10.7 C
Wrocław
Prof. Bogdan Chazan: „Nie można zawierać kompromisów w sprawach, które dotyczą ludzkiego...

Prof. Bogdan Chazan: „Nie można zawierać kompromisów w sprawach, które dotyczą ludzkiego życia”

Chazan.jpg

Przede wszystkim bardzo dobrze, że narodowy program prokreacyjny został stworzony. Jest to zresztą następstwo tego, że poprzedni rząd, przygotowując narodowy program zdrowia, nie uwzględniał w ogóle zdrowia prokreacyjnego, a więc tego, co leży u podstaw zdrowia dzieci i płodności, a także zdrowia następnych pokoleń

— mówi lekarz, ginekolog i położnik prof. Bogdan Chazan w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

wPolityce.pl: Po niedawnych wystąpieniach ministra Konstantego Radziwiłła, który powtórzył, że celem MZ jest całkowite odejście od in vitro, w mediach lewicowo-liberalnych rozpoczął się kolejny rozdział nagonki na naprotechnologię. Skąd ten wściekły atak zwolenników in vitro?

Prof. Bogdan Chazan: reakcja wynika z kilku powodów. Przede wszystkim niektórzy chcą, aby nasze życie było zmieniane w tzw. „nowoczesnym kierunku”, co skutkuje coraz większym uniezależnieniem się od natury. Stąd próba pójścia bez żadnego zastanowienia i bez żadnych obciążeń za wszelkimi medycznymi nowinkami. W tej sytuacji każde odwołanie się do zdrowego rozsądku, do bycia w zgodzie z naturą, z systemem etycznym i z religią, budzi wściekłość. To jest bardzo charakterystyczne dla liberalnego i lewicowego podejścia. Ponadto, każde inne podejście do leczenia niepłodności, stanowi realne zagrożenie dla biznesu. A tu mówimy o samonakręcającym się układzie, w skład którego wchodzą właściciele klinik in vitro – w  zasadzie należałoby mówić raczej przychodni in vitro, bo przecież obecnie wystarczą dwa pokoje do prowadzenia takich zabiegów – przedstawiciele biznesu farmaceutycznego i ci, którzy za tym gardłują, czyli lewicowo-liberalne media.

Czy narodowy program prokreacyjny powinien w jakikolwiek sposób wspierać in vitro? Czy w ogóle można mówić o in vitro jako o „leczeniu niepłodności”?

Przede wszystkim bardzo dobrze, że narodowy program prokreacyjny został stworzony. Jest to zresztą następstwo tego, że poprzedni rząd, przygotowując narodowy program zdrowia, nie uwzględniał w ogóle zdrowia prokreacyjnego, a więc tego, co leży u podstaw zdrowia dzieci i płodności, a także zdrowia następnych pokoleń. To zauważono i rozdział dotyczący prokreacji został dołożony do narodowego programu zdrowia. Oprócz tego, poprzedni rząd uchwalił jeszcze tzw. ustawę o leczeniu niepłodności, która dotyczyła głównie in vitro. A więc w istocie nie leczyła niepłodności, bo przecież zapłodnienie in vitro nie leczy. Jest to postępowanie, które w niektórych przypadkach zapewnia poczęcie i urodzenie dziecka, ale przyczyna niepłodności pozostaje w dalszym ciągu nie wyleczona. Stąd słuszne wydaje się posunięcie ministra Radziwiłła, który mówi o zakończeniu refundowania zabiegów in vitro. Wynika to choćby z tego, że musi być zapewniony równy dostęp do funduszów pochodzących z podatków. Nie wszyscy członkowie naszego społeczeństwa chcą radzić sobie z problemami niepłodności za pomocą zabiegów in vitro. A mieliśmy klasyczny przykład nierównego dostępu do zdrowia, kiedy część naszej populacji miała zapewnione postępowanie w przypadku niepłodności poprzez zapłodnienie in vitro, a druga, może nawet większa część, musiała radzić sobie sama. Wszystko przez to, że zaawansowane technologie przy pomocy których faktycznie, przyczynowo leczy się niepłodność, nie były dotychczas finansowane przez fundusz zdrowia.

To ma się teraz zmienić. Minister Radziwiłł obiecuje nowa strategię w walce z niepłodnością.

Ta nowa strategia zawiera jeszcze jedną bardzo ważną rzecz, a mianowicie edukację społeczeństwa, zwłaszcza młodego pokolenia. W medycynie nie od dzisiaj wiadomo, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Dotychczas nikt się zapobieganiem niepłodności specjalnie nie przejmował. Teraz, w ramach nowego projektu, jest nacisk na zapobieganie niepłodności i promocję zachowań sprzyjających zdrowiu prokreacyjnemu. Ta ustawa, jak się wydaje, porządkuje także pewne zagadnienia dotyczące diagnostyki niepłodności. Ma powstać 16 nowych ośrodków zajmujących diagnostyką. Jest widoczny nacisk na oparcie się na naturalnym cyklu miesięcznym kobiety, na naturalnych cechach organizmu kobiety i na diagnozowanie powodów stanu chorobowego. Jest to powrót do prawdziwej medycyny, który polega na przyczynowym sprawdzaniu i leczeniu przyczyn niepłodności zamiast tego, co było do tej pory, czyli załatwiania wszystkich problemów, często na ślepo, za pomocą zapłodnienia in vitro.

Z jednej strony mamy szlachetne intencje ministra Radziwiłła, z drugiej przez prasę cytowani są – anonimowo – członkowie zespołu pracującego nad programem, którzy mówią, że nie ma w nim „ideologizacji”. Wiemy też, że w skład zespołu pracującego nad programem wchodzili ludzie tacy, jak np. prof. Mirosław Wielgoś, czy p. Dagmara Korbasińska, wieloletnia, mianowana jeszcze przez Ewę Kopacz, dyrektor Departamentu Matki i Dziecka w Ministerstwie Zdrowia. A więc ludzie, których ciężko nie nazwać gorącymi zwolennikami metody in vitro. Nie jest to trochę niepojące?

Nie byłem członkiem tego zespołu, mam jedynie wiedzę od jego członków. Od nich wiem, że w skład tego zespołu zostali zaangażowani lekarze, profesorowie i genetycy, którzy wspierają in vitro, zajmują się in vitro i pracują w biznesie stworzonym wokół in vitro. I to była tzw. „część ginekologiczna”. Nie wiem dlaczego drugą stronę nazwano „stroną społeczną”. Przecież tu nie chodzi o „stronę społeczną”, ale o nowe, inne spojrzenie na problematykę zdrowia prokreacyjnego. Celem jest dostrzeżenie naturalnego potencjału kobiety i rozpoczęcie badań od diagnostyki problemów ginekologicznych i od leczenia. Tzw. „strona społeczna” nie była niestety traktowana jako równorzędny partner w dyskusjach o programie. Ton dyskusjom nadawali ci ludzie, których głos wciąż jest bardzo znaczący w ministerstwie zdrowia, a są to m. in. osoby reprezentujące lobby in vitro, zwolennicy aborcji i antykoncepcji.

Tym większa zasługa ministra Radziwiłła za to, że jest człowiekiem stanowczym. Ale czym tłumaczyć to, że dzień po tym, kiedy narodowy program prokreacyjny trafił do Rady Przejrzystości, Rzeczpospolita napisała, że „wbrew obawom środowisk pacjenckich raport pozbawiony jest elementów ideologicznych. Nie zakłada też finansowania naprotechnologii”?

To jest właśnie ten sposób rozumowania: – ktoś, kto zauważa, że powinniśmy w większym stopniu zauważyć potencjał kobiety, ten jest ideologiem. Natomiast strona, która nie widzi potrzeby promocji zdrowia, edukacji i zapobiegania niepłodności, tylko idzie w kierunku in vitro, oczywiście ideologiem nie jest. To jest stary sposób myślenia, który idzie w kierunku unikania rzetelnej dyskusji. Stąd ten dwugłos między tym, co słusznie deklaruje minister Radziwiłł i tym, co deklarują powołani przez niego ludzie. W zespole pracującym nad programem nie było równowagi między starą gwardią ginekologiczną, która popiera biznes in vitro, a drugą stroną, tzw. „stroną społeczną”, która nie była odpowiednio umocowana, żeby zabierać głos. Z tego, co wiem, to strona społeczna była często pomijana w dyskusjach i dyskryminowana. Dziwi też to, że wciąż cała sprawa jest utajniona i nie można obejrzeć efektów pracy zespołu. Przecież to są projekty, które powstają dla społeczeństwa. I powstają nie po to, żeby ktoś zarabiał na in vitro, czy wspierał lewicowo-liberalne trendy, ale po to, żeby leczyć Polaków.

Zmienię odrobinę temat. Dzięki zaangażowaniu środowisk pro life, prawie pół miliona Polaków podpisało się pod projektem ustawy zakazującej przerywania ciąży. Odpowiedzią na tę zbiórkę stał się z kolei projekt lewicowy, który zakłada aborcję na życzenie każdej kobiety do 12. tygodnia ciąży. Wygląda na to, że znów czeka nas wielka, medialna burza w sprawie aborcji. Może więc rację mają ci, którzy uważają, że lepiej jest pozostać przy aktualnej ustawie? Czy tę można w ogóle nazywać „kompromisem”?

Moim zdaniem nie można zawierać kompromisów w sprawach, które dotyczą ludzkiego życia. Nad ludzkim życiem nie można debatować, nie można nad nim głosować. To sprawa o najwyższym priorytecie. Życia powinniśmy bronić zawsze i wszędzie, a prawo do życia musimy uważać za nadrzędne. Ten nowy projekt ustawy dotyczy właśnie całkowitej obrony życia. Tu nie chodzi o zakaz aborcji. Trzeba przede wszystkim zaakcentować to, że kiedy nowy projekt zostanie wprowadzony, życie ludzkie będzie chronione od momentu poczęcia. W żaden sposób nie ucierpi na tym zdrowie kobiety, ponieważ w przypadkach kiedy zagrożone będzie życie matki, będzie można stosować nawet takie postępowanie, które prowadzić będzie do śmierci dziecka. Tak samo w przypadkach nieprawidłowości rozwojowych dziecka, poszanowana będzie jego podmiotowość i człowieczeństwo. Dlatego trudno tutaj nie dostrzec tego, że ta ustawa nie jest zaostrzeniem przepisów. Z punktu widzenia dziecka, które oczekuje na egzekucję, będzie to zdecydowane złagodzenie przepisów. Powinniśmy zwracać uwagę na znaczenie słów, które się sztucznie wprowadza po  to, żeby niektóre sprawy zaciemnić czy ukryć. I jeszcze zdanie w kwestii tego rzekomego kompromisu, który leżał u podstaw obecnej ustawy. Ja byłem wówczas ekspertem ministerstwa zdrowia, byłem wówczas w sejmie i przysłuchiwałem się obradom. Za życiem była trójka bardzo dzielnych ludzi, mianowicie J. Łopuszański, S. Niesiołowski i M. Jurek, ich losy potoczyły się różnie, ale nie było tam mowy o żadnym kompromisie. Nie powinniśmy się więc powoływać na żaden kompromis, bo o tym – w sprawie ludzkiego życia – nie może być mowy.

Wspomniał profesor o tym, że szczególnie ważny w problematyce aborcji jest język, którego używamy. Tak się składa, że kilka dni temu irlandzki sąd pierwszej instancji uznał, że zgodnie z krajową konstytucją słowo „nienarodzony” oznacza „nienarodzone dziecko”. Dlatego dziecko w łonie matki ma zarówno prawo do życia, jak i szereg innych praw. Z jednej strony radość dla środowisk pro life, z drugiej jednak smutna konstatacja, że prawo do życia nienarodzonego dziecka nie jest we współczesnym świecie czymś oczywistym?

W polskim systemie prawnym istnieje pojęcie nasciturus, co oznacza dziecko poczęte, lecz nienarodzone, nie posiadające jeszcze pełni praw do dziedziczenia. W naszym systemie prawnym nie jest ono jeszcze w pełni dzieckiem i w pełni człowiekiem. Tym bardziej należy przyjąć z radością to, że dziecko nienarodzone, a więc rzeczywiście dziecko, wyglądające jak dziecko, zachowujące się jak dziecko, czujące od pewnego momentu rozwoju jak dziecko, zostaje nazwane dzieckiem, z pełnią praw przysługujących każdemu człowiekowi. Przepisy prawne odnoszące się do dziecka nienarodzonego powinny uwzględniać jego sytuację i jego prawa, przede wszystkim jego prawo do życia.

Rozm. Artur Ceyrowski

źródło: wpolityce.pl

fot:youtube

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ