Małgorzata Wanke-Jakubowska: Nie pozwólmy zawłaszczyć feministkom tego święta

gozdzik.jpg

Zacznę od deklaracji: nie obchodzę Dnia Kobiet. Kojarzy mi się z komunistycznym przymusem – rytualnymi upominkami z funduszu socjalnego, takimi jak paczka trudno osiągalnej kawy, rajstopy itp., służbowymi życzeniami z goździkiem dla każdej pracownicy, akademiami… Nie pamiętam, aby w moim otoczeniu panowie składali życzenia bliskim sobie kobietom: matkom, żonom, siostrom czy córkom. To nie było nasze święto. W wolnej Polsce zyskało nowe życie, ale wątpliwości nie brakuje.

Dla przypomnienia, obchody Dnia Kobiet sięgają początków ubiegłego wieku, święto ustanowione zostało w 1910 roku przez Międzynarodówkę Socjalistyczną w Kopenhadze. Domagano się wówczas praw wyborczych dla kobiet i możliwości obejmowania przez nie stanowisk publicznych. Tak więc u zarania święto płci pięknej lansowały środowiska lewicowe, a prawa, których się wtedy domagano, były tak oczywiste, że dziś pewnie trudno uwierzyć, że kobietom nie przysługiwały. Minął wiek z okładem, a kobiety wciąż domagają się równego traktowania.

W Polsce Dzień Kobiet był oficjalnie obchodzony do 1993 roku. Wydawało się, że tradycja zaniknie i będzie traktowana jako relikt komunistyczny. Stało się jednak inaczej. I to z dwóch przyczyn.

Po pierwsze względy komercyjne sprawiają, że każda okazja jest dobra do wylansowania popytu i zwiększenia sprzedaży. Dzień Kobiet to kwiaty i różnego rodzaju upominki dla pań. Jest co sprzedawać. I im więcej lat upłynęło od czasów PRL, tym więcej panów kupujących kwiaty i prezenty swoim paniom. Widzę to zwłaszcza wśród młodych i bardzo młodych. Im kwiatek (już nie goździk, tylko róża lub tulipan) nie kojarzy się z komuną i chętnie obdarowują nimi swoje koleżanki ze szkoły, studiów czy pracy. A sprzedawcy mają dzięki temu w tych dniach większe obroty. Podobnie jak w Walentynki. Ale tu upominki są wzajemne, panie panom i na odwrót, więc i sprzedaż większa; biznes się kręci.

Ale jest i drugi aspekt tego święta, który pojawił się w Polsce tak naprawdę dopiero w XXI wieku. Są to tzw. manify, czyli manifestacje organizowane przez nieformalną grupę Porozumienie Kobiet 8 Marca, opanowane przez środowiska feministyczne i lewicowe, głoszące coraz bardziej radykalne hasła postępowe i antyklerykalne. Manify wspierają lewicowi politycy, nie tylko polityczki, jakby nazwały je feministki. Domagają się powszechnego prawa do aborcji, antykoncepcji, edukacji seksualnej, in vitro… Wciąż to samo, tylko każdego roku bardziej. Tegoroczna, 17. już manifa, szła pod hasłem „Aborcja w obronie życia”. Hasło tak absurdalne, że nie będę go komentowała.

Z coraz większym niesmakiem przyglądam się tym manifestacjom i tak się zastanawiam, czy – mimo że korzenie tego święta są lewicowe – należy pozwolić, aby problemy kobiet zawłaszczyły radykalne lewicowe feministki? Czy nie czas na konserwatywny feminizm?

Przecież kobiety są inne niż mężczyźni i programy równościowe tego nie unieważnią. Wszak to one noszą pod sercem, rodzą, a potem karmią piersią swoje dzieci. I żaden pełnomocnik do spraw równego traktowania nie sprawi, aby ich w tych powinnościach wyręczyli mężczyźni. Różnią się także predyspozycjami, psychiką… Na przykład kobiety są nie tylko fizycznie słabsze (w sporcie startują w kobiecych kategoriach), ale są też mniej uzdolnione w naukach ścisłych. Pisałam o tym razem z moją siostrą w tekście „Prawda niepoprawna politycznie. O kobietach w naukach ścisłych”.

I choć zdarzały się w historii wybitne kobiety, jak choćby Maria Curie-Skłodowska, to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Podobnie jest ze wzrostem – kobiety są od mężczyzn niższe, mimo że zdarzają się bardzo wysokie panie i niscy panowie. To wszystko fakty bezsporne, ale z wielkim oporem przez kobiety przyjmowane. Bo nie oznacza to, że są one gorsze. Są inne. Jan Paweł II w swoim liście, wystosowanym na konferencję w Pekinie w 1995 roku, pisał wręcz o „geniuszu kobiet”. W wielu aspektach są niezastąpione. Mogą i powinny się realizować, ale ważne też, by nie zaniedbały swojego wielkiego powołania, jakim jest macierzyństwo.

Dlatego, moim zdaniem, jest o czym mówić i dyskutować w Dniu Kobiet. Zamiast rytualnych życzeń, lewicowych, antyklerykalnych radykalnych haseł i manifestacji zwanych manifami, można pochylić się nad żywotnymi problemami kobiet, jak im pomóc łączyć aspiracje zawodowe z macierzyństwem i rodziną. Choćby na temat możliwych form wsparcia państwa, konieczności promocji mody na macierzyństwo (to można wylansować jak każdą modę), ułatwień oferowanych przez firmy zatrudniające kobiety. Przykładem może być Bank Zachodni WBK, gdy prezesem był Mateusz Morawiecki. Nie tylko o jeden miesiąc dłuższy urlop macierzyński miały zatrudnione tam panie, ale także dostarczany im był serwis informacyjny, po to, żeby nie traciły kontaktu z bankiem i były na bieżąco z wszystkimi zmianami, jakie w międzyczasie zachodzą. Aby łatwiejszy był powrót do pracy po urlopie. A po powrocie oferowano im elastyczny czas pracy. Pracodawców proponujących podobne udogodnienia można by nagradzać. Albo ogłaszać konkursy na różnorodne formy ułatwień dla kobiet. Podobnych pomysłów mogłoby być więcej. To tylko garść przykładów do debaty na ten temat.

Jest o czym rozmawiać. I z pewnością nie o tym, że aborcja jest w obronie życia. Nie pozwólmy zawłaszczyć problematyki kobiet lewicowym feministkom.

autor:  Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

źródło: http://twittertwins.pl

 

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ