Łódzki układ zamknięty

sady.png

O defraudacji gigantycznego majątku, wyłudzonych od miasta ulgach przy zakupie gruntów i spółdzielczej mafii kilka lat temu usłyszała cała Polska. O Łodzi zrobiło sę głośno. Dobrze zorganizowana grupa, w której skład wchodzili prezesi Spółdzielni Mieszkaniowej „Śródmieście” wyłudzała od miasta bonifilaty przy zakupie gruntów pod pretekstem uwłaszczenia na nich spółdzielców.

Tym ostatnim latami blokowano możliwość wykupu mieszkań. Działki dzielono, czasem zmieniano ich obrysy i sprzedawano deweloperom.

Na zorganizowanym w ten sposób procederze zyskiwał oczywiście inwestor, który nabywał działkę wartą 10 mln za niecałe 1,5 mln.

Korzystał też prezes bo 1,5 mln otrzymywał za działkę , na którą wydał raptem dwadzieścia parę tysięcy, przelanych z kasy spółdzielni.

Tracili mieszkańcy spółdzielni, którzy latami nie mogli skorzystać ze swoich praw i wyodrębnić mieszkań. Majątek traciło też miasto bo za pośrednictwem pasera, jakim w tej sytuacji był prezes spółdzielni, sprzedawało deweloperem cenne działki w centrum Łodzi w zaniżonej cenie.

Król „Manhattanu”

Pieniądze zdobyte w ten sposób przez prezesa rozpływały się, nie wiadomo gdzie. Podobnie niestety było z wpłacanymi czynszami mieszkańców. Przysłowiowe przerzucanie pieniędzy z kasy spółdzielni do kieszeni trwało latami. Mieszkańcy alarmowali prokuraturę i policję o niegospodarności. Bezskutecznie. Prezes SM Śródmieście w Łodzi Krzysztof D. zwany „Królem Manhattanu” był nie do ruszenia.

Jako były radny miejski miał wydeptane ścieżki we wszystkich urzędach, znał mechanizmy oraz urzędników. Dbając o własne interesy, kolegował się z każdą kolejną władzą. Dysponował też gigantyczną monetą przetargową, jaką były lokale mieszkalne i użytkowe w samym sercu miasta.

Niejednemu zależało na dobrej lokalizacji dla swojej firmy, kancelarii, gabinetu. A prezes chętnie obdarowywał, by potem okazywano mu wdzięczność. Bez jakiejkolwiek kontroli operował majątkiem spółdzielni wedle własnego uznania, zadłużając ją na wiele milionów.

Sprzyjały temu niedoskonałe zapisy ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, które uniemożliwiają spółdzielcom należyty nadzór nad własnym majątkiem, czyniąc z nich prawdziwych niewolników XXI wieku. Prezesom zaś ułatwia liczne nadużycia, czyniąc ze spółdzielni mieszkaniowych prawdziwe państwo w państwie.

I choć miliony ludzi czekają na wyzwolenie przez tyle lat, wskutek lobbingu prezesów żaden kolejny rząd się z tym problemem nie uporał.

Pierwsza afera związana z SM „Śródmieście” w Łodzi wybuchła w 2004 roku, gdy okazało się, że prezes nie odprowadza pieniędzy do ZUS, Urzędu Skarbowego, miejskich spółek oraz w niejasnych okolicznościach pozbył się znacznej części lokali użytkowych (jedynych, na których spółdzielnia mogła legalnie zarabiać).

Wybudował też w tamtych czasach za 17 mln wielki, wielopoziomowy garaż , który w skali miesiąca przynosił zyski na poziomie …kiosku z warzywami. Już wtedy powinien ponieść konsekwencje swoich niegospodarnych działań, ale prokuratura umorzyła sprawę.

Zdumiewające były opinie biegłych, którzy potwierdzali wprawdzie niegospodarne działania zarządu spółdzielni, sugerowali jednak, aby nie zmieniać osób w nim zasiadających bo cyt. ”wierzyciele się już do nich przyzwyczaili”. W ten oto sposób prezes mógł prowadzić zgubne dla spółdzielni działania przez następne lata.

Urzędniczy parasol ochronny

O SM „Śródmieście” w Łodzi
ponownie zrobiło się głośno w 2011 roku, kiedy mieszkańcy jednego z bloków z determinacją przystąpili do obrony zielonego skweru (tzw. ogród Kołaczkowskiego) przy główniej ulicy miasta, na którym prezes chciał wybudować apartamentowiec i garaż dla pobliskiego, prywatnego hotelu.

Własnym ciałem zasłaniali drzewa, które pod osłoną nocy wbrew postanowieniom sądu wycinano. Przy tej okazji na jaw wyszły malwersacje związane z gruntami i wyłudzoną bonifikatą. Pierwsze informacje i dowody w sprawie przestępczego procederu ujawniłam opinii publicznej już w lipcu 2011 roku. Jednak przez wiele długich miesięcy ani prokuratura, ani policja w Łodzi nie reagowały na przykłady łamania prawa .

W tym czasie prezes spokojnie pozbywał się kolejnych gruntów pozyskanych z 98% bonifikatą wyłudzoną od miasta.

W czerwcu 2012 roku podporządkowani prezesowi przedstawiciele (w SM „Śródmieście” zamiast Walnego Zebrania nadal wbrew ustawie funkcjonuje archaiczne Zebranie Przedstawicieli ) podjęli decyzję o wyprowadzeniu resztek gruntów oprócz terenów pod samymi blokami.

Większość działek przewłaszczono na poczet długów, jakich niegospodarny prezes narobił.

W ramach zwrotu 3 mln zł, pożyczonych od podwarszawskiej firmy, prezes przekazywał grunty warte 12 mln., czyli czterokrotnie więcej. W ten sposób legalizowano pieniądze.Działki przechodziły z rąk do rąk, a majątek wypływał.

Mimo upublicznienia kolejnych faktów w tej sprawie organa ścigania w Łodzi nie podejmowały żadnych działań. Prokurator rejonowa dla Łodzi-Śródmieścia Anna Kuziemska-Wawrzko, do której wpłynęła sprawa bezprawnie wyciętych drzew, od pierwszej chwili gorliwie zabiegała o odebranie swojej koleżance śledztwa w sprawie wyłudzonych bonifikat i zorganizowanego działania na szkodę Gminy Łódź oraz mieszkańców spółdzielni, o które wnioskowałam . Udało jej się doprowadzić do połączenia obu tych spraw w jedno postępowanie, co niestety źle odbiło się na całym śledztwie.

Wątek wyprowadzenia gruntów miejskich za pośrednictwem spółdzielni traktowany był po macoszemu, nie wszczęto też postępowania przeciwko miejskim urzędnikom, choć z dokumentów wynikało, kto dopuścił się zaniedbń, a kto przekroczył swoje obowiązki.

Anna Kuziemska-Wawrzko, nie reagując prawidłowo na powiadomienia o możliwym, zorganizowanym procederze wyłudzania bonifikat przy zakupie gruntów, umożliwiła dalszy rozwój przestępczego procederu.

Podobnie obchodzili się ze sprawą miejscy urzędnicy , którzy zdecydowanie wspomagali działania prezesa spółdzielni i utrudniali dalsze wyjaśnienie sprawy, blokując wbrew prawu dostęp do należnych dokumentów.

Czyszczenie dokumentów

Gdy wreszcie szef biura prawnego UMŁ zobaczył dowody w sprawie wyłudzeń bonifikat od miasta, którymi wówczas dysponowałam, złożył zawiadomienie do prokuratury o ściganie zarządu spółdzielni z powodu oszustwa. Ani słowa nie wspomniał we wniosku jednak o prawdopodobnie zorganizowanym procederze i współdziałaniu miejskich urzędników. Doniesienie było przeciwko zarządowi spółdzielni, a nie w sprawie.

Paradoksalnie złożenie tego wniosku jeszcze bardziej skomplikowało prowadzone śledztwo. Prokuratura Rejonowa dla Łodzi-Śródmieście, skoncentrowała się wyłącznie na sprawie poszkodowania miasta przez zarząd spółdzielni, całkowicie pomijając wątek urzędniczy.

W grudniu 2012 Policja zajęła w siedzibie spółdzielni dokumenty. Jednak w Urzędzie Miasta dokumentów nie zajęto – prokurator wyznaczyła kilka dni na ich przygotowanie. W tym czasie urzędnicy, którzy współdziałali z prezesem, wynosili dokumenty poza mury urzędu i dokonywali stosownych „korekt”. Informacje o tym, że tak właśnie się dzieje, ignorowano.

Przez kolejny rok znów niewiele się działo, zajęte dokumenty leżały w prokuraturze. Nie wynajęto nawet biegłych do ich sprawdzenia. Bezkarny prezes spółdzielni spotykał się ze mną w sądzie, bo jak twierdził, naruszyłam jego dobra.

Ostatecznie po ponad dwóch i pół roku sprawę wygrałam – ale nastapiło to już po postawieniu mu zarzutów.

Aresztowanie prezesa

Do zatrzymania prezesa SM „Śródmieście w Łódzi Krzysztofa D. oraz jego zastępcy doszło dopiero w listopadzie 2013 roku. Przeprowadzono wówczas gigantyczną akcję (zajęcie dokumentów w 20 miejscach w całej Polsce). Media ogólnopolskie milczały w tej sprawie .

Prezes Krzysztof D i jego zastępca usłyszeli zarzuty. Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności. Mimo zagrożenia wysoką karą i możliwością mataczenia „Król Manhattanu” już po paru godzinach wyszedł na wolność za kaucją w wysokości 50 tys. Zł. Straty oceniano wówczas na kilkadziesiąt milionów.

Bezkarny prezes przez długi czas miał nadal bodny dostęp do dokumentów oraz świadków.

Z niezrozumiałych powodów nie postawiono zarzutów trzeciemu członkowi zarządu spółdzielni ,choć to właśnie ta osoba stawała do aktów notarialnych, w których poświadczano nieprawdę.

Od tego czasu minęło ponad dwa i pól roku. Śledztwo toczy się opieszale. Już po zatrzymaniu prezesa Krzysztofa D. na wniosek jednej ze spółek miejskich ZWIK sąd ogłosił upadłość likwidacyjną spółdzielni Jej konta zajęli komornicy. Na łódzkim „Manhattanie” w wysokościowcach stanęły windy, zgasły światła, zabrakło wody . Dramatem ograbionych mieszkańców żyła cała Polska. Wydawać się mogło, że w obliczu tej sytuacji winni zaniedbań poniosą zasłużoną karę. Tak się jednak nie stało.

Syndyk

Od czasu kryzysu na łódzkim” Manhattanie” panuje syndyk Dariusz Jędrzejewski wespół z ludżmi byłego prezesa. Przekraczając swe uprawnienia, nieraz ingerował w sprawy organów spółdzielni. To dzięki niemu ludzie ze starej ekipy „Króla Manhattanu” nadal nią zarządzają. Nadgorliwy syndyk, strasząc i wprowadzając w błąd skrzywdzonych spółdzielców, próbuje doprowadzić do tego, aby dobrowolnie zgodzili się spłacać długi byłego prezesa i ułożyli się z wierzycielami.

Mimo iż w postanowieniu o ogłoszeniu upadłości likwidacyjnej sąd wyraźnie zaznaczył, że powrót do układu jest mało możliwy. Wszystkie grunty spółdzielnia pozyskała od miasta na tych samych zasadach, tj. z 98% bonifikatą, sprzedaż każdej następnej z niewielu pozostałych już działek oznacza konieczność zwrotu kolejnych milionów miastu. Innymi słowy jest nieopłacalna. Ale jeśli cała sprawa przeciągnie się w czasie i minie okres 10 lat od zakupu, wtedy można zgodnie z przepisami uniknąć kary i zwrotu wyłudzonych bonifikat.

Konsekwencje robionych przez bezkarnego prezesa latami długów poniosą wyłącznie spółdzielcy, jeśli ułożą się z wierzycielami, oraz miasto Łódź, do którego budżetu nie wrócą wyłudzone miliony .

Pozostający w dobrych relacjach z ludźmi oskarżonego prezesa i nim samym syndyk jako funkcjonariusz publiczny podstępnie próbuje zatem doprowadzić do takiej sytuacji, w której to właśnie organy spółdzielni wniosą o zmianę likwidacji na układ z wierzycielami, bo doskonale wie, że przekraczając swe uprawnienia i działając na szkodę interesu prywatnego lub publicznego (w tym wypadku miasta), mógłby odpowiadać z art. 231 kk. Liczne skargi wpływające do sędzi komisarz nadzorującej jego prace do tej pory pozostają bez odpowiedzi

Jeśli plan syndyka się powiedzie, działająca jak państwo w państwie „SM Śródmieście” w Łodzi, niczym kura znosząca złote jaja nadal będzie zasilała prywatne kieszenie wąskiej grupki trzymającej władzę (głównie ludzi dawnego prezesa) kosztem spółdzielców, którzy pozostaną zakładnikami tej sytuacji

Ta historia jak w soczewce pokazuje, jak bardzo chory jest system, który latami pozwala na łamanie praw ludzi, grabienie majątku i przyzwala organom ścigania na karygodne zaniedbania.

Z dokumentów Urzędu Miasta Łodzi wynika, iż żaden z urzędników zamieszanych w sprawę nie poniósł nawet najmniejszej kary, niektórych nagrodzono. Jedna z tych osób w następstwie zmiany władzy po wyborach parlamentarnych w 2015 przeszła do NIK, gdzie prezesem jest łodzianin Krzysztof Kwiatkowski (PO). Wcześniej pełnił on funkcję ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Łodzianinem jest także wieloletni Minister Infrastruktury Cezary Grabarczyk (PO), którego resort sprawował nadzór nad spółdzielniami. Rządząca Łodzią prezydent Hanna Zadnowska to jego protegowana.

autor: Agnieszka Wojciechowska Van Heukelom

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ