13.9 C
Wrocław
Generał Jan Podhorski „Zygzak” „Wyborcza” nie ma nic wspólnego z powstańczymi tradycjami,...

Generał Jan Podhorski „Zygzak” „Wyborcza” nie ma nic wspólnego z powstańczymi tradycjami, jej korzenie sięgają środowiska komunistów”

Generał.jpeg

Kilka tysięcy żołnierzy NSZ z wielką odwagą i poświęceniem wypełniło swój żołnierski obowiązek. Dowódca sił powstańczych gen. Antoni Chruściel „Monter” powiedział, że w czasie powstania, tylko zgrupowanie NSZ Chrobry II nie oddało Niemcom przez cały czas trwania akcji ani piędzi terenu.

— mówi powstaniec warszawski, dowódca plutonu szturmowego w pułku Narodowych Sił Zbrojnych „Sikora” i żołnierz kompanii osłonowych batalionu Armii Krajowej „Miłosz”, gen. Jan Podhorski.

 

wPolityce.pl: Wojciech Maziarski napisał w „Gazecie Wyborczej”, że „Powstanie Warszawskie to oni i ich tradycje”. Co Pan sądzi o tych słowach?

„Wyborcza” nie ma nic wspólnego z powstańczymi tradycjami, jej korzenie sięgają środowiska komunistów, którzy w latach sześćdziesiątych nie zostali dopuszczeni do władzy w Polsce i zbuntowali się przeciwko komunie. Komunistyczna tradycja to zamykanie powstańców i żołnierzy podziemia niepodległościowego w katowniach UB. W czasach stalinowskich zostałem skazany na siedem lat więzienia, na szczęście dzięki świetnemu konspiracyjnemu wyszkoleniu zdobytemu w Związku Jaszczurczym, nie udało się komunistom skazać mnie na karę śmierci albo wsadzić do więzienia na dłużej. Wyszedłem po trzech latach dzięki amnestii.

Przeszkadza Panu noszenie symbolu „kotwicy” na koszulkach przez młodzież?

W żadnym wypadku. Nie widzę powodów, żeby im tego zabraniać. Cieszę się, że tak manifestują swój patriotyzm. Wielu z nich pomaga kombatantom, zajmuje się grobami i miejscami pamięci, organizowaniem uroczystości patriotycznym.

W powstaniu znalazł się Pan przypadkowo i to nie tylko z racji pochodzenia z Wielkopolski.

Tak, ale nie byłem jedynym Wielkopolaninem, który wziął udział w Powstaniu Warszawskim, walczyło w nim 800 moich ziomków, 200 zginęło. Wojenne losy sprawiły, że musiałem uciekać przed Niemcami z rodzinnej Wielkopolski. Trafiłem na Mazowsze. Dwa dni przed wybuchem powstania wyruszyłem z Lipia koło Grójca, gdzie należałem do oddziału strzelców wyborowych AK „Głuszec” Grójec, do Warszawy, na egzaminy kończące naukę w tajnej podchorążówce o specjalności dywersja. Na egzaminy czekałem u mojego przyjaciela ze Związku Jaszczurczego, Henryka Dutkowskiego na ulicy Twardej. Pojawiły się informacje o wybuchu powstania i terminy egzaminów zostały przesunięte. Po egzaminach miałem jechać do Borów Tucholskich, zgłosiłem się na ochotnika do Brygady Tucholskiej Narodowych Sił Zbrojnych, która ostatecznie jednak nie powstała. Wiedziałem, że wynik powstania z uwagi na Stalina, który nie będzie chciał pomóc Warszawie może być negatywny. Zanim wyjechałem z Lipia do Warszawy, pod koniec lipca znalazłem w okolicy kilka ulotek zrzuconych przez samoloty Armii Czerwonej, w których Sowieci wzywali do wywołania powstania pod kierownictwem Gwardii Ludowej.

Jak wspomina Pan 1 sierpnia 1944 r.?

AK nie poinformowała NSZ o terminie wybuchu powstania, jednak podejrzewaliśmy, że walki wybuchną z początkiem sierpnia. 1 sierpnia po południu poszliśmy z Henrykiem Dekutowskim do naszego punktu kontaktowego na ul. Czackiego 3/5, gdzie obecnie mieści się Dom Technika. Zobaczyłem tam kilkunastoletniego powstańca, który z pistoletem maszynowym stał nad rannym Niemcem. Podał nam łom i poprosił, żebyśmy go dobili, wytłumaczyliśmy mu, że rannych i jeńców się nie zabija. W punkcie mobilizacyjnym było wielu ochotników, nie było jednak broni. Piętnastu żołnierzy NSZ udało się do komendy AK dowodzonej przez „Lewara”, który nie miał ludzi, za to miał broń. Większość jego żołnierzy z AK nie dotarła na czas na miejsce zbiórki.

Już na początku powstania pułk NSZ „Sikora” był jednym z najlepiej uzbrojonych oddziałów.

W gmachu Poczty Głównej na Placu Napoleona były duże magazyny broni i mundurów. AK zaatakowała budynek 2 sierpnia, nie mieliśmy broni więc nie mogliśmy wesprzeć ogniem, mieliśmy za to granaty i zaatakowaliśmy Niemców od ulicy Wareckiej. Ta akcja pozwoliła nam uzbroić się po zęby w broń długą i krótką, w moim plutonie nawet sanitariuszki były uzbrojone. Miałem pistolet, „Stena” i karabin.

O walce Pana kolegów z NSZ w powstaniu przez kilkadziesiąt lat praktycznie nie wspominano.

PRL tłumaczono, że w powstaniu walczyły Armia Ludowa i Armia Krajowa, NSZ wymazano z historii. Większość oddziałów NSZ weszła do AK, wszyscy eneszetowcy otrzymali legitymacje AK. Posiadam jedną z nielicznych legitymacji powstańczych, na której jest pieczątka NSZ i podpis komendanta NSZ, pułkownika Spirydiona Koiszewskiego „Topora”. Gdy ją pokazałem pod koniec latach osiemdziesiątych na spotkaniu żołnierzy batalionu AK „Miłosz”, pułkownik Perdzyński „Towmir” z dowództwa AK powiedział mi: „Lepiej niech Pan tej legitymacji nie pokazuje, bo dzięki niej można rozpoznać żołnierza NSZ”. O udziale NSZ w powstaniu zaczęto trochę mówić w latach dziewięćdziesiątych. W pierwszym kalendarzu wydanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego pod datą 5 października 1944 r. napisano, że z miasta wychodzi dowództwo AK i komendant NSZ, płk Spirydion Koiszewski, „Topór”. NSZ był przeciwny wybuchowi powstania w Warszawie, jednak kiedy się rozpoczęło, kilka tysięcy żołnierzy NSZ z wielką odwagą i poświęceniem wypełniło swój żołnierski obowiązek. Dowódca sił powstańczych gen. Antoni Chruściel „Monter” powiedział, że w czasie powstania, tylko zgrupowanie NSZ Chrobry II nie oddał Niemcom przez cały czas trwania akcji ani piędzi terenu. NSZ zawsze, także w Powstaniu Warszawskim walczyło o lepszą, wolną i Wielką Polskę.

Walczył Pan w powstaniu prawie 70  dni.

Na podstawie aktu kapitulacyjnego powstały kompanie osłonowe, które pełniły rolę żandarmerii, funkcjonującej do momentu wyjścia ze stolicy ostatniego mieszkańca Warszawy. Kiedy formowano kompanie, zgłosił się do niej cały mój pluton NSZ i znalazł się w kompanii A u porucznika A. Ładkowskiego „Kulawego”.

Czym się zajmowaliście?

Patrolowaniem miasta, dokumentowaliśmy również zniszczenia. Śródmieście stolicy gorzej niż w powstaniu zostało zniszczone po ustaniu walk w mieście. Niemieckie „Brennkomando” rabowało budynek za budynkiem, a później niszczyło je. Kompanie osłonowe jako jedne z ostatnich oddziałów powstańczych opuścił Warszawę. Konwojowani przez Wermacht pieszo dotarliśmy do Ożarowa, tam załadowano nas do wagonów i wywieziono do obozów w Niemczech. Nie udało mi się uciec z pociągu, ponieważ był silnie strzeżony przez Niemców, obstawa uzbrojona w karabiny maszynowe była nawet na dachach wagonów. Kiedy przejeżdżałem przez Poznań, wyrzuciłem kartkę, żeby rodzina wiedziała, ze żyję.

Jan Podhorski „Zygzak”, generał brygady w stanie spoczynku, ur. 21 czerwca 1921 r. w Budzyniu w Wielkopolsce, członek Związku Jaszczurczego, żołnierz Armii Krajowej „Głuszec” Grójec i Narodowych Sił Zbrojnych. W Powstaniu Warszawskim żołnierz pułku NSZ im. gen. Władysława Sikorskiego i batalionu AK „Miłosz”, po powstaniu więzień stalagu IVB w Muehlbergu nad Łabą koło Drezna (1944-1945). W czasach stalinowskich za działalność w konspiracyjnej Młodzieży Wszechpolskiej skazany na siedem lat więzienia, karę odbywał we Wronkach, wyszedł na wolność po trzech latach w wyniku amnestii. Działacz Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Autor książek „Wspomnienia Żołnierza Wyklętego” i „Pułk Narodowych Sił Zbrojnych im. Gen. Władysława Sikorskiego. Byłem jego żołnierzem”.

Rozmawiał Tomasz Plaskota.

źródło: wpolityce

fot:wpolityce

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ