Koniec grubokreskowego mecenatu: Nie mieli nic przeciwko temu, by Narodowe Centrum Kultury wydało przed wyborami złote myśli Ryszarda Petru o wolnym rynku, a w kanonie literatury zabrakło czołowych pisarzy emigracyjnych II RP

kasa domena 2.jpg

Objęcie imprez kulturalnych podatkiem VAT oraz zmniejszenie kosztów uzyskania, boleśnie uderzyło twórców i popularyzatorów kultury, ale większość z nich (pożyteczni idioci?) pozostała elektoratem PO. Chełpiący się swoim rządem i prezydentem tzw. obywatele kultury nie zdołali przeforsować nawet 1% PKB na kulturę.

Nie zauważyli, że dziennikarzy telewizji publicznej (nie mówiąc o prasie czy mediach niezależnych) inwigilował kontrwywiad wojskowy. Nie mieli nic przeciwko temu, by Narodowe Centrum Kultury wydało przed wyborami złote myśli Ryszarda Petru o wolnym rynku, a w kanonie literatury zabrakło czołowych pisarzy emigracyjnych II RP.

Teatr zrobię sobie ogromny

Mam poczucie bezradności i bezsilności – zwierzyła się Krystyna Janda – po ostatniej KOD-paradzie. Jeżeli owa bezradność miałaby dotyczyć działalności artystycznej aktorki-biznesmenki, to sprawa jest poważna, bo zamiast spodziewanych 1,5 mln zł dotacji otrzymała 150 tys. zł.

Bo jak tu prowadzić pod szyldem fundacji dwa teatry, gdy publika nie wali drzwiami i oknami. A zaczęło się tak cudownie. Dzięki stołecznemu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu otrzymała kino, adaptowane na teatr przy wsparciu PiS-owskiego resortu kultury (2 mln zł) i mazowieckiego urzędu marszałkowskiego (1 mln zł). Nie przeszkodziło to artystce drwić później z katastrofy smoleńskiej.

Za PO-rządów dostała drugie kino z przeznaczeniem na teatr oraz ponad 4 mln zł. Będąc w tak uprzywilejowanej sytuacji, aktorka nie powinna domagać się dotacji, tylko grać dobre sztuki.

Przedstawioną w Baden-Baden inscenizację dramatu muzycznego „Tristan i Izolda” Richarda Wagnera niemieckie media poddały druzgocącej krytyce. Publiczność wybuczała reżyserkę, nie mogąc dostrzec na pogrążonej w ciemnościach scenie jakiejś koncepcji realizatorskiej. Z drugiej strony działalność warszawskiego Teatru Wielkiego, prowadzonego przez Waldemara Dąbrowskiego – legendę peerelowskiego plejbojstwa i nomenklaturowego biznesu – oraz eksperymenty Mariusza Trelińskiego – reżysera filmowego, pastwiącego się nad muzyka poważną – zawsze mogą liczyć na poklask „Wyborczej” i zaprzyjaźnionych mediów. Każdy spektakl to „sukces światowy”, aplauz i owacja na stojąco. Za pompatyczny rozmach inscenizacji i „eksperymenty artystyczne” płacą podatnicy.

Lewacka „Krytyka Polityczna” długie lata korzystała z hojności stołecznego ratusza (lokal w centrum miasta za symboliczną opłatę, a jeszcze można było zarabiać na wyszynku). Dobrodziejstwa doświadczył też „kreatywny” reżyser Krzysztof Warlikowski, obdarowany przez stołeczną prezydentkę okazałym Nowym Teatrem. Zapraszając na występy szwedzki teatr gejowski, by przekonywał warszawiaków do homozwiązków, jako jedynych postępowych i przeciwstawiających się heterodyktaturze, uczynił z tej placówki międzynarodowe centrum kultury.

Najważniejsza ze sztuk

Dzięki mecenatowi Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej powstały tak wiekopomne dzieła, jak „Pokłosie” czy „Ida”, a publiczność (zagraniczna) mogła konstatować, że polskie społeczeństwo było nie tylko niewinną ofiarą wojny. Taką politykę historyczną – kłamliwą i polonofobiczną – uprawiała w sposób namolny i nieodpowiedzialny Agnieszka Odorowicz, szefowa PISF. Widać ceniła swe dokonania, bo (po skończeniu dwu kadencji) wystartowała w konkursie do władz TVP (bezskutecznie). Jej beneficjenci (m.in. Agnieszka Holland, Andrzej Wajda) wystąpili w obronie swej dobrodziejki.

Nie protestowali, gdy PISF odmawiał wsparcia finansowego produkcjom filmowym o Polakach ratujących Żydów, o Żołnierzach Wyklętych, nie mówiąc o katastrofie smoleńskiej. Tragiczne wydarzenia z przeszłości (Powstanie Warszawskie, ludobójstwo wołyńskie) „odfajkowywano” w konwencji filmu o „wielkiej miłości w nieludzkich czasach”.

Osiągnięciem PISF-owskiego mecenatu była „Syberiada polska”, zafałszowany obraz polskiej martyrologii. Reżyser Janusz Zaorski, resortowe dziecię, adaptował opowieść Zbigniewa Domino, sybiraka, którego losy określił jako „zwycięstwo człowieczeństwa”, bo „nie zrusyfikowano nas”. Ten zesłaniec po powrocie do kraju, najpierw „walczył z bandami”, a potem został stalinowskim prokuratorem. W nagrodę w latach 80. radcował w peerelowskiej ambasadzie w Moskwie.

Zawłaszczanie pamięci

Jacy absolwenci mogą opuścić mury wojskowej uczelni, której rektoruje funkcjonariusz peerelowskich służb specjalnych – pytanie retoryczne, ale fakt takiej nominacji miał miejsce. Wydaje się absurdalne, by opłacający abonament polski telewidz był indoktrynowany przez niemiecką politykę historyczną – ale tak się właśnie działo. Juliusz Braun, szef TVP zakupił do emisji zakłamany i antypolski serial „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Sens tego eksperymentu co najmniej tak wątpliwy jak wpisywanie historii II wojny w rozległy kontekst europejski i światowy, rozmywany przez polityczną poprawność (już międzynarodowa – a jakże! – rada naukowa powstającego Muzeum II Wojny przygotuje odpowiednią ekspozycję).

Tymczasem Polska, jako członek zwycięskiej koalicji antyniemieckiej, przegrała wojnę – i w tym zawiera się jej tragiczny los. Idealnym miejscem dla muzeum było Westerplatte, ale Donald Tusk zapragnął swojej piramidy. Wkopanie jej w bagnisty teren podrożyło koszty budowy (sięgające 448 mln zł), nie mówiąc o tym, że zaburzyła historycznie ukształtowaną panoramę Gdańska.

Eksponowanie prawdy historycznej (jako istoty polityki historycznej) tak zbulwersowało Beatę Chmiel, byłą wicedyrektor warszawskiego Muzeum Narodowego, że nie omieszkała powiadomić Spiegel Online o zmianie wizerunku Polaków – są ofiarami wojny i bohaterami historii. 

autor: Jerzy Pawlas

źródło: gazeta Obywatelska

foto domena publiczna

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ