A. Gelberg: Hipokryzje parlamentarne

Jaruzelski23.jpg

19 lipca 1989 roku Zgromadzenie Narodowe (Sejm+Senat) nowo wyłonionego parlamentu wybrało prezydenta RP. Został nim gen. Wojciech Jaruzelski, twórca stanu wojennego.

Pozornie nie było w tym nic nadzwyczajnego, gdyż wcześniej komuniści przy „okrągłym stole”, a zwłaszcza pomiędzy wódką i zakąską magdalenkowych knowań w wąskim gronie, zabezpieczyli sobie taki finał nowego ustrojowego otwarcia. Krótko mówiąc, nawet przy najgorszym dla nich wyniku wyborczym, mieli – wraz z sojuszniczymi stronnictwami – zagwarantowaną większość w Zgromadzeniu Narodowym.

Kiedy jednak po 4 czerwca powiał wiatr historii, a zdyscyplinowane wcześniej sojusznicze stronnictwa, ZSL i SD, zaczęły przebąkiwać o politycznej niezależności – wybór Jaruzelskiego stanął pod znakiem zapytania.

Wybór głowy państwa (Jaruzelski był jedynym kandydatem) odbywał się w sali plenarnej sejmu, gdzie ustawiono urnę, do której wrzucali głosy posłowie i senatorowie wywoływani w porządku alfabetycznym przez marszałka sejmu Mikołaja Kozakiewicza. Ta procedura ciągnęła się przez wiele godzin i chociaż formalnie, w trakcie głosowania, była tajna, to już po godzinie było jasne, że los Jaruzelskiego jest zagrożony, gdyż niektórzy posłowie sojuszniczych stronnictw, już po wrzuceniu karty do urny, nie ukrywali, że głosowali przeciw kandydaturze generała. Powiało grozą, w kuluarach sejmowych zaczęto szeptać o kolejnym wprowadzeniu stanu wojennego.

Wobec takiej perspektywy siedmiu parlamentarzystów spod znaku Sentymentalnej Panny S zdecydowało się wziąć sprawę w swoje ręce. A nie było to proste, sytuacja była dynamiczna, kolejni posłowie i senatorowie podchodzili do urny. Głosowanie „za” ze znaczkiem Solidarności w klapie, oznaczałoby w tamtych realiach śmierć cywilną, a połowiczne i mniej kompromitujące „wstrzymanie się od głosu” niczego nie dawało, gdyż w tzw. głosowaniu pozytywnym, „wstrzymanie się” skutkuje identycznie jak głosowanie „przeciw”.

Pojawił się pomysł, jak wybrnąć z sytuacji. Należało zrobić z siebie niegramotnego idiotę i…postawić na karcie do głosowania krzyżyk zarówno w miejscu „za”, jak i „przeciw”. Oznaczało to unieważnienie głosu, co w konsekwencji obniżało kworum i de facto było oddaniem pół głosu na Jaruzelskiego.

Jak już wspomniałem, sytuacja była dynamiczna i do ostatniej chwili nie było wiadomo, jak skończy się ta wyborcza ruletka. Wspomniana „siódemka” przyniosła na tacy Jaruzelskiemu 3,5 głosu. Wystarczyło – przeszedł jednym głosem. Natomiast „siedmiu parlamentarzystom solidarnościowym” (w tym przypadku cudzysłów jest niezbędny), stąpającym twardo na politycznym gruncie, warto – za Janem Krzysztofem Kelusem – „zrobić polityczny przytyk, że co drugi volksdeutsch był real polityk.” Od siebie dodam, że udając niegramotnych idiotów, nie byli w stanie ukryć własnego tchórzostwa i zdrady Solidarności. Oto ich nazwiska: Wiktor Kulerski, Andrzej Miłkowski, Aleksander Paszyński, Andrzej Stelmachowski, Stanisław Stomma, Witold Trzeciakowski, Andrzej Wielowiejski.

Ach, to kworum

Warto w tym miejscu przypomnieć, że warunkiem sine quo non demokracji jest instytucja kworum. Atak na kworum, dążenie do jego bezrozumnego obniżania jest de facto atakiem na demokrację. Gdyby, wyobraźmy to sobie, obniżyć kworum np. do 5 procent, to w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że podejmowane w takim trybie decyzje są reprezentatywne i demokratyczne. Oczywiście nie należy przesadzać również w drugą stronę: zbyt wysokie kworum, np. 75 procent musi spowodować paraliż decyzyjny pod demokratycznym szyldem.

Każda organizacja demokratyczna, wyznacza sobie kworum pomiędzy wymienionymi skrajnościami, co więcej, może i zazwyczaj ma kilka progów kworum na różne okoliczności. Jeśli jednak przyjąć za rzecz oczywistą, że polityka jest swoistą grą, nieobcą przecież systemom demokratycznym, to atak na wyznaczone wcześniej przez siebie kworum jest podcinaniem demokratycznych korzeni.

Opisany powyżej „manewr”, skutkujący wyborem Jaruzelskiego, nie był jednak atakiem na demokrację, tylko czymś gorszym i w konsekwencji groźniejszym. Przyłożenie przez ludzi ze znaczkiem Solidarności w klapie ręki do wyboru komunistycznego zbrodniarza na pierwszego obywatela RP, który wprowadził stan wojenny, żeby zniszczyć Solidarność, to nie była żadna polityczna gra, tylko skrajna nieprzyzwoitość i zdrada. Która, przykro to pisać, stała się, niestety, kamieniem założycielskim III RP. I brzemię to ciąży nam do dzisiaj.

Referenda

Gdy na wniosek Solidarności i za zgodą senatu prezydent Wałęsa zarządził 29 listopada 1995 r. „Referendum uwłaszczeniowe” – politycy opcji liberalnej i neoliberalnej rozpoczęli frontalny atak. Że to poroniony pomysł, że to zguba dla polskiej gospodarki, że na każdego przypadnie tylko jakiś ochłap. Zaprzyjaźnione media ochoczo dołączyły, stosując sprawdzoną metodę: szyderstwo i rechot. Wychodziło na to, że kto pójdzie głosować, to naiwniak i kretyn. Efekt: frekwencja wyniosła zaledwie 32,4 procent (przy wymaganych 50 procentach). 96 procent biorących udział w referendum wypowiedziało się za uwłaszczeniem.

Inne referendum, już nie na skalę krajową, tylko lokalną, chociaż ważną, bo chodziło o stolicę i panią Hannę Gronkiewicz-Waltz. W jej obronę – bo przedmiotem był wniosek o jej odwołanie ze stanowiska prezydenta Warszawy – zaangażowali się zarówno prezydent Bronisław Komorowski jak również premier Donald Tusk, żeby nie wymieniać liczne grono polityków Platformy niższej rangi. Ale podkreślenia wymaga sposób prowadzenia tej obrony – to nie było wynoszenie pod niebiosa zalet i zasług dla stolicy pani prezydent, tylko…namawianie warszawiaków do pozostania w domu i „olania” referendum. Walka o obniżenie frekwencji, o wytłumienie postaw obywatelskich u mieszkańców stolicy okazała się skuteczna: żeby referendum było wiążące, potrzebna była frekwencja 29,1 procenta, a była tylko 25,7 procenta. Już tylko dla porządku – za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz opowiedziało się 95 procent biorących udział w referendum.

Demokracja dostała od polityków kolejny cios.

Gra kartami

Nie chodzi tutaj o karty, którymi gra się w brydża czy pokera, tylko o karty plastikowe, w które wyposażeni są wszyscy parlamentarzyści, posługujący się nimi w trakcie głosowań. Ostatnio było na ten temat głośno, gdy media rzuciły się jak tygrys na świeże mięso na posłankę Kukiz-15, Małgorzatę Zwiercan. Za to, że w czasie trwającej kilka minut nieobecności Kornela Morawieckiego na sali plenarnej sejmu, w momencie, gdy prowadzący obrady marszałek zarządził głosowanie, użyła jego karty. Znała poglądy Morawieckiego w inkryminowanej sprawie tyczącej owego głosowania, co później marszałek senior potwierdził.

Za złamanie regulaminu sejmowego została srogo ukarana wywaleniem z klubu Kukiz-15, Kornel Morawiecki na znak solidarności sam odszedł z klubu. Czy było to wykroczenie ze strony Małgorzaty Zwiercan? Zapewne tak, ale niewielkie. Nie można tego epizodu porównywać do udowodnionych w sądzie kilkudziesięciu głosowań posłów Jana Choładaja i Stanisława Jarmolińskiego – za posłów nieobecnych w sejmie.

Ale cały ten szum medialny przykrył znacznie istotniejszą sprawę. Otóż opozycja (Platforma Obywatelska, Nowoczesna, PSL) twórczo rozwinęła metodę gry na obniżenie kworum. Widzowie obserwujący obrady sejmu przecierają oczy: sala plenarna wypełniona, opozycja niemal w komplecie, a wyświetlane wyniki głosowań temu zaprzeczają. O co tu chodzi?

Żaden sposób głosowania opozycji nie jest w stanie zatrzymać większościowej pisowskiej lokomotywy. Ale zbiorowe wyjęcie z czytników kart do głosowania może w pewnych warunkach skutecznie obniżyć kworum. I o to chodzi.

A to, że taka gra kartami – przepraszam, że nudzę – jest działaniem przeciwko demokracji i w swoim klimacie bardziej przypomina bazarową grę „w trzy karty” – to już inna sprawa. 

czytaj więcej: Odrzucić balcerowiczowską koncepcję​

źródło: gazeta Obywatelska 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ