Teatr – z czym to się powinno jeść? Kilka miesięcy temu słyszałem w radiu, jak pewna pani, na pewno znawczyni tematu, zachęcała słuchaczy do udziału w życiu teatralnym, dając do zrozumienia, dlaczego społeczeństwo coraz mniej interesuje się tą dziedziną

teatr1.jpg

Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że jest to dość smutne.
Z drugiej strony jednak wypowiedź ta nasunęła mi pytanie w stylu: a po co tam chodzić? Już wyjaśniam, dlaczego.

Szekspir

Tak się składa, że w roku bieżącym obchodzimy 400. rocznicę śmierci tego poety, dramaturga i aktora. Jego 38 sztuk nadal jest czytanych i wystawianych w różnych konwencjach, także takich, jakich, jak mi się wydaje, ich twórca wcale nie musiałby chcieć. W każdym razie jest to człowiek, na którego autorytet powołują się wszyscy – nie tylko ci związani z teatrem, ale każdy, kto jakoś tam chciałby być humanistą. Otóż w Hamlecie tytułowy bohater wypowiada bardzo istotne z punktu widzenia podjętego tematu słowa: „wszystko bowiem, co przesadzone, przeciwne jest intencjom teatru, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest niejako służyć za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno” (tłumaczenie Józefa Paszkowskiego, w innych przekładach brzmi to nieco inaczej, ale sens pozostaje ten sam). Przez wieki pewnie tak właśnie było. Nie wiadomo jednak, kiedy znudzeni twórcy postanowili wszystko to zmienić, odwrócić właściwą teatrowi funkcję i spojrzeć na wszystko na nowo. Taka bowiem pozostaje obecna rzeczywistość kultury, której nad wyraz często wydaje się, że nieistotne są odniesienia do prawdy, lecz przede wszystkim pęd do tego, by być nowym, co w tym wypadku oznacza: oderwanym od tradycji, a co gorsza – logiki.

Widz

W tej sytuacji widz jest zwykłym obiektem, na którym przeprowadza się eksperyment. Zakładając, że skoro do teatru przyszedł, to sam sobie winien i musi być przygotowany na to, co go tu może spotkać. Nie jest istotne to, czego on by chciał i jak bardzo pragnąłby obcować z wyższą sztuką. Liczy się to, czego chce reżyser, który jedynie reprezentuje jakieś nieokreślone dziwaczne mody, będąc jednocześnie całkowicie od nich zależny. Osoba obcująca z przedstawieniem może otrzymać obraz napięć targających twórcą. Nie powinien jednak mieć pretensji, jeśli jego doznania odpowiadać będą temu, co czuje człowiek nagi siedzący okrakiem na nieoheblowanej desce. Jeśli powie, że nie jest zadowolony z takiego spędzania wolnego czasu, to znaczy, że nie dorósł do funkcji, którą gotowi mu wyznaczyć kreatorzy współczesnej sztuki.

Pieniądze

Z drugiej strony patrząc, skoro widz nie dorósł, to być może jest on teatrowi zbędny, być może doczekaliśmy czasów, w których sztuka liczy się jako byt samoistny, istniejący sam dla siebie, niczym obrzędy niektórych starożytnych religii, w których obecność profanów była niemile widziana.

Pieniądze

Nic nie dzieje się bez pieniędzy.
Także sztuka teatralna – dziejąca się w ogrzewanym teatrze na lepszej lub gorszej scenie z określonym wystrojem, wystawiana przez grupę ludzi, których nazywamy aktorami – nie może zaistnieć bez pieniędzy. Teatr zawsze był przez kogoś finansowany – albo przez bogatych możnowładców, których szczodrość musiał chwalić, ale w taki sposób, by im się to podobało, a innych nie drażniło, albo prezentując sztuki łatwiejsze w odbiorze, po prostu przez widza, który płacił, bo albo to, co działo się na scenie go śmieszyło, albo doprowadzało do płaczu, albo wreszcie pełniło funkcję publicystyki swoich czasów, której mu było trzeba.

Z pewnością dla części widzów ważne było to, że wydawało się im, iż obcują z tą częścią świata, która na co dzień jest dla nich nieosiągalna. Stroje, dialogi i dekoracje mogły pokazywać rzeczy odległe, a przy tym piękniejsze niż szara zazwyczaj egzystencja. Za każdym razem jednak był to kawałek obrazu świata, przy czym całość dokądś miała uczestników doprowadzić. Dziś bogatych mecenasów zastąpiło państwo i samorząd, bądź bliżej nieokreślone instytucje, które uważają, że się na teatrze znają, pod warunkiem że posiadają pieniądze podatnika. Dodatkowo, ulegając lewicowej pokusie dekonstrukcji, teatr – zamiast miejscem edukacji – stał się placówką służącą zwyczajnej demoralizacji i ogłupianiu, wokół której wiele się dyskutuje, ale broń Boże nie o wartościach, jeśli zaś widzowi to się nie podoba, to tym gorzej dla niego.

Po co tam iść?

Wracając do początkowej kwestii, rzeczywiście jako katolik, który nie chce być poddany operacji na mózgu, wyjście do teatru uważam za niebezpieczne, choć, co trzeba dodać, od czasu do czasu ryzykuję. Dopóki jednak teatr nie wróci do swej tożsamości, istnieje obawa, iż korzystanie z niego odbywa się na własne ryzyko, którego w niektórych wypadkach lepiej sobie oszczędzić.

autor: Piotr Sutowicz

źródło: http://www.nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/index.php/2016/07/20/teatr-z-czym-to-sie-powinno-jesc/

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ