Andrzej Gelberg: Brexit, czyli święto wolności

flaga unii.jpg

W trakcie prowadzonych przez Davida Camerona negocjacji z Unią Europejską, poprzedzających referendum w sprawie Brexitu, premierowi Wielkiej Brytanii – zwolennikowi pozostania w Unii – udało się w Brukseli sporo ugrać. Wysiłki Camerona poszły jednak na marne, Brytyjczycy w referendum zdecydowali o rozwodzie. 
To było jednak zaskoczenie i chociaż gmach unijny trzeszczał już od dawna, w Brukseli panował umiarkowany optymizm. Udało się wcześniej zachować jedność, mimo nieodpowiedzialnego zachowania Greków, których trzeba było przymusić do zaciśnięcia pasa. Uznano, że uda się i tym razem, gdyż Brytyjczycy są rozsądni i pragmatyczni.

Silni mogą więcej

Zasady solidarności i równości, zawarte w strzelistych deklaracjach unijnych, nie są – oględnie mówiąc – praktykowane i najsilniejsze państwa potrafią skutecznie zadbać o swój narodowy interes. Dotyczyło to również Wielkiej Brytanii, która – przypomnijmy – potrafiła w Unii wywalczyć dla siebie nieco odmienny status. Przywiązana do własnej waluty odrzuciła obowiązek przystąpienia do strefy euro, co Bruksela musiała przyjąć do wiadomości. Nie do wyobrażenia było, żeby administracja unijnej centrali, która w sprawie oscypków, kształtu ogórków oraz specyfikacji owoców i warzyw spłodziła niemało bzdurnych rozporządzeń, ośmieliła się wystąpić do Londynu z żądaniem przejścia na ruch prawostronny. Również domaganie się, żeby Wielka Brytania – wzorem wszystkich krajów członkowskich – uchwaliła własną konstytucję, wywołałoby nad Tamizą jedynie wzruszenie ramion. Także przesłuchiwanie premiera Jej Królewskiej Mości w takiej atmosferze i tonacji, jakie miało miejsce z Beatą Szydło, było wykluczone. Dlaczego więc Brytyjczycy powiedzieli: enough (dosyć)?

W toczących się dzisiaj dyskusjach, enigmatycznych wypowiedziach europejskich polityków i bardziej jednoznacznych opiniach analityków i publicystów dominuje pogląd, że główną przyczyną są imigranci – jest ich w Wielkiej Brytanii ponad 3 miliony, z czego połowa – z krajów UE. Nie pomogło, jak zostało wspomniane, wynegocjowane przez Camerona ograniczenie praw socjalnych dla pracujących już na wyspie imigrantów, nie pomogła również twarda postawa Londynu wobec islamskich imigrantów koczujących po drugiej stronie kanału.
Błąd Camerona, czy święto demokracji?

Od kilkunastu już lat rosła w Wielkiej Brytanii liczba zwolenników opuszczenia Unii Europejskiej. Premier Cameron uznał, że w kraju szczycącym się jedną z najbardziej utrwalonych demokracji, należy w tej sprawie skorzystać z dobrodziejstw demokracji bezpośredniej i zapytać obywateli: czy chcą, żeby ich kraj był w UE, czy też nie?

Referendum zwołane z jego inicjatywy dało wiadomy wynik, co było dla premiera ogromnym zaskoczeniem i oznaczało osobistą polityczną porażkę. A warto dodać, że w trakcie kampanii przedreferendalnej dwoił się i troił, namawiając swoich rodaków, żeby głosowali na rzecz pozostania w Unii. Potem w kręgu brukselskich biurokratów pojawił się zarzut: po co zwoływał to referendum, przecież nie musiał i jak można było oddawać w ręce populistów i kierującej się emocjami gawiedzi decyzję tak brzemienną w skutkach? Zostawmy na boku te brukselskie utyskiwania i przyjmijmy, że jak w przypadku referendum, w którym wzięło udział ponad 72 proc. obywateli, mieliśmy do czynienia ze świętem demokracji i wolności.

Przywołana w motcie heglowska definicja wolności, powtórzona przez Marksa, stosowana była potem w praktyce przez Lenina. O tym, jak wyglądała w Kraju Rad droga do wolności jako uświadomionej konieczności mogą świadczyć miliony bezimiennych grobów Archipelagu Gułag. Ta uwaga oczywiście nie dotyczy Wielkiej Brytanii, która jest krajem wolnym i demokratycznym, a „uświadomiona konieczność” nie jest nadzorowana terrorem. Co więcej, uświadomiony obywatel ma prawo uznać brak konieczności w takiej czy innej sprawie, nadal pozostając człowiekiem wolnym. Tak jak się stało w sprawie Brexitu.

Włodzimierz Bukowski ostrzegał… 

Na kilka tygodni przed referendum akcesyjnym przyjechał do Polski znany rosyjski dysydent, mieszkający od kilkudziesięciu lat w Wielkiej Brytanii. Na licznych spotkaniach ostrzegał przed zagrożeniami związanymi z przystąpieniem do Unii Europejskiej, wynikającymi głównie z patologii, jakie – jego zdaniem – nieuchronnie pojawić się muszą w unijnej centrali. Że, krótko mówiąc, powstająca i rozrastająca się brukselska „czapka” pod fałszywym sztafażem demokracji stosować będzie praktyki totalitarne w wersji soft. Przyznam, że słuchałem tego wtedy z niedowierzaniem. Kiedy jednak z czasem zobaczyłem rosnącą arogancję eurokratów, obsesyjną wobec chrześcijaństwa agresywną polityczną poprawność prowadzącą wręcz do zapaści semantycznej i przede wszystkim – dążenie za wszelką cenę, również metodami pozaformalnymi, do rozszerzania władzy brukselskiej centrali, musiałem uznać niebywałe zdolności profetyczne Bukowskiego.

Być może to właśnie było jedną z ważniejszych przyczyn odrzucenia przez Brytyjczyków uczestnictwa w takiej Unii Europejskiej?

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ