Małgorzata Wanke-Jakubowska: Esbecja w domu, rewizja!

archiwum sb.jpg

Znów kolejne wspomnienie z lat osiemdziesiątych. Było ciepłe, czerwcowe popołudnie w czwartek 14 czerwca 1984 roku i nic, dosłownie nic nie zapowiadało, że skończy się ono tak, jak się skończyło. Dziś mijają dokładnie 32 lata od tego wydarzenia, a ja pamiętam je z najdrobniejszymi szczegółami.

W mieszkaniu przy ul. Bacciarellego pojawiła się moja rodzina – siostra z mężem i synami, 11-letnim Andrzejem i 6-letnim Wojtkiem. Nasi chłopcy lubili się razem bawić, wspólnie spędzaliśmy wakacje. Starsi (Andrzej i mój 9-letni syn Piotrek) postanowili pójść do pobliskiego kina „Świadowid” (dziś mieści się w tym budynku kościół ewangelicki), a my oddawaliśmy się życiu towarzysko-rodzinnemu. Rozmowa, herbata, herbatniki, truskawki…

Naraz zadzwonił dzwonek do drzwi.

– Kto tam? – zapytałam zdziwiona i pomyślałam, że nie było już pewnie biletów do kina i chłopcy wrócili do domu.

– Mamy nakaz przeszukania – usłyszałam i wpuściłam trzech mężczyzn ubranych po cywilnemu. Wylegitymowali się, okazali nakaz i już chcieli zabrać się do przeprowadzenia rewizji, gdy mąż mojej siostry zwrócił uwagę, że potrzebny jest świadek przeszukania i on może pełnić tę rolę. Zgodzili się, wylegitymowali go, spisali dane i zabrali się do dzieła.

Rewizja była bardzo szczegółowa, a ja sama dziwiłam się jak dużo „nielegalnej” prasy, książek bezdebitowych i różnych wydawnictw w domu mamy. Gdzież to było poutykane! I pod dywanem, i pod fotelami, schowane między kartkami książek… Dosłownie wszędzie. Sprawdzali tapczany, zaglądali do pościeli, szaf, podnosili obrazy. Jednego tylko nie ruszyli, był to obraz Jezusa z Całunu Turyńskiego.

Wyraźnie interesowało ich jednak coś innego, choć te wszystkie publikacje, które znaleźli, odkładali do zarekwirowania. Interesowały ich kasety magnetofonowe, które znaleźli m.in. na balkonie, oraz wszelkie urządzenia elektroniczne i podzespoły. Mój mąż lubił zajmować się konstruowaniem np. elektronicznego zabezpieczenia do namiotu z sygnałem dźwiękowym, miał własnej roboty rozdzielacz do gniazdek i mnóstwo różnych części i narzędzi. To wszystko wzbudzało ogromne zainteresowanie. Rekwirowali znalezione kasety magnetofonowe bez względu na to, co na nich było. Sprawdzali maszynę do pisania, wystukiwali wszystkie czcionki.

Mój mąż i szwagier przyglądali się z uwagą tym wszystkim czynnościom, a my z siostrą zostałyśmy w kuchni z naszymi 6-letnimi synami. Trochę przejęte i podekscytowane. W pewnym momencie najmłodszy Wojtek otworzył okno i na cały głos zawołał:

– Piotrek, Andrzej, chodźcie szybko, esbecja w domu, rewizja!!!

Cała ulica to słyszała. Starsi chłopcy zjawili się natychmiast.

– Czy szukali już w kuchni? – konfidencjonalnie zapytał Andrzej.

– Nie – odpowiedziałyśmy, a oni porozumieli się wzrokiem.

– Wiem, gdzie co jest – szeptem powiedział Piotrek i zaczął wyciągać z szafek kuchennych to i owo. Włożyli pod bluzy i powiedzieli na cały głos.

– No to my wychodzimy na dwór.

Wyszli i udali się do zaprzyjaźnionych sąsiadów, powiadomili o rewizji i przechowali u nich bezdebitowe publikacje. Takich rund wykonali kilka, aż esbecy w końcu się zorientowali.

– No, kawalerka, albo w domu, albo na dworze – powiedział jeden z nich.

Nasi młodsi synowie też w końcu zaczęli trochę się nudzić w mieszkaniu i postanowili wyjść na rowerki. Oczywiście nie pozwolono mojemu mężowi zejść samemu do piwnicy i jeden z esbeków wykorzystał to, aby przeszukać także i to pomieszczenie. Zrobił to pobieżnie, bo jak to w piwnicy, kurz pokrywał przechowywane tam przedmioty i trzeba by sobie ręce ubrudzić.

Rewizja w mieszkaniu trwała około pięciu godzin. Trzeba przyznać, że panowie byli grzeczni, kładli gazetę stając na taborecie i w miarę możliwości chowali wszystko na miejsce. Nawet, pamiętam, jak u góry meblościanki znaleźli cały rocznik „Tygodnika Powszechnego” i zapytali, czy włożyć na miejsce tak, jak było, a ja odpowiedziałam:

– Tak, w kolejności chronologicznej, od pierwszego do ostatniego numeru.

Dopiero po zakończeniu przeszukania zaczęło się sporządzanie protokołu. I tu skrupulatny okazał się mąż mojej siostry, który domagał się, aby np. nie pisać „Tygodnik Mazowsze” – 37 egzemplarzy, tylko „Tygodnik Mazowsze” nr 7 – jeden egzemplarz, „Tygodnik Mazowsze” nr 8 – jeden egzemplarz, „Tygodnik Mazowsze” nr 9 – dwa egzemplarze itd. Trwało to bardzo długo, ale miało znaczenie w razie oskarżenia o kolportaż. Mój mąż z kolei kazał plombować i opisywać kasety magnetofonowe, w obawie, żeby czegoś, czego na nich nie było, potem nie nagrano.

Esbeków najbardziej intrygowało amatorskie urządzenie alarmowe do ochrony namiotu. Gdy mąż odmówił odpowiedzi na pytanie, co to jest, zdecydowali się i to zarekwirować. Także, co dla mnie było kompletnie niezrozumiałe, tkaninę szklaną.

Było już po 21.00, gdy skończyło się przeszukanie i okazało się, że nie tylko mój mąż, ale także i szwagier będzie zatrzymany.

Ja, siostra i czwórka naszych dzieci wyszliśmy odprowadzić mężów do radiowozu. Chłopcy żegnali tatusiów z rękoma wzniesionymi do góry i palcami w kształcie litery „V”. Robiło wrażenie!

Mąż mojej siostry, zanim wsiadł do samochodu, zdążył szepnąć jej do ucha:

– Oczyść mieszkanie.

Było już późno, ale postanowiłam udać się do sąsiedniej bramy, do mojego sąsiada Andrzeja Filistowicza, późniejszego dziekana na Uniwersytecie Przyrodniczym, na którym kilka lat potem zaczęłam pracować. Już leżał w łóżku, ale wstał, ubrał się, zapalił swoją syrenkę i pojechał z moją siostrą na plac Grunwaldzki. Umówili się, że będzie czekał na dole pół godziny. Gdyby w mieszkaniu był kocioł, to siostra po tym czasie nie zejdzie na dół, a on wtedy odjedzie na Biskupin. Na szczęście nic niepokojącego się nie działo. Było spokojnie i niebawem oboje wrócili do domu, a ja przenocowałam siostrę z dzieciakami u mnie w mieszkaniu.

Nasi mężowie przesiedzieli wtedy na Muzealnej 48 godzin. Okazało się, że w tym samym czasie było kilkanaście takich rewizji i zatrzymań w mieście. Na 48 godzin zatrzymano też wtedy m.in.: Małgorzatę Longchamps de Berier, Włodzimierza Suleję, Tadeusza Kozara, Krzysztofa Kawalca, Anitę Tyszkowską-Gosk… Gdy niedawno miałam okazję przeglądać donosy, które sporządzał niejaki TW „Maks”, czyli Juliusz Wilczur-Garztecki (przez 19 lat po kilkaset stron raportów każdego roku), domyśliłam się skąd wrocławska SB miała tę wiedzę.

Na drugi dzień przyjechała do nas znajoma naszych kuzynek z Buenos Aires i nie mogła się nadziwić, że nasi mężowie w więzieniu, a my takie spokojne. Nawet pamiętam, że załatwiłyśmy wtedy dla niej specjalne przedpremierowe, zwiedzanie  gotowej do otwarcia „Panoramy Racławickiej”. Widziałyśmy ją wtedy po raz pierwszy.

Domyślałam się jaka była przyczyna przeszukania. Otóż, 17 czerwca w niedzielę odbywały się wybory do Rad Narodowych, a Radio „Solidarność” planowało w przeddzień emisję audycji wzywającej do ich bojkotu. Esbecy szukali nadajnika, części do nadajników, podzespołów i nagranych kaset. Niczego takiego nie znaleźli, mąż nigdy nie trzymał tego w domu. Także tzw. kasety-matki, jedynie nagrane audycje z radia.

Potem była jeszcze batalia o zwrot zarekwirowanych przedmiotów. Część z nich zwrócono, ale większość zatrzymano. Najbardziej śmieszyła mnie argumentacja uzasadniająca zatrzymanie znaczków „Solidarności”, a zabrano wszystkie, także te pierwsze, dużych rozmiarów, do których miałam największy sentyment. Otóż, jak tłumaczono, były to przedmioty pochodzące z nielegalnej produkcji.

Dopiero po wielu latach z katalogów IPN dowiedziałam się, że mój mąż był rozpracowywany w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpracowania [SOR] krypt. „Viktoria”, Wr 46798/ 45702 prowadzonej w Wydziale V/ V-1 KWMO/WUSW we Wrocławiu, założonej 23 grudnia 1982 roku, a zakończonej 13 marca 1985 roku. Mąż jako figurant tej sprawy został zarejestrowany 1 sierpnia 1983 roku pod nr. 46798. Sprawę założono w celu rozpracowania „podziemnych struktur »Solidarności«, a, jak czytamy w rejestrze SB:

T. Jakubowski pełnił funkcję szefa agendy współpracy z zagranicą i Radiem »Solidarność«. W/w został zatrzymany 14.06.1984 („zakwestionowano szereg wydawnictw podziemnych oraz ulotek o wrogiej treści, nagrania Radia »S« i z nasłuchu radiostacji MO”). Prowadzenie sprawy zakończono 04.10.1984 „przeprowadzeniem rozmowy ostrzegawczej”.

autor:   Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

źródło: http://twittertwins.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ