Taizé i uchodźcy: Tegorocznym doświadczeniem było spotkanie uchodźców i obecność antyterrorystów.

tz1.jpg

Taizé na przełomie czerwca i lipca pachnie lipami. To jeszcze nie jest szczyt frekwencyjny, gości wspólnoty jest w tym czasie  od dwóch do trzech tysięcy, ale to wystarczająco dużo, żeby poczuć atmosferę tego miejsca tętniącego życiem, promieniejącego radością i spokojem. Tegorocznym doświadczeniem było spotkanie uchodźców i obecność antyterrorystów.

Lipy rosną tu w otoczeniu kościoła i wzdłuż drogi prowadzącej od zabudowań wspólnoty przy dzwonach, aż do Ameugny, wioski sąsiadującej z Taizé. Jedne odmiany zakwitają jeszcze w czerwcu, inne trochę później i kwitną do połowy lipca. Obsypane kwiatami drzewa pachną cudownie, ten subtelny zapach jest wyraźnie wyczuwalny nawet w kościele, gdy modlitwa odbywa się przy otwartych drzwiach. Komponuje się to doskonale z łagodną melodią i śpiewami. Wdychając cudowny lipowy zapach, ukołysana wręcz muzyką, czułam szczególny rodzaj ukojenia. Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że tak polubię te chwile spędzane w kościele na modlitwie. W tym roku zarówno w tygodniu zahaczającym o czerwiec, jak i tym następnym, przebywała spora grupa Polaków. Dlatego też rozbrzmiewał tu często język polski nie tylko w zasłyszanych rozmowach, ale też w kościele w modlitwach i śpiewach. Nieodmiennie wzruszam się, gdy słyszę pieśń „Bóg jest miłością” czy „Wysławiajmy Pana”, a także fragmenty Pisma Świętego po polsku. W tej różnorodności nie tylko nacji, ale i kolorów skóry zawsze jest miło, gdy zabrzmi polska mowa.

Ale zupełnie czymś innym jest, gdy podczas komunii świętej, która towarzyszy porannej modlitwie, brat Paolo, Anglik, mówi tylko do mnie: „krew Chrystusa”, a do wszystkich innych „blood of Christ”. To takie małe gesty, które sprawiają, że ciepło robi się na sercu. Takie typowo taizowskie.

Przyjeżdżam do Taizé co roku właśnie w tym czasie, a tegoroczny pobyt był już trzynasty z rzędu. Po raz trzeci natomiast zamieszkałam w Ameugny w domu należącym do braci. Bardzo lubię ten dom położony w pewnej odległości od centrum Wspólnoty z bajecznie pięknym widokiem na otaczający krajobraz, dom otoczony innymi, podobnymi, z pięknie ukwieconymi ogrodami. W bezpośrednim sąsiedztwie mieszkają siostry św. Andrzeja, a ich dom otacza ogród jak z bajki. Lubię te charakterystyczne budynki, utrzymane w stylu tego regionu, z ogrodzeniami z płaskich kamieni, ułożonych w murki obrośnięte bluszczem i kwiatami. Tu nawet z kamienia wyrastają kwiaty. I ten widok z okna na pagórkowaty teren pól i łąk, ta soczysta zieleń z kępami drzew w oddali i niską zabudową wkomponowaną w krajobraz. Drogą przez pola i łąki, mijając ukwiecone domy, idziemy do kościoła. Z różnych stron ściągają młodzi ludzie. Tu trzy razy dziennie wszystkie drogi prowadzą do kościoła.

W drodze na modlitwę mijam Olindę, miejsce, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, które przyjeżdżają tu na tygodniowy pobyt rekolekcyjny. W ich sąsiedztwie ulokowane zostały dwie rodziny uchodźców z Syrii i Iraku, jedna chrześcijańska, druga muzułmańska. Ich dzieci razem się bawią. Nauczyły się już mówić po francusku i często wybiegały na drogę mówiąc nam bonjour. Śliczne, smagłe, z ogromnymi, ciemnymi oczami. Nauczyły się tu nie tylko języka, ale i otwartości. Często przychodziły też do miejsca, gdzie zamieszkały dzieci ukraińskie, które drugi rok z rzędu przyjechały do Taizé na wakacje. Już oswojone z miejscem, bardziej pewne siebie i bardziej radosne. Były honorowymi gośćmi na wspólnym niedzielnym obiedzie u braci i zachowywały się tam jak na dyplomatycznym przyjęciu. Niektóre przez ostatni rok nauczyły się nieźle mówić po angielsku, a najstarsza Masza uczęszczała w tym czasie na lekcje polskiego i mówiła pięknie po polsku. Ukraińskie dzieci zajmowały najważniejsze miejsca przy stole, nawet ważniejsze niż arcybiskup Dijon, który w tym dniu gościł w Taizé i był na wspólnym obiedzie u braci.

Miałam też okazję poznać uchodźców, których bracia przyjęli w listopadzie ubiegłego roku. To jedenastu młodych ludzi, wszyscy są muzułmanami, jedni z Sudanu, inni z Afganistanu. Przepłynęli na pontonach przez Morze Śródziemne. Gdy bracia zgłosili gotowość przyjęcia uchodźców, władze skierowały tę jedenastkę do Taizé. Nie mówili wówczas słowa po francusku. Po modlitwie wieczornej poznałam najpierw trzech z nich, których przedstawił mi mój syn Wojtek, brat we Wspólnocie. Okazuje się, że ci młodzi ludzie mówią już nieźle po francusku, nawet rozumieją żarty. To owoc pracy okolicznych mieszkańców, którzy nie tylko zapraszali ich do swoich domów, ale i zaangażowali się w nauczanie ich języka francuskiego.

Trzej czarnoskórzy chłopcy po chwili rozmowy zaprosili nas do domu, w którym mieszka cała jedenastka. Okazało się, że przygotowują się do wspólnej kolacji. Jeszcze trwał u nich Ramadan, więc pierwszy posiłek jedli o czwartej rano, a następny dopiero o 21.45. Było wpół do dziesiątej. W pokoju, do którego weszliśmy, stał duży stół przygotowany do posiłku, o czym świadczyły rozstawione talerze z serwetkami, obok szklaneczki na napoje. Jak się dowiedziałam, sami sobie gotują. Wnosili właśnie talerze z przygotowanymi potrawami, przykryte folią aluminiową, oraz dzbanki z napojami. Był to sok, a ściślej mus owocowy, dobrze schłodzony. Chcieli nas poczęstować kolacją, ale poprzestaliśmy na napoju. Zanim zasiedli do stołu, wyszli do sąsiedniego pokoju na wspólną modlitwę. Byli serdeczni i wdzięczni, że nie pogardziliśmy ich zaproszeniem.

Czują się tu szczęśliwi, uważają, że los się do nich uśmiechnął. Część z nich znalazła pracę sezonową w pobliskiej firmie produkującej owoce i lody. Inni odbywają staże, pracują we Wspólnocie i szukają pracy zarobkowej. Słyszałam od brata, który ich codziennie odwiedza, że, jak stale powtarzają, po raz pierwszy w życiu poczuli się jak ludzie, do tej pory byli traktowani jak zwierzęta.

Później jeszcze dwa razy ich spotkałam. Raz w miejscu wydawania posiłków. Było to już po zakończeniu Ramadanu, więc byli bardziej rozmowni i równie serdeczni, jak poprzednio. Okazuje się, że nie tylko poszczą nie jedząc, ale też nie rozmawiają ze sobą, porozumiewają się tylko w sprawach koniecznych do zakomunikowania. Drugi raz widziałam ich, gdy przyszli do zaimprowizowanej strefy kibica podczas meczu półfinałowego Francja – Niemcy. Jak oni cię cieszyli ze zwycięstwa Francji! Nawet bardziej niż Francuzi i Polacy. Niektórzy bracia uważali, że za to żarliwe kibicowanie powinni dostać francuskie paszporty.

Koło naszego domu w Amenugny trwał remont, dostawiano tam przybudówkę, w której mają zamieszkać kolejni uchodźcy. Może jakaś rodzina? Ale co ciekawe, bracia, udzielając gościny, oczekują przestrzegania obowiązujących u siebie zasad, a przybysze są tak wdzięczni i szczęśliwi, że znaleźli się w takim miejscu jak Taizé, iż nie sprawia im to trudności. Nawet, jak słyszałam, kilka razy przyszli do kościoła na modlitwę…

Tegoroczne doświadczenie to także obecność antyterrorystów osłaniających wchodzących do kościoła i wychodzących z modlitwy, i wolontariusze sprawdzający zawartość wnoszonych torebek i plecaków. Nie pozwalało to zapominać o zagrożeniach, nawet w takim miejscu, gdzie spełniają się marzenia o idealnym świecie. Ale miłym zaskoczeniem był stosunek młodych do patrolujących żołnierzy, którzy częstowani byli słodyczami, a nawet obdarowywani kwiatami. W ten sposób młodzi wyrażali im wdzięczność za trudną i odpowiedzialną służbę. Kiedyś po wieczornej modlitwie, gdy dostali kwiaty, każdy z nich patrolował teren z białą różą przypiętą do karabinu.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

źródło: http://twittertwins.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ