Jachowicz: Nie dajmy się usidlić służbom

abw.jpg

Niespodziewanie afera związana z podsłuchiwaniem dziennikarzy przez służby specjalne za czasów koalicji PO-PSL przyćmiła nawet na kilka dni konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego. I słusznie. Bo o ile wiele rzeczy spornych, w tym nieprawidłowości, których dopuszcza się parlament – niezależnie od jego barwy politycznej – po jakimś czasie można rozstrzygnąć w drodze kompromisu lub wyeliminować błędy, o tyle patologie służb specjalnych są trwałym składnikiem ich budulca. A może nawet nieusuwalnym składnikiem.
Podsłuchiwała głównie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w ilościach, które są chyba rekordem świata. Blisko pięćdziesięciu dziennikarzy.

Obecny koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński, podając te informacje, wyraźnie podkreślał, że podsłuchiwanie było nielegalne. Dlatego złożył do prokuratury oficjalne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Jest dość oczywiste, że operacyjne rozpracowywanie dziennikarzy mogło się odbywać wyłącznie na polecenie najwyższego kierownictwa Agencji. Nie dziwię się więc, że byli szefowie ABW szybko i nerwowo zareagowali na te doniesienia. Jeszcze tego samego dnia dwaj generałowie Krzysztof Bondaryk i Dariusz Łuczak oświadczyli, że ABW nie prowadziła w tym czasie działań niezgodnych z prawem. A cóż innego mają powiedzieć? Przecież nigdy nie przyznają: – Oczywiście, wiedzieliśmy, że te działania były przestępcze, ale kierowaliśmy się szlachetnymi intencjami, dobrem państwa.

To stara śpiewka funkcjonariuszy służb złapanych na przestępstwie. Nawet wówczas, gdy pieniędzmi branymi z tajnej kasy funduszu operacyjnego grali na giełdzie. Po wykryciu procederu tłumaczyli, że zakładali, iż zainwestują trafnie i powiększą fundusz, dzięki czemu będą mogli skuteczniej prowadzić operacje.
Żeby nie poznać prawdy

Podsłuchiwani dziennikarze to krąg ludzi mediów zajmujących się przede wszystkim śledztwami dotyczących dwóch afer, w które zamieszani są politycy, urzędnicy i biznesmeni.
Pierwsza to tzw. afera hazardowa sprzed kilku lat, druga świeża – żeby było śmiesznie, nazywana jest aferę „podsłuchową” bądź „taśmową”, a chodzi w niej o nagrywanie gości w dwóch warszawskich restauracjach, w których spotykali się najważniejsi polscy politycy i biznesmeni.

Ujawnione przez media treści rozmów, nagrywanych, w przypadku afery hazardowej przez CBA, a w przypadku drugiej przez ABW, były kompromitujące dla polityków. Toteż oficerowie prowadzący śledztwo,uznali, że jedyną skuteczną drogą ustalenia, kto przekazywał dziennikarzom informacje, czyli zarazem, kto nagrywał i kto zlecał nagrywanie, jest śledzenie kontaktów telefonicznych dziennikarza. Gdyż w kręgu tych osób, znajduje się prawdopodobnie, ten kto te nagrania dał mediom.

Część opinii publicznej wierzy, że poznamy prawdę, a więc dowiemy się, kto wydawał polecenia, aby podsłuchiwać dziennikarzy, a ludzie za to odpowiedzialni staną przed sądem i zostaną po raz pierwszy w historii III RP ukarani. Sprawiedliwość zatriumfuje, a następcy, odstraszeni wysokością kary, w przyszłości nie odważą się tak beztrosko współpracować z mediami.

Niestety, to oczekiwanie jest naiwnością. W proceder podsłuchiwania dziennikarzy ABW wciągnęła także prokuraturę. W związku z tym teraz Agencja, niczym za pancerzem, chowa się za prokuraturą. Pierwszy tego przejaw mieliśmy kilka tygodni temu, kiedy okazało się, że do nielegalnego podsłuchiwania dziennikarzy użyto – co już samo w sobie było naruszeniem zasad pracy policji – grupy funkcjonariuszy policji Komendy Głównej z Biura Spraw Wewnętrznych, czyli pionu, którego jedynym zadaniem i uprawnieniem zarazem jest wykrywanie i ściganie przestępstw dokonywanych przez policjantów. To, o czym teraz mówię, było pierwszym sygnałem, fragmentem większej sprawy, której rozmiary wyszły na światło dzienne dopiero w połowie marca. Otóż sprawę podsłuchiwania dziennikarzy przez policjantów z Komendy Głównej prokuratura już badała. I wydała błyskawicznie wynik tego śledztwa – czynności policjantów były zgodne z prawem.

Rozpasanie służb

Jestem niemal przekonany, że taki sam rezultat zostanie ogłoszony w obecnym śledztwie obejmującym podsłuchiwania pół setki dziennikarzy. To przecież prokuratura dawała kiedyś zgodę na prowadzenie tajnych operacji z użyciem specjalnych środków operacyjnych, między innymi podsłuchu i podglądu – nie po to, by teraz się oskarżać. To, że wydawał zgodę na podstawie bałamutnych uzasadnień, nie ma nic do rzeczy. Formalnie prokuratura miała podstawy do wydania zgody i teraz będzie się tego trzymać.

W wydanym w połowie marca oświadczeniu generałów Bondaryka i Łuczaka odnajdujemy te podstawy. Zapewniają więc, że dziennikarze jako grupa zawodowa nigdy nie byli celem działań Agencji. Dalej twierdzą, że nie rozpracowywali dziennikarzy w związku z kontaktami z ich informatorami. Następnie formułują kluczowe dla całego oświadczenia zdanie: działania Agencji obejmują sprawców przestępstw, a wśród nich m.in. korupcji, powoływania się na wpływy i ujawnienia niejawnych dokumentów państwowych.
W tym tkwi sedno całej sprawy. Ostatnie trzy przypadki da się przypisać każdemu kontaktowi dziennikarza z informatorem. Udzielając ważnych wiadomości, informator (dziennikarz jest czysty jak łza) korumpuje dziennikarza. Nigdy nie udowodnimy, że nie powoływał się na wpływy. Wreszcie, informator nie musi dawać niejawnego dokumentu państwowego. Wystarczy, że ujawni jakiś istotny jego fragment, a zarzut o ujawnieniu się uprawdopodabnia.

Jak można położyć tamę rozpasaniu służb w podsłuchiwaniu dziennikarzy? Wydaje się, że jedynie poprzez powołanie Nadzwyczajnej Sejmowej Komisji Śledczej i prowadzenie jej obrad oraz przesłuchań w sposób jawny i pokazywany od początku do końca w jednym z ogólnodostępnych kanałów telewizji publicznej. Zarówno obrad, jak i przesłuchań. Zarówno szefów służb specjalnych, jak i oficerów opracowujących plany realizacji takich operacji, ich wykonawców, a także prokuratorów, którzy wydawali na nie zgody.
Dopóki nielegalne operacje służb będą korzystały z pretekstu chronienia ich tajności, choć ich ujawnienie może nie mieć żadnego wpływu na nasze bezpieczeństwo , dopóty wolność naszego zawodu, w tym jego ważna cecha –zaufanie społeczne – będzie nieustannie zagrożona.

autor: Jerzy Jachowicz:

źródło: gazeta Obywatelska

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ