Małgorzata Wanke-Jakubowska: Noc teczek – A tak naprawdę próby lustracji były już wcześniej. Znana była tzw. lista Dankowskiego z czerwca 1989 roku, przygotowana przez SB, obejmująca charakterystyki wybranych w czerwcu 1989 roku posłów i senatorów,

nocna zmiana.jpg

Jak pamiętamy, przeprowadzenie lustracji było jednym z punktów programu rządu Jana Olszewskiego i twardym zobowiązaniem ówczesnego szefa MSW Antoniego Macierewicza. Już w lutym 1992 roku w strukturze gabinetu ministra powołany został Wydział Studiów, którego zadaniem było m.in. przygotowanie raportów nt. zagrożeń wynikających z nieprzeprowadzenia lustracji.

A tak naprawdę próby lustracji były już wcześniej. Znana była tzw. lista Dankowskiego z czerwca 1989 roku, przygotowana przez SB, obejmująca charakterystyki wybranych w czerwcu 1989 roku posłów i senatorów, będących tajnymi współpracownikami PRL-owskich służb. Była tzw. lista Milczanowskiego, czyli stworzony w 1991 roku w UOP wykaz tajnych współpracowników spośród 7 tysięcy osób kandydujących do Sejmu i Senatu. Krążyły one w wąskim gronie, stawały się przyczyną plotek, pomówień, a kto wie, czy nie szantażu.

Nie wiem, czy Janusz Korwin-Mikke, zgłaszając 28 maja 1992 roku projekt uchwały lustracyjnej robił to w porozumieniu z Antonim Macierewiczem, czy nie. Faktem jest natomiast, że była to uchwała, a nie ustawowe regulacje, choć z tego co pamiętam, w MSW pracowano nad ustawą lustracyjną. Uchwała Mikkego zobowiązywała szefa MSW do przedstawienia wykazu tajnych współpracowników spośród najważniejszych osób w państwie (urzędników państwowych od wojewody wzwyż oraz posłów i senatorów) do 6 czerwca, a więc po upływie zaledwie dziewięciu dni. Została przyjęta przez przypadek, bo na sali sejmowej było wówczas zaledwie kilka osób więcej niż wymagane quorum (nieobecni byli posłowie SLD i większość posłów Unii Demokratycznej).

Pamiętam to napięcie, walkę o przetrwanie zagrożonego upadkiem rządu. Wniosek o wotum nieufności został złożony na drugi dzień przez Jana Rokitę w imieniu 65 posłów, a głosowanie zaplanowano na 5 czerwca. Czas na realizację uchwały skrócił się więc o dwa dni. Czy naprawdę wierzono wtedy, że lustracja uratuje rząd przed upadkiem? Raczej, rozsądnie myśląc, był to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Jednak telewizyjna wypowiedź ówczesnego szefa URM Wojciecha Włodarczyka sugerowała, że pokładano w tym nadzieję na ratunek. Ja w to nigdy nie wierzyłam, wprost przeciwnie, sądziłam, że powstanie coś na kształt „koalicji strachu”. I tak się stało.

Pamiętam wyemitowaną przez telewizję rozmowę, w której Lech Wałęsa przestrzega Macierewicza, przed błędami i fałszywkami, które mogą kryć esbeckie archiwa. Już wtedy pomyślałam: „jego też to chyba dotyczy”. I tu intuicja mnie nie zawiodła.

Miałam przekonanie, że nie da się tej uchwały dobrze wykonać w tak krótkim czasie, zwłaszcza że wachlarz stanowisk, które obejmowała, był bardzo szeroki, a czasu zaledwie kilka dni.

W czwartek 4 czerwca o godz. 10.00 Antoni Macierewicz przekazał Konwentowi Seniorów koperty z wykazem osób zarejestrowanych przez SB jako tajni współpracownicy. Była to lista 64 nazwisk (39 posłów, 11 senatorów, 11 członków rządu i trzech ministrów z Kancelarii Prezydenta oraz w osobnej kopercie (tyko prezydentowi, marszałkom Sejmu i Senatu oraz Pierwszemu Prezesowi Sądu Najwyższego i prezesowi Trybunału Konstytucyjnego) dwa nazwiska – Lech Wałęsa i Wiesław Chrzanowski).

Macierewicz nie wyrokował, czy osoby, które znalazły się na jego liście, były tajnymi współpracownikami, czy też nie, twierdził tylko, że ich nazwiska figurują w rejestrach sporządzonych przez SB jako TW. Indywidualne zastrzeżenia w sprawie listy miała rozpatrzeć komisja powołana przez Prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza. Mimo to została ona natychmiast okrzyknięta listą agentów. Po trwającej 15 godzin debacie i pełnym ekspresji wystąpieniu premiera Olszewskiego, rząd został odwołany. Następnego dnia Macierewicza nie wpuszczono już do gabinetu. Zastosowano nadzwyczajne środki, bowiem w normalnym trybie do czasu powołania nowego rządu, ministrowie nadal pełnią swoje funkcje. Tu było inaczej. Ba, tuż po przyjęciu wotum nieufności, z zawiadomienia ministra w Kancelarii Prezydenta RP Mieczysława Wachowskiego Prokuratura Generalna pod kierownictwem Stanisława Iwanickiego wszczęła śledztwo w sprawie ujawnienia tajemnicy państwowej podczas realizacji uchwały lustracyjnej. Antoni Macierewicz został oskarżony i sprawa trafiła na wokandę Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Proces toczył się przez prawie 10 lat zanim sprawa zakończyła się prawomocnym umorzeniem.

Już po odwołaniu z funkcji ministra Antoni Macierewicz gościł we Wrocławiu, spotkał się z ówczesnym rektorem Politechniki Wrocławskiej prof. Andrzejem Wiszniewskim oraz z mieszkańcami Wrocławia w wypełnionej po brzegi auli. Pamiętam jak Macierewicz mówił wtedy z naciskiem, że nie można wyrokować, kto rzeczywiście był, a kto nie był agentem. I że wielu z nich to ofiary zniewalającego systemu i należy im współczuć. Zaś przeprowadzenie lustracji jest konieczne dla bezpieczeństwa państwa, bo wiedza na temat rejestracji może być przedmiotem szantażu. Wszyscy, którzy znaleźli się na jego liście, byli zarejestrowani jako TW. I to był bezsporny fakt, choć była jedna omyłka, ale ta szybko się wyjaśniła. Korwin-Mikke zwracał natomiast uwagę, że realizacja uchwały jego autorstwa nie objęła wojewodów, a także tych spośród posłów i senatorów, zarejestrowanych wcześniej jako TW, którzy kontynuowali współpracę z UOP. Macierewicz nigdy nie odniósł się do tych zarzutów.

Miałam okazję z nim rozmawiać wtedy bezpośrednio, gościł u mnie w domu na kolacji. Ale, jak pamiętam, miał wówczas ciężki atak kamicy żółciowej i nic nie jadł, zaprosił natomiast do mojego domu BOR-owców (przez miesiąc po odwołaniu z funkcji szefa MSW przysługiwała mu ochrona BOR) i to oni zjedli zamiast niego przygotowaną przeze mnie kolację. W ich obecności oczywiście nie padły żadne konfidencjonalne informacje, tylko takie, które można ogłosić całemu światu.

Na marginesie warto przypomnieć, że Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 19 czerwca 1992 roku stwierdził niezgodność uchwały lustracyjnej z ówczesną Konstytucją, m.in. przez „naruszenie demokratycznego państwa prawnego przez niezapewnienie ochrony praw osoby ludzkiej i dopuszczenie do naruszenia jej godności”. Od orzeczenia zdanie odrębne zgłosił sędzia Wojciech Łączkowski, a sprawozdawcą był Andrzej Zoll.

Mimo że lista Macierewicza była objęta tajemnicą państwową, bardzo szybko przedostała się do opinii publicznej. Jako pierwszy opublikował ją Kornel Morawiecki. Mój mąż z kolei, jako prezes zarządu dolnośląskiego ZChN, był na posiedzeniu zarządu głównego, na którym ówczesny prezes partii i marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski odnosił się do sprawy swojej współpracy. Tłumaczył się ze spotkań z oficerami SB w kawiarniach i wyjaśniał na czym jego kontakty z bezpieką polegały. Mówił mniej więcej to, co potem bardzo szczegółowo opisał Sławomir Cenckiewicz w książce „Konfidenci”. To prawda, że Wiesław Chrzanowski był bohaterski w najtrudniejszych czasach, ale w latach późniejszych uległ, gdy spotkał się z łagodnością, kurtuazją, zgodą na wyjazdy turystyczne do Włoch i Hiszpanii, czy odblokowaniem możliwości odbycia aplikacji adwokackiej. To nie była łagodniejsza twarz władzy, jak myślał, tylko perfidnie dobrana metoda akurat do niego. Groźbom potrafiłby się przeciwstawić. Z łagodnością i kurtuazją było mu psychologicznie trudniej.

Ja i moja siostra napisałyśmy wtedy, publikowany w „Nowym Świecie” pod redakcją Piotra Wierzbickiego, tekst, w którym zachęcałyśmy takich ludzi jak marszałek Chrzanowski, którzy nie mieli na swoim koncie bardzo wstydliwych rzeczy, do ujawnienia całej prawdy. Pamiętam jak Piotr Semka i Jacek Kurski gratulowali nam tego tekstu. Los lustracji był w rękach takich ludzi jak Chrzanowski, jak Michał Boni.

I Lech Wałęsa, i Wiesław Chrzanowski początkowo chcieli przyznać się do swej przeszłości. Wałęsa przesłał do PAP oświadczenie w tej sprawie, ale agencja wstrzymała się z jego publikacją, zaś autor po upływie kilku godzin je wycofał. Podobnie marszałek Chrzanowski zamierzał publicznie odnieść się do tej sprawy, a nawet rozważał podanie się do dymisji. Co ich skłoniło do zmiany decyzji? Nie wiadomo.

Ale z całą pewnością wiadomo, że za plecami takich ludzi jak marszałek Chrzanowski ukrywali się ci, którzy mieli wiele złego na sumieniu. I to oni zadecydowali o dalszym biegu wydarzeń, wspomagani przez środowisko „Gazety Wyborczej” zawładnęli zbiorową wyobraźnią, według której ujawnianie tajnej współpracy to jakaś niebywała zbrodnia.

I mimo że wiedza na temat lustracji jest dziś o wiele, wiele większa, od dawna obowiązuje ustawa lustracyjna, od 17 lat istnieje i działa Instytut Pamięci Narodowej, ocena ta pokutuje do dziś. To Lech Wałęsa ciągał po sądach Krzysztofa Wyszkowskiego, a niedawne ujawnienie dokumentów z szafy Kiszczaka zaskutkowało demonstracjami KOD z transparentami „Je suis Bolek” „Jestem agentem”…

Dlatego, gdy myślę o tzw. nocy teczek, mam nieodparty żal, że temu dzielnemu w młodości człowiekowi, jakim był Wiesław Chrzanowski, zabrakło wtedy cywilnej odwagi. Szkoda.

autor: 

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

źródło: http://twittertwins.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ