Adam Maksymowicz: KGHM i Skarb Państwa

KGHM nowy ladny.jpg

Cenowy kryzys na światowym rynku surowców spowodował, że wiele górniczych firm z trudem utrzymuje swój dochodowy dotąd biznes. Proces ten dotknął należący do Skarbu Państwa koncern miedziowy KGHM i jemu podobne konsorcja węglowe.

Różnica między nimi jest taka, że ten pierwszy, choć minimalnie, ale jest dochodowy, a te pozostałe stale przynoszą straty. Ich ograniczenie jest podawane jako kolejny „sukces” ministrów i rządu nieustannie martwiącego się o przyszłość swoich podopiecznych.

Prywatne zakłady górnicze

Na drugim końcu górniczej profesji w naszym kraju znajdują się prywatne kopalnie, piaskownie, żwirownie, kamieniołomy i tym podobne małe przedsięwzięcia związane z eksploatacją lokalnych surowców. Ich stanem i możliwościami nikt z ministrów się nie zajmuje. Jeżeli już to raczej restrykcyjnie w postaci kontroli ochrony środowiska i nakładanych na nie kar i opłat za nieprzestrzeganie coraz większej ilości przepisów, zakazów i nakazów. Z jednej strony można powiedzieć, że oba kierunki polskiego górnictwa są nieporównywalne. Owszem, tak jest, ale w wymiarze medialnym i przede wszystkim politycznym. Kilka tysięcy małych prywatnych zakładów górniczych w przybliżeniu zatrudnia tyle ludzi, ile górnictwo węglowe razem wzięte. Nad jego troskami nikt z rządu się jednak nawet nie zająknie. Czy jest dochodowe, czy nie? Czy trzeba mu pomagać, czy nie? Przecież przynajmniej formalnie wszystkie podmioty gospodarcze są równoprawne.

To jednak tylko ładnie brzmiąca teoria. Prawda jest taka, że prywatne górnictwo jest dochodowe, gdyż inaczej po prostu nie może istnieć. Żaden rząd i żadna instytucja bankowa nie będzie pokrywać zaistniałych tam strat. Następuje tam natychmiastowa korekta w postaci bankructwa i zamknięcia nierentownego zakładu.

Trzeba przypomnieć, że w tych małych górniczych zakładach też pracują obywatele RP, którym przysługuje przynajmniej teoretycznie takie samo poparcie rządu jak wszystkim innym państwowym molochom górniczym.

Państwowy parasol

Spadek dochodów z miedziowego giganta, jakim jest KGHM, spowodował decyzję Ministra Skarbu Państwa o jego ochronie przed tzw. „wrogim przejęciem”. Pojęcie to oznacza, że firma może być wykupiona przez zagranicznych konkurentów, po to tylko, aby ją zamknąć i uzyskać w ten sposób wzrost ceny miedzi, aby w ten sposób z naddatkiem odzyskać włożone pieniądze włożone w zakup tej firmy.

Od strony finansowej jest to bardzo możliwe, gdyż z ogólnej ich wartości ok. 3 mld USD (200 mln akcji po 65 zł daje sumę 13 mld zł, co w przybliżeniu odpowiada wartości 3 mld USD) po to, aby przebić 31,79 % akcji będących w posiadaniu Skarbu Państwa wystarczy wykupić np. 33 % akcji, co odpowiadałoby wartości ok. 1 mld USD. To jest oczywiście możliwe. Jednak z napływających z całego świata wiadomości wynika, że jest to mało prawdopodobne.

Jedynym podmiotem zakupującym obecnie miedziowe aktywa na całym świecie są chińskie firmy górnicze. Ich specyfika polega na zakupywaniu, nie jak ma to miejsce w KGHM najmniej efektywnych firm, ale dokładnie odwrotnie.

Za podobne nakłady, jak za KGHM kupują oni przede wszystkie w Peru odkrywkowe kopalnie o podobnej wydajności, ale za to też o połowę niższych kosztach ich eksploatacji. Prawna ochrona KGHM wydaje się w tej sytuacji chwytem czysto propagandowym mającym na celu pokazanie, że rząd „troszczy” się o przyszłość najważniejszej polskiej spółki górniczej. Ten państwowy parasol nad KGHM jest jeszcze jednym dowodem na nierówne traktowanie polskiego górnictwa jako całości.

Efektywna konkurencja

O ile „wrogie przejecie” KGHM jest mało prawdopodobne, to finansowa konkurencja na tym rynku nieuchronnie dążyć będzie do deficytu tej firmy i jej naturalnego zamknięcia ze względów czysto ekonomicznej nieopłacalności. Na pocieszenie dodać można, ze proces ten zachodzi w skali globalnej i dotyczy nie tylko KGHM, ale wszystkich ubogich w surowce i nieefektywnie zarządzanych przedsiębiorstw górniczych w tej branży.

Ta efektywna konkurencja powoduje, ze ceny miedzi na całym świecie przez przynajmniej kolejnych kilka lat będą sukcesywnie maleć. Są nawet prognozy, że spadną one do 4 tys. USD za tonę.

Odpowiedzią polskiego giganta jest obniżka kosztów własnych. Te zaś nie mogą być w nieskończoność ograniczane, gdyż przedsiębiorstwo czeka wówczas taki koniec, jak konia, który uczył się żyć bez siana. Tuz przed tym, kiedy koń prawie umiał nie jeść, po prostu zdechł. To przestroga – cięcie kosztów też ma swoje granice. Po ich przekroczeniu przedsiębiorstwo staje się niewydolne.

Proces ten zapoczątkował największy światowy konsument miedzi – Chiny, które zużywają około 50% światowej produkcji. Sami produkują ok. 1,7 miliona ton, a pięć razy tyle importują. Dopóki Chiny kupowały ją za pośrednictwem giełdy, ceny miedzi szybowały do ponad 10 tys. USD. W ten sposób drenowano chińską gospodarkę, na co Chińczycy w końcu znaleźli sposób.

Zaczęli kupować coraz więcej kopalń miedzi na świecie zamiast metalu na giełdzie. Od tego czasu cena żółtego metalu zaczęła gwałtownie spadać. Chiny dotąd kupowały na giełdzie 80% swojego zapotrzebowania, co było równoznaczne z wielkością importu. Teraz nadal importują one 80% swojego zapotrzebowania, ale z własnych kopalń, przede wszystkim z Peru i z Konga i to po kosztach produkcji, które na ogół są znacznie niższe od ceny giełdowej.

Za pośrednictwem giełdy kupują około tylko około 10% metalu. Zwiększają zaś zakupy koncentratu, który przeliczany jest na miedź, ale ta odzyskiwana jest w chińskich hutach.

Wszystkie te procesy uderzają w polską spółkę. Coraz mniejsze jest zapotrzebowanie na końcowy produkt KGHM, jakim jest surowa miedź. Jej ceny w najbliższych latach będą zatem na granicy opłacalności firmy. Biorąc pod uwagę coraz wyższe kosza eksploatacji związane ze wzrostem głębokości, należy spodziewać się poważnych jej problemów finansowych. Chiny nie odwrócą się z korzystnej dla nich konfiguracji rynku miedzi i to mimo stale wzrastającego tam zapotrzebowania na ten metal. Chiński import koncentratu z własnych kopalń będzie degradować tradycyjny handel tym metalem za pośrednictwem giełdy.

Zaprzestać medialnych fajerwerków

Skarb Pastwa, podejmując decyzję o prawnej ochronie KGHM, jakby nie zdawał sobie sprawy z jej ekonomicznego i globalnego położenia na światowym rynku miedzi. Żadna prawna ochrona KGHM przed „wrogim przejęciem” nie poprawi gospodarczej efektywności tej firmy. To zaś stanowi główne zagrożenie dla jej dalszego istnienia. Medialne fajerwerki, które z upodobaniem uprawiano w tej firmie przynajmniej od blisko 20 lat przyniosły straty najpierw liczone w dziesiątkach milionów USD w Kongo, a potem w miliardach USD w Chile. Po drodze raczono nas wszystkimi możliwymi inwestycjami w branży górniczej i wszelkiej innej, jakie miała podjąć się KGHM.

Ten medialny zachwyt nad, co tu dużo mówić, wręcz infantylnymi propozycjami, nie brał się z niczego. Jak podają niezależne źródła prasowe, koncern wydawał na opłacenie najważniejszych krajowych mediów dziesiątki milionów złotych. To powinno się kiedyś skończyć.

Ostania tego rodzaju inicjatywa jak zawsze wyszła z biura prasowego firmy („Cicha rewolucja w pozyskiwaniu metali. O metodzie KGHM…” www.bankier.pl – 17.05.2016). Jej rzecznik oświadczył, że firma pracuje nad projektem o nazwie BIOMOre. Ma on polegać na biologicznej eksploatacji złoża miedzi za pomocą bakterii. Ten innowacyjny projekt jest pierwszym tego rodzaju pomysłem w skali światowej.

Charakterystycznym rysem podanej przez koncern informacji jest fakt, że nie stoi za tym żaden instytut naukowy i żadna wyższą uczelnia. Jak zwykle pracownicy tej firmy przebijają pod tym względem krajową i światową naukę. Z informacji tej domyślać się można, że na czele „naukowego” gremium KGHM stoi rzecznik prasowy firmy. To rzeczywiście coś całkiem nowego i niespotykanego nigdzie na świecie. Zapewne na cel ten pójdą kolejne miliony złotych i dolarów, które KGHM po raz kolejny spisze na straty.

Kontrola poczynań KGHM

Skarb Państwa zamiast prawnych zabezpieczeń dla KGHM, co jest najłatwiejsze z punktu widzenia władzy, winien zadbać o proces zwiększenia jej efektywności i kontrolować niczym nie uzasadnione i abstrakcyjne „innowacje” tej firmy polegające na wyciąganiu z niej pieniędzy dla „krewnych i znajomych królika”.

Jeżeli minister osobiście nie potrafi tego uczynić, to powinien powołać do tego niezależne od KGHM gremia naukowe, biznesowe i gospodarcze, które w jego imieniu nie dopuszczą do dalszego wyprowadzania z niej pieniędzy przy pomocy „geniuszu” jej pracowników. Ten zaś został już tyle razy skompromitowany, że chyba najwyższa już pora powiedzieć dość, jeżeli chcemy, aby firma ta przetrwała najtrudniejszy powojenny okres w światowej gospodarce.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ