalne złupienie dobra publicznego. Te grupy reprezentują przystosowaną do zmian ustrojowych mentalność wspomnianych wcześniej towarzyskich i sąsiedzkich grup samopomocowych. Jednakże te nawyki, ratujące ludzi przed absurdami realnego socjalizmu, w wykonaniu polityków są zabójczą trucizną dla systemu demokratycznego.

Potrzeba nowej Konstytucji

Wracając do wysiłku intelektualnego: egzaminem dla elit politycznych, aspirujących do władzy, powinno być opracowanie projektu Konstytucji, której zapisy uwzględniające dorobek myśli światowej, dopasowane byłyby do ukształtowanego przez historię portretu zbiorowego Polaka, tak aby zdecydowana większość obywateli mogła się z tym dokumentem identyfikować. Dobra Konstytucja jest jak dobry, uszyty na miarę garnitur: nie pozwala ujawnić się wadom sylwetki i jednocześnie umiejętnie eksponuje jej zalety.

Wypracowanie takiego projektu i poddanie go pod ogólnonarodową dyskusję, mogłoby doprowadzić do powstania pierwszej po 1989 r. prawdziwej partii politycznej, pozbawionej cech grabieżczego plemienia, która zaproponowałaby zręby organizacyjne państwa polskiego, przy czym ta praca nie musiałaby kolidować z naszym uczestnictwem w organizacjach międzynarodowych i ponadnarodowych. Tej pracy nikt za nas nie wykona.

Od wielu dziesięcioleci są naukowo zdefiniowane warunki sukcesu wszelkich zbiorowych wysiłków. Otóż ponad osiemdziesiąt procent potencjału sukcesu wyzwala właściwa organizacja, uwzględniająca kulturę uczestników, a tylko kilkanaście procent sukcesu wypracowywane jest ich indywidualnym wysiłkiem. Sukces państwa demokratycznego, państwa prawa, zależy od jego organizacji. Zręby tej organizacji to system prawny z fundamentem w postaci Konstytucji.

Większość potencjału Rzeczypospolitej Polskiej jest zablokowana błędną organizacją naszego państwa. Błędy te zakodowane są w naszym systemie prawnym. Państwo można zorganizować po grecku, można po irlandzku, można po białorusku. Tylko od nas zależy, czy państwem zorganizowanym po polsku będziemy się w przyszłości szczycić, czy za nie wstydzić…

 

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ