Patryk Łomża- Zakrzewski : Polska w warunkach potencjalnego kryzysu w handlu zagranicznym

kasa 24.jpg

Światowa gospodarka staje się coraz mniej stabilna, a rysujące się przed nią perspektywy są przygnębiające. Tempo wzrostu gospodarczego w Chinach spada, największe kraje eksportujące surowce tj. Rosja i Brazylia znajdują się w stanie recesji, a najpotężniejsze gospodarki świata – Unia Europejska oraz Stany Zjednoczone rozwijają się w ślimaczym tempie.

Jakby tego było mało, na horyzoncie pojawiły się oznaki zbliżającego się kryzysu w handlu międzynarodowym. Mam tu na myśli przede wszystkim protekcjonistyczne koncepcje Pana Donalda Trumpa oraz Pani Marine Le Pen, którzy przypuszczalnie niebawem dojdą do władzy odpowiednio w Stanach Zjednoczonych i Francji.

Wydarzenia, które mogą zmienić reguły handlu międzynarodowego

Donald Trump twierdzi, że jako przyszły prezydent jest gotów posłużyć się wszelkimi dostępnymi środkami, łącznie z taryfami celnymi, żeby tylko przywrócić blask gospodarce Stanów Zjednoczonych. Nie zamierza przy tym pobłażać Chinom.

Jeżeli rzeczywiście zdecyduje się podjąć kroki w tym kierunku, to handel międzynarodowy znacząco osłabnie, a w skrajnym wypadku wybuchną wojny handlowe.

Jeszcze większe zamieszanie może spowodować Pani Marine Le Pen, która planuje zabezpieczyć swój kraj koronkowym systemem taryf celnych, co będzie równoznaczne z opuszczeniem przez Francję Unii Europejskiej i w konsekwencji rozpadu tej ostatniej.

Scenariusz dezintegracji wspólnego rynku uderzyłby szczególnie mocno w największego eksportera na naszym kontynencie tj. Niemcy, dla których Unia Europejska stanowi największy rynek zbytu.

Niezależnie od poczynań Pana Donalda Trumpa oraz Pani Marine Le Pen nie ulega wątpliwości, że siły odśrodkowe w Unii Europejskiej nabierają mocy, rośnie generalna skłonność do protekcjonizmu, a wzrost gospodarczy na świecie jest słaby. Każde z tych zjawisk zagraża międzynarodowemu handlowi, a jego załamanie pogrąży kraje uzależnione gospodarczo od eksportu.

Niemcy – stan przedzawałowy

Mizerne tempo wzrostu już obecnie stanowi problem dla krajów nastawionych na eksport, do których ścisłej czołówki zaliczają się Niemcy.

Nasz zachodni sąsiad eksportuje ponad 45 proc swojego PKB w związku z czym dobrobyt jego obywateli zależy w dużej mierze od hojności zagranicznych konsumentów. Żeby sobie w pełni uświadomić, jak głęboka jest ta zależność, należy zdać sobie sprawę, że Chiny, które w powszechnym odczuciu zalewają świat swoimi towarami, eksportują „ledwie” nieco ponad 20 proc. swojego PKB, czyli proporcjonalnie dwa razy mniej od Niemiec.

Niski wzrost gospodarczy na świecie już teraz sprawia, że znaczna część niemieckich przedsiębiorstw tnie marże, by utrzymać się na rynku.

Dla Niemiec nadchodzą ciężkie czasy. Słabnący wzrost PKB w Chinach będzie coraz mocniej rzutował na niepewne wskaźniki ekonomiczne w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Jeżeli między poszczególnymi gospodarkami powstanie negatywne sprzężenie zwrotne, przez co słabość ekonomii jednych krajów będzie transmitowana na inne kraje i vice versa, to nasz zachodni sąsiad zacznie tracić grunt pod nogami na wszystkich rynkach świata. Jeżeli nastąpi do tego rozpad wspólnego rynku w Europie albo pojawią się działania protekcjonistyczne, a o te łatwo przy dekoniunkturze (dołująca gospodarka wzmaga głosy nawołujące do ochrony własnych firm, co oczywiście nie pozostaje bez odzewu za granicą, nakręcając tym samym spiralę niekontrolowanego protekcjonizmu), to Niemcy wpadną w naprawdę głęboki kryzys.

Sytuację dodatkowo pogarsza niejasny stan sektora bankowego w Niemczech. Flagowym przykładem jest tu Deutsche Bank. Rola tego banku w gospodarce niemieckiej jest nieporównywalnie większa niż banku Lehman Brothers (jego upadek zapoczątkował globalny kryzys w 2008 roku) w gospodarce Stanów Zjednoczonych. Trzy największe niemieckie banki, w tym właśnie Deutsche Bank, posiadają kontrolę nad większością liczących się przedsiębiorstw w Niemczech, więc upadek którejkolwiek z tych instytucji finansowych pociągnie za sobą całą gospodarkę.

Niestety Deutsche Bank kilkanaście lat temu rozszerzył pole swojej działalności na domeny typowe dla banku inwestycyjnego i zaangażował się finansowo w instrumenty pochodne (to one odpowiadały za kryzys z 2008 roku) na kwotę ponad 40 bilionów dolarów. Dla porównania budżet Polski wynosi poniżej 100 mld dolarów.

Nie trzeba dodawać, jak bardzo niepożądanym zjawiskiem jest sytuacja, gdy centralny element gospodarki angażuje się w wysoce ryzykowne i spekulacyjne operacje. Hipotetyczne próby ratowania takiej instytucji wymagałyby podjęcia absolutnie wyjątkowych działań.

Nie wolno też zapominać, że Niemcy są największym pożyczkodawcą w Europie. Powstaje więc pytanie czy w razie ewentualnego rozpadu Unii Europejskiej będą w stanie skutecznie odzyskiwać pożyczone przez siebie środki. Jak się zachowa ich system finansowy, gdy część krajów ogłosi bankructwo?

Mimo wszystko i tak nasi zachodni sąsiedzi zniosą te plagi lepiej, niż by się można było tego spodziewać. Wynika to z faktu, że w swoim arsenale gospodarczym posiadają wiele małych i średnich przedsiębiorstw funkcjonujących w ramach specjalistycznych nisz rynkowych, gdzie konkurencja jest ograniczona i z braku alternatywy świat po prostu będzie musiał kupować ich unikalne produkty. Z kolei znaczna grupa dużych firm dysponuje zakładami produkcyjnymi rozlokowanymi w kluczowych krajach świata, więc i w tym przypadku obostrzenia w handlu międzynarodowym dotkliwe będą tylko w ograniczonym zakresie.

Co z Polską?

Niestety wszelkie kłopoty Niemiec będą miały bezpośrednie przełożenie na Polskę, co wynika z wysokiego stopnia synchronizacji naszych gospodarek. Mówiąc wprost, kryzys zza Odry dotrze nad Wisłę. To nie koniec złych wieści.

Otóż wbrew powszechnemu mniemaniu jesteśmy jeszcze bardziej uzależnieni od eksportu niż Niemcy (eksportujemy niemal 50 proc swojego PKB), nasza ekspozycja na kłopoty Europy jest ewidentnie większa niż Niemców – polski eksport do Europy stanowi aż 86 proc całości eksportu (25 proc do samych tylko Niemiec), podczas gdy w przypadku Niemiec oscyluje on na poziomie 65 proc., a do tego znakomita część naszego eksportu generowana jest przez zagraniczne firmy goszczące na polskim terytorium, co dodatkowo uwrażliwia nas na zakłócenia w handlu międzynarodowym (przykład: po wybuchu kryzysu w 2008 roku Fiat faworyzował rodzime włoskie fabryki względem tych posiadanych w Polsce, żeby uniknąć zwolnień u siebie w kraju).

Nierozsądnie byłoby czekać z założonymi rękami, gdy już widać oznaki nadciągającego huraganu. Referendum w sprawie Brexitu powinno być ostatnim dzwonkiem alarmowym mobilizującym nas do działania. Polski nie stać na luksus snucia optymistycznych założeń, że być może wszystko zostanie po staremu, a w razie czego jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu cała sprawa rozejdzie się po kościach. Musimy przygotować się na naprawdę zły scenariusz.

Środki zaradcze i próba wyciągnięcia korzyści z kryzysu

Podstawowego sposobu zabezpieczenia Polski przed kryzysem należy szukać w ściślejszej współpracy gospodarczej z krajami pozaunijnymi, co zresztą będzie dla naszego kraju korzystne niezależnie od biegu wydarzeń w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Do gospodarczej eksploracji nowych terenów potrzebne jest wzmocnienie korpusu dyplomatycznego, skierowanie jego energii na tory biznesowe, ale przede wszystkim wskazanie dyplomatom konkretnych celów do osiągnięcia takich jak wynegocjowanie dla polskich przedsiębiorstw ochrony oraz dostępu do specjalnych stref ekonomicznych. Stworzenie naszemu biznesowi możliwości funkcjonowania na miejscu pozwoli ominąć ewentualne protekcjonistyczne bariery, a wyjście poza Europę osłoni nas do pewnego stopnia przed perturbacjami handlowymi, które mogą powstać w wyniku ewentualnego rozpadu Unii Europejskiej. Wejście na mniej dojrzałe rynki, które nie są jeszcze całkowicie zdominowane przez przedsiębiorstwa z krajów rozwiniętych, da polskim firmom sposobność, by urosnąć wraz z dynamicznie ekspandującymi gospodarkami biedniejszych krajów.

Należałoby też rozważyć możliwość wyciągnięcia bardziej bezpośrednich korzyści z kryzysu. Otóż w trudnych czasach niedociągnięcia w funkcjonowaniu firmy, które w bardziej sprzyjających okolicznościach uchodzą na sucho, nagle stają się śmiertelnym zagrożeniem dla jej istnienia. Takie brzemienne w skutkach błędy mogą wynikać np. z niepoprawnej strategii biznesowej i powodować radykalny spadek wartości przedsiębiorstwa, mimo że posiada ono bardzo cenne zasoby: znakomitych pracowników, unikalne technologie czy też rozbudowane portfolio klientów.

Warto przyjrzeć się poczynaniom Chińczyków. Cały czas śledzą rynek, wypatrując firm dysponujących cennymi technologiami, które mogliby wykorzystać u siebie. Nie przejmują się też specjalnie faktem czy w danym momencie nabywana firma jest rentowna (np. zakup Volvo, Peugeot), o ile widzą potencjał do zmiany tego stanu w przyszłości.

Naturalnie Chiny są wyjątkowym przypadkiem, bo dysponują ogromnymi środkami i jeszcze większym rynkiem zbytu, który pozwala skomercjalizować w sposób opłacalny dowolny produkt. Polska co prawda nie ma ani jednego ani drugiego, ale nie oznacza to, że nie moglibyśmy dostosować chińskich rozwiązań do naszych warunków.

Przejęcie technologii – ważkie pytania

Powinniśmy skoncentrować główną uwagę na Niemczech, a konkretniej na Mittelstand, czyli małych i średnich firmach tam funkcjonujących. Dlaczego na Niemczech? Bo są blisko nas, mają podobną mentalność i jako znaczący eksporter odczują mocno zawirowania w handlu międzynarodowym. Dodatkowo jeżeli będą napięcia między Zachodem a Chinami, niemiecki rząd może łaskawszym okiem patrzeć na bliskiego kulturowo kupca.

Dlaczego na Mittelstand? Bo nie mamy tyle środków co Chińczycy i nie stać nas na zakup dużych przedsiębiorstw.

Jakie firmy powinniśmy kupować? Te których technologie dadzą efekt synergii z już działającymi u nas firmami lub będą stanowić dobry zaczyn do rozwoju istotnych technologii w przyszłości np. robotyka, automatyka. Najlepiej żeby te firmy miały problemy wynikające z kryzysu, dzięki czemu ich cena byłaby niska.

Jak powinien wyglądać zakup? Jest to bardzo trudne przedsięwzięcie do zrealizowania, które wymaga zaangażowania osób o najwyższych kwalifikacjach. Nie powinno mieć ono wielkiego zasięgu, a raczej być stosowane punktowo czyli wybiórczo i na stosunkowo niewielką skalę.

Interesującym rozwiązaniem może być założenie dedykowanego temu celowi funduszu, na którego czele stałyby osoby z doświadczeniem zdobytym w branży funduszy private equity. Osoby te muszą być ponadprzeciętnie wynagradzane, co zrekompensuje im działanie w trudnych warunkach, a zwłaszcza konieczność wyprowadzania na prostą firm, które już w chwili zakupu znajdują się w tarapatach. Należy również przygotować mechanizmy ułatwiające menadżerski wykup przedsiębiorstwa, dzięki czemu Polacy wprowadzeni do zarządu zakupionej firmy będą mogli stopniowo stać się jej właścicielami, co jednocześnie pozwoli funduszowi odzyskać środki do dalszych inwestycji.

Warto też przedsięwziąć kroki, by państwo zachowało w takiej firmie mały udział, który jednak w połączeniu z odpowiednimi zapisami w statucie przedsiębiorstwa da wpływ na miejsce prowadzenia przez nie działalności.

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ