Maria Wanke-Jerie: O szczęściu inaczej

niezawinione-smierci-u-iext2599450.jpg

Jedno z ubiegłorocznych haseł promujących studia na Politechnice Wrocławskiej brzmiało: „To nie szczęście, to matematyka”. Występowało w triadzie sloganów reklamowych najlepszej uczelni technicznej w Polsce. Było też inne: „To nie miłość, to chemia”. Świetne! Ale co ma szczęście do matematyki?

Mówimy szczęśliwy los, szczęśliwe liczby… Na łut szczęścia liczymy, gdy wypełniamy kupon Totolotka, każdy bowiem, kto ma nawet całkiem elementarną wiedzę z rachunku prawdopodobieństwa, wie, że wygrana to kwestia przypadku, a każde losowanie jest niezależne od poprzednich, nie ma więc sensu śledzenie wyników i ich przewidywanie. Hasło „To nie szczęście, to matematyka” sugeruje rozumienie szczęścia jako przypadkowego, pomyślnego zdarzenia, które nas spotkało. „Przypadek to logika Boga” – mawiał abp Alfons Nosol. No właśnie, mówimy o szczęściu, gdy zdarzenie jest pomyślne, ale czy doceniamy te przypadki, kiedy czasem wbrew logice, zupełnie nieoczekiwanie unikamy nieszczęścia, które być może odmieniłoby na zawsze nasze życie? Nieszczęścia, które mogły nas dotknąć, ale spotkały innych, a nas ominęły.

Na ogół wydaje nam się, że nieszczęśliwe wypadki przydarzają się innym, nam nie. To, że nas nie dotyczą, traktujemy jak coś nam należnego i oczywistego. A tak, rzecz jasna, nie jest. Mogą się przydarzyć także i nam, a prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest na ogół łatwe do oszacowania na podstawie znanych statystyk.

Przekonanie, że nieszczęścia spotykają tylko innych, przewija się w książce Williama Whartona, który w dramatycznych okolicznościach zdał sobie sprawę, że jest ono fałszywe. W książce Niezawinione śmierci opisał karambol na autostradzie międzystanowej w stanie  Oregon, powstały na skutek zadymienia spowodowanego wypalaniem pól. Wówczas w wypadku spowodowanym tym karambolem zginęli: córka, zięć i dwie wnuczki pisarza. Bardzo długo Wharton nie dopuszczał myśli, że wśród ofiar mogą być jego najbliżsi. Bo przecież nieszczęśliwe wypadki zdarzają się innym, nie nam i naszym najbliższym.

Pisząc o szczęściu mam na myśli zdarzenia, gdy tragedia nas omija. Takich przypadków, gdy czułam, jakby ktoś (lub Ktoś) wręcz chwycił mnie za rękę i powstrzymał przed groźnym wypadkiem, było wiele.

Przykład pierwszy. W sobotnie wietrzne przedpołudnie wybrałam się na spacer i zakupy. Zwykle po drodze wstępuję do sklepiku z gazetami i kupuję „Plus Minus”, mój ulubiony dodatek do „Rzeczpospolitej”. Ekspedientka strasznie długo tym razem szukała gazety i niespiesznie wydawała mi resztę. Nawet brzydko pomyślałam sobie: „jaka z niej ślamazara”. Pospiesznie wyszłam  po dalsze sprawunki. I nagle… Dosłownie dwa kroki dzieliły mnie od drzewa, z którego spadła potężna gałąź, złamana z powodu silnego wiatru. Gdyby owa ślamazarna ekspedientka obsługiwała mnie sprawniej, ta gałąź spadła by właśnie na mnie. Z całą pewnością byłabym mocno poturbowana, a może i skończyło by się to czymś dużo gorszym. Niewykluczone, że odmieniłoby na trwale moje życie.

Przykład drugi. Podobnie nieszczęściem mógłogła skończyć się sytuacja, gdy obsunęła mi się noga z wysokiego krawężnika, a byłam na wysokim obcasie i straciłam równowagę. Upadek miałby daleko idące konsekwencje, bo przewróciłabym się na fragment remontowanego chodnika, gdzie była złożona kostka i metalowe elementy, a ja już leciałam bezwładnie… gdy znajoma idąca koło mnie chwyciła mnie za ramię i zatrzymała. Metafora z ręką, która uchwyci i zatrzyma, nabrała dosłowności.

Przykład trzeci. Wracamy samochodem z wyprawy w Karkonosze. Jestem z mężem i kuzynkami. Jedna z nich poprosiła o zatrzymanie się na chwilę, chciała kupić ulubioną colę (to taki jej nałóg). Trochę byłam niezadowolona, bo chciałam być wcześniej w domu. Jakie to opóźnienie było zbawienne. Wracając na trasę po chwili jazdy zatrzymał nas korek. Za nami ustawiła się długa na kilka kilometrów kolejka samochodów. Okazało się, że był karambol, w którym poszkodowanych zostało sześć aut. Koło nas poboczem na sygnale jeździły wozy straży pożarnej, karetki pogotowia, samochody policyjne. Były ofiary śmiertelne i ranni. Dosłownie kilka samochodów dzieliło nas od wypadku. Gdybyśmy nie zboczyli po butelkę coli znaleźlibyśmy się w centrum karambolu. Historia jak z Whartona tylko dla nas z innym finałem.

Przykład czwarty. Wyjazd rowerami za miasto, jadę z mężem ścieżką rowerową, ale mijamy kolejne przecznice. Zwykle zatrzymuję się przed jezdnią, rozglądam. Tym razem, jadąc bezpośrednio za moim mężem nie zrobiłam tego. Z piskiem opon zahamował tuż przy mnie motocyklista. Brakowało dosłownie kilku centymetrów, aby doszło do wypadku.

Takie przykłady można mnożyć. Kiedyś, wracając z siostrą i mamą z Londynu, spóźniłyśmy się na lotnisko, ale akurat samolot do Warszawy odlatywał z opóźnieniem. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybyśmy nie zdążyły. Nieznane nam ogromne lotnisko Heathrow, konieczność powtórnego zakupu biletów… Czy spotkało mnie szczęście? W każdym przypadku jestem pewna, że tak, że czuwała nade mną Boża Opatrzność.

autor: Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ