Andrzej Gelberg: Nicea – i co dalej? Gdzieś od końca XIX stulecia najczęściej stosowaną przez terrorystów metodą do eliminowania przeciwników były zamachy bombowe. Tak zginął car Aleksander II od bomby celnie rzuconej przez naszego rodaka Ignacego Hryniew

nicea i co dalej.jpg

Gdzieś od końca XIX stulecia najczęściej stosowaną przez terrorystów metodą do eliminowania przeciwników były zamachy bombowe. Tak zginął car Aleksander II od bomby celnie rzuconej przez naszego rodaka Ignacego Hryniewieckiego, w podobnych okolicznościach rozstał się z tym światem warszawski oberpolicmajster Konstantinow. Nie zawsze jednak zamachowcy osiągali swój cel, o czym może świadczyć najbardziej głośny zamach na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu. Bomba podłożona przez Clausa von Stauffenberga wprawdzie wybuchła, ale dyktator wyszedł z tej opresji niemal bez szwanku.

Po drugiej wojnie światowej moda na bomby u terrorystów bynajmniej nie wygasła, ale w istotnym zakresie nastąpiła zasadnicza zmiana – zamachy bombowe stały się coraz częściej odpersonalizowane. Już nie „polowano” na jakąś konkretną osobę (najczęściej dobrze chronioną), ale swój gniew kierowano przeciwko zupełnie przypadkowym ludziom. Podkładano bomby w pociągach, metrze, kawiarniach, świątyniach, zostawiano na ulicach samochody nafaszerowane dynamitem i odpalano sygnałem radiowym. Ale szczególnie terroryści upodobali sobie samoloty pasażerskie, gdzie podłożona bomba dawała najbardziej spektakularny efekt – nikt z tego nie wychodził żywy.

Wydawało się, że z bombami na pokładzie samolotów dosyć skutecznie sobie poradzono, wprowadzając na lotniskach szczegółową kontrolę pasażerów i bagażu – za pomocą wykrywaczy metalu i ciągle doskonalonych rentgenów. I nagle zdarzyło się coś, co przekraczało wcześniejszą wyobraźnię. 11 września 2001 roku cztery samoloty amerykańskich linii lotniczych opanowane zostały przez terrorystów z Al-Kaidy, uzbrojonych w plastikowe noże, których nie „zobaczyły” lotniskowe detektory – i roztrzaskane na dwóch wieżach World Trade Center oraz budynkach Pentagonu. Zginęło 3000 osób, świat przeżył szok.

Zrodzeni do życia, wychowani do zabijania

Cechą współczesnego terroryzmu, praktykowanego głównie przez pewną, stale niestety rosnącą grupę wyznawców Allaha jest – poza wspomnianym odpersonalizowaniem – głębokie przekonanie bojowników za wiarę, że wrogów należy zabijać. A wrogami są właściwie niemal wszyscy: wyznawcy innych religii, ateiści, naturalnie Żydzi, ale także nie dość gorliwi religijnie muzułmanie.

Zmanipulowani przez niektórych imamów, interpretujących w osobliwy sposób świętą księgę muzułmanów, Koran, odpalają z okrzykiem „Allah akbar” swoje kamizelki bombowe, najlepiej w miejscach, gdzie jest dużo ludzi. I czynią to bez lęku, gdyź wspomniani imamowie przekonali ich, że za dokonany czyn czeka ich muzułmański raj i pięć przecudnej urody hurys. Wszystko to może budzić zdumienie i przerażenie, ale jest jeszcze gorzej. Otóż są takie rodziny muzułmańskie, gdzie małe, kilkuletnie dzieci, przygotowywane są do ataku terrorystycznego, gdy tylko ukończą 12-13 lat. Szyte są dla nich na miarę kamizelki bombowe.

Śmierć w Nicei

Gdy 31-letni Mohamed Bouhlel (Tunezyjczyk mieszkający od lat we Francji) wsiadał do wynajętej 15-tonowej ciężarówki, trwała feta z okazji święta narodowego i na ulicach były tłumy. Obowiązywał wprawdzie stan wyjątkowy, ale o zamachach sprzed kilku miesięcy mało już kto pamiętał – wszyscy chcieli się bawić. I wtedy, jak widmo, pojawiła się na bulwarze ta ciężarówka. Jechała zygzakiem, jak się potem okazało, dla zwiększenia „urobku śmierci”. Zaczęła się masakra, zginęły 84 osoby, ponad 100 zostało rannych, niektórzy bardzo ciężko. A siedzący za kierownicą Bouhlel jak skrupulatny asenizator, rozjeżdżał i miażdżył ludzi jak robactwo. Zanim został zastrzelony zdążył krzyknąć: Allah akbar.

Co nas jeszcze czeka?

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ