Fortuna… piłką się toczy

piłki.jpg

Historia polskiej piłki nożnej nie obfituje w sukcesy, chociaż nie musimy się wstydzić i są kraje, które mogą nam pozazdrościć. W końcu z mistrzostw świata w 1974 i 1982 wróciliśmy z brązowymi medalami, a w „drugoligowej” konkurencji olimpijskiej raz zdobyliśmy złoty medal i dwukrotnie srebrny.

Jest jakaś szczególna magia w tej grze i ci, którzy jej ulegają, potrafią przez całe swoje życie przechowywać w pamięci różne zdarzenia związane z piłką nożną, czasami niezwykłe i zaskakujące, a jest ich w tej dyscyplinie sportu jest wcale niemało. Dzisiaj podzielę się z Szanownymi Czytelnikami własnymi „kliszami pamięci”.

Real Madryt – Benfica Lizbona

Te dwie znakomite drużyny toczą od kilkudziesięciu lat zażarte boje o prymat w Europie, ale do legendy przeszedł mecz z roku 1962. Transmitowała go nasza raczkująca wtedy telewizja, nic więc dziwnego, że przed telewizorami zasiadły miliony Polaków. A było co oglądać. Real wydawał się silniejszą drużyną – miał w swoim składzie dwie super gwiazdy: Di Stefano i Ferenca Puskasa, będącego filarem „złotej drużyny” węgierskiej. Tak, proszę państwa, w połowie lat pięćdziesiątych nie było na świecie lepszej drużyny piłkarskiej niż zespół naszych bratanków. Wygrywali z wszystkimi, wydawało się, że nikt nie jest w stanie odebrać im zwycięstwa na mistrzostwach świata w roku 1954. Przez eliminacje w swojej grupie i kolejnych szczeblach przeszli jak burza, by w finale spotkać się z Niemcami, których wcześniej w fazie grupowej rozgromili 8:3. Wydawało się, że Niemcy nie mają czego szukać, a jednak stało się inaczej: „złota jedenastka” węgierska przegrała 2:3. Była to nieprawdopodobna sensacja, zwłaszcza, że zwycięstwo (i to z kim) odniosła drużyna kraju zdruzgotanego klęską, którego populacja młodych mężczyzn została zdziesiątkowana na licznych frontach II wojny światowej. Warto jeszcze w tym miejscu dodać, że w wyniku Rewolucji Węgierskiej 1956 „złota jedenastka” przestała istnieć, gdyż większość jej zawodników wraz dziesiątkami tysięcy Węgrów wyemigrowała na Zachód.

Wróćmy do naszego meczu. Ferenc Puskas spisał się znakomicie strzelając trzy bramki, mecz skończył się jednak zwycięstwem Benefici 5:3 i wtedy po raz pierwszy zabłysła gwiazda niespełna dwudziestoletniego piłkarza z Mozambiku (zdobywcy dwóch bramek) o nazwisku Eusebio.

Król strzelców

Cztery lata później, na mistrzostwach świata w Londynie, gwiazda Eusebio, grającego w reprezentacji Portugalii, zabłysła już pełnym blaskiem. W fazie grupowej przyczynił się do pokonania i wyeliminowania drużyny Brazylii (z takimi asami jak Pele i Garrincha), jednak prawdziwe trudności reprezentacja Portugalii napotkała w ćwierćfinale, kiedy spotkała się z drużyną Korei Północnej. Gdy w 24 minucie spotkania wynik wynosił 3:0 dla Korei, stadion zamarł. Wydawało się, że jest po meczu, ale wtedy Eusebio zabrał się do roboty. Tego, co zobaczyliśmy, tej niezwykłej maestrii i waleczności czarnoskórego piłkarza z Mozambiku – nie sposób zapomnieć. Po latach pamiętam tamto wzruszenie, podziw i szacunek dla piłkarza, który sam strzelił trzy bramki, a przy pozostałych dwóch asystował. I nie zszedł z boiska mimo odniesionej bolesnej kontuzji. W półfinale Portugalia zmierzyła się z Anglią, przegrywając 2:1, a Euzebio, grając cały mecz z ręką na temblaku, strzelił bramkę. Potem – w zwycięskim meczu z ZSRR o trzecie miejsce – strzelił jeszcze jednego gola, by z dorobkiem dziewięciu bramek zostać królem strzelców.

Ale mistrzostwa 1966 miały jeszcze jedną sensację. W finale spotkały się Anglia i Niemcy, które w ostatniej minucie regulaminowego czasu wyrównały na 2:2. Sędzia zarządził dogrywkę i w 11 minucie zdarzyła się rzecz niezwykła. Po strzale Anglików piłka odbiła się od poprzeczki, ale miast wrócić na pole gry albo opuścić boisko, zaczęła w pionie trzykrotnie „kozłowanie” pomiędzy poprzeczką i murawą, a w końcu została wybita przez niemieckiego bramkarza. Pojawił się problem, czy w trakcie tego ping-ponga piłka przekroczyła linię bramkową. Sędzia uznał, że tak się stało. Po latach, po przeanalizowaniu zapisu filmowego za pomocą nowoczesnych metod komputerowych okazało się, że sędzia nie miał racji, ale wtedy Anglia została mistrzem świata.

20 lat później, na mistrzostwach w Meksyku los się zemścił. Anglia została wyeliminowana przez Argentynę, a przesądzającego gola strzelił Diego Maradona – jak się później okazało po komputerowych analizach etc. – ręką! Dwie pomyłki sędziów, jedna na korzyść Anglii, a druga odwrotnie, czyżby metafizyczna sprawiedliwość?

I dla nas zaświeciło słońce

W roku 1972 zdobyliśmy w piłce nożnej na olimpiadzie w Monachium złoty medal. Pławiliśmy się w tym sukcesie, ale była to w światowym futbolu „druga liga”. Startując w eliminacjach do mistrzostw świata 1974, nasi amatorzy musieli się zmierzyć z zawodowcami. Z tymi „amatorami”, jak niemal ze wszystkim w PRLu, była oczywiście lipa. Piłkarze ze śląskich klubów zatrudnieni byli fikcyjnie na etatach górników przodowych, z Legii – na etatach podoficerów LWP, z Gwardii – na etatach funkcjonariuszy MO itp.

Punktem zwrotnym był „zwycięski remis” na Wembley, gdzie Jan Tomaszewski miał więcej szczęśliwych interwencji, niż niejeden bramkarz przez całą swoją karierę. Ale szczęście wszędzie się przydaje, Anglia wypadła za burtę, a my z impetem rozpoczęliśmy – po raz pierwszy w historii polskiej piłki nożnej – grę w mistrzostwach świata. I pod komendą Kazimierza Górskiego poszliśmy jak burza, wygrywając jeden mecz po drugim. Tę naszą prowadzoną w ułańskim stylu szarżę zatrzymali dopiero Niemcy, z którymi na zalanym wodą boisku przegraliśmy zaledwie 1:0, by potem w walce o trzecie miejsce pokonać w takim samym stosunku (zwycięskiego gola zdobył Grzegorz Lato, otrzymując tym samym tytuł „króla strzelców”) nie byle kogo, bo Brazylię.

Witaliśmy naszych piłkarzy jak bohaterów, ekipa Gierka, tracąca już wtedy poparcie społeczne, chciała uszczknąć dla siebie choć trochę splendoru, nie szczędziła więc piłkarzom i trenerom zaszczytów, orderów i przydziałów na samochody.

Do kolejnych mistrzostw świata, tym razem w Argentynie, poprowadził naszą drużynę Jacek Gmoch, kreujący się po trosze na profesora futbolu, a po trosze na czarnoksiężnika. Eliminacje przeszliśmy bez problemu i co więcej, wszystko wskazywało, że mamy silniejszą niż na poprzednich mistrzostwach drużynę, bo wrócił do niej po latach przerwy Włodzimierz Lubański, objawił się bardzo uzdolniony Zbigniew Boniek, a starzy mistrzowie (Deyna, Lato, Szarmach, Gorgoń, Tomaszewski) byli w wyśmienitej formie. W tym miejscu warto przypomnieć, że Johan Cruyff, jeden z najwybitniejszych w historii światowej piłki nożnej zawodnik i zarazem kapitan reprezentacji Holandii, biorący wcześniej udział w eliminacjach, odmówił wyjazdu do Argentyny na znak protestu przeciwko łamaniu praw człowieka przez juntę wojskową gen. Jorge Videla.

W meczu otwarcia zagraliśmy z Niemcami – zakończył się bezbramkowym remisem. Może dlatego uznano to za sukces, że Edward Gierek pospieszył z telegramem gratulacyjnym, a krajowi korespondenci rozpływali się nad grą obydwu drużyn z upodobaniem używając terminologii szachowej. Potem niestety poszło gorzej i sny o potędze rozwiały się w czasie meczu z Argentyną, po bramkach Kempesa i niestrzeleniu karnego przez Kazimierza Deynę, czego nigdy nie chcieli mu wybaczyć kibice i co stało się osobistą tragedią tego – do czasów Roberta Lewandowskiego – najbardziej uzdolnionego polskiego piłkarza.

Powrót do Polski naszej reprezentacji nie był już tak radosny, Rada Państwa również wstrzymała się z orderami.

Niecenzuralne słowo „Solidarność”

Po raz trzeci pojechaliśmy na mistrzostwa świata – tym razem do Hiszpanii. Drużynę mieliśmy jakby trochę słabszą od tej, która w Argentynie niewiele zwojowała, ale nie to było powodem braku radosnego entuzjazmu, zarówno wśród zawodników jak i kibiców. Przyczyną był stan wojenny w Polsce, junta gen. Jaruzelskiego trzymała w więzieniach i „internatach” tysiące Polaków – trudno się było radować. Ale kiedy zaczęły się mistrzostwa, a nasza drużyna pokazała świetną i skuteczną grę, zainteresowanie i w końcu entuzjazm przełamały wcześniejszą apatię. Szczególnie dużo radości sprawiła końcówka meczu z ZSRR, kiedy to Włodzimierz Smolarek zagrał na nosie Ruskim i nie pozwolił sobie odebrać piłki, blokując ją w narożniku, aż sędzia odgwizdał koniec meczu, ze zwycięskim dla nas remisem. Warto dodać, że więźniowie polityczni i internowani wywalczyli sobie za kratami prawo do oglądania transmisji z pojedynków polskiej reprezentacji, która powtórzyła sukces z Monachium zajmując trzecie miejsce. Ciekawostką jest, że transmisje oglądaliśmy z minutowym opóźnieniem. Przyczyna? Polska diaspora na stadionach, na których grała polska reprezentacja, instalowała u podnóża trybun liczący kilkadziesiąt metrów transparent z napisanym charakterystycznym liternictwem słowem „Solidarność”. To opóźnienie potrzebne było, żeby siedzący w Warszawie przy konsolecie funkcjonariusz miał czas wyciąć kadry ze wspomnianym napisem.

Polacy, nic się nie stało

Po latach tłustych przyszły lata chude. Od mistrzostw świata w Barcelonie minęły 34 lata – w tym czasie impreza ta odbyła się ośmiokrotnie, w różnych częściach świata. Nam udało się zakwalifikować tylko trzy razy (1986 – Meksyk, 2002 – Korea Pd i Japonia i 2006 – Niemcy) – i lepiej spuścić litościwą kurtynę milczenia o tym, jakie dostaliśmy na tych imprezach lanie. Nie lepiej się nam wiodło w mistrzostwach Europy, do których po raz pierwszy udało się nam zakwalifikować dopiero w roku 2008. Debiut wypadł fatalnie – zajęliśmy ostatnie miejsce w swojej grupie i odpadliśmy. Do kolejnych mistrzostw nie musieliśmy się kwalifikować – byliśmy, obok Ukrainy, współgospodarzami. Przed ich rozpoczęciem panowała zgodna opinia, że mieliśmy szczęście, że wylosowaliśmy najsłabszą grupę. Skończyło się kompromitacją, zajęliśmy w tej grupie… ostatnie miejsce.

Klęska naszych piłkarzy, którzy na tle innych wyróżniali się na każdym meczu niezwykłą wręcz dbałością o fryzury, to oczywiście dla kibiców nic przyjemnego. A dla zawodników z orzełkiem na koszulkach? Po przegranych meczach nie opuszczali boiska ze spuszczoną głową, nic nie wskazywało na to, że choćby w sposób symboliczny zamierzali posypać ją popiołem, że oczekują pocieszenia. Dlatego rzeczą niepojętą, zakrawającą na szaleństwo, było powszechne, po kolejnych niepowodzeniach na boisku, skandowanie przez kibiców: Polacy, nic się nie stało!

Obyśmy na tych mistrzostwach, które zaczęły się obiecująco (piszę ten tekst przed meczem Polska-Ukraina) nie usłyszeli na trybunach takiego skandowania.


autor: Andrzej Gelberg

źródło: gazeta Obywatelska

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ