Maria WANKE-JERIE: Walki uliczne we Wrocławiu (31.08.1982)

old.jpg

31 sierpnia 1982 roku od samego rana widać było patrole milicji, a w późniejszych godzinach rozlokowały się w pobliżu mostu wozy milicyjne, nyski i te większe, nazywane wówczas „sukami”, a także wozy opancerzone z armatkami wodnymi.

Sierpień1982-2

Sierpień roku 1982 to był czas narastającego napięcia, w którym obawa mieszała się z nadzieją. Przekonanie, że władza, pod wpływem masowych demonstracji planowanych na 31 sierpnia i determinacji społeczeństwa, ustąpi i nie tylko zniesie stan wojenny, ale i zawieszenie „Solidarności”, była z dzisiejszej perspektywy skrajną naiwnością, ale wówczas stanowiła wielką siłą napędową. W każdym razie ja takie przekonanie miałam i żywiłam nadzieję na przełom. Dlatego dnia 31 sierpnia wyczekiwałam nie tyle z rosnącym niepokojem, co z radosnym podekscytowaniem. Wprawdzie mojego nastroju nie podzielał mój mąż, który z natury zawsze był bardziej umiarkowany i wówczas gasił mój entuzjazm sporą dawką sceptycyzmu. Wśród zaprzyjaźnionych sąsiadów wymienialiśmy informacje, a matematyk Józef Dudek, w latach dziewięćdziesiątych założyciel słynnego Salonu Profesora Dudka, który mieszkał w tym samym bloku przy pl. Grunwaldzkim co ja, uważał, że każdy na demonstrację w rocznicę podpisania gdańskich porozumień iść musi. Oświadczył, że się wybiera, a w jego sytuacji to był pewien rodzaj heroizmu, z uwagi na jego niepełnosprawność (częściowy paraliż po przebytej w dzieciństwie chorobie Heinego-Medina).

Dobiegały końca wakacje, wszyscy sąsiedzi wraz z dziećmi powracali z letnich wyjazdów i 15-kondygnacyjny budynek przy pl. Grunwaldzkim zaroił się od maluchów. Wówczas mieszkały tam głównie rodziny z dziećmi, osoby samotne lub bezdzietne małżeństwa stanowiły zdecydowaną mniejszość. Położenie tego domu, w niewielkiej odległości od mostu Grunwaldzkiego, stanowiło wobec mających się rozgrywać wydarzeń w okolicy dawnej siedziby Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” ważną okoliczność. Niewielki balkon w jednym z trzech pokoi mojego mieszkania na 11. piętrze mógł być znakomitym punktem obserwacyjnym. Stamtąd rozciągał się widok na panoramę miasta, a ulica Mazowiecka była jednym z bliższych jej segmentów.

31 sierpnia od samego rana widać było patrole milicji, a w późniejszych godzinach rozlokowały się w pobliżu mostu wozy milicyjne, nyski i te większe, nazywane wówczas „sukami”, a także wozy opancerzone z armatkami wodnymi. Wszystko to wyglądało groźnie i było wielką atrakcją dla moich dzieci: dziewięcioletniego Andrzeja i niespełna czteroletniego Wojtka. Mąż kategorycznie zabronił im wychodzić na dwór, więc okupowały balkon z widokiem na most Grunwaldzki, zwłaszcza że był to ich pokój. Co chwilę jeden lub drugi komunikował mi, co się aktualnie dzieje. Dołączyłam do nich, gdy widać już było maszerujący tłum, zmierzający do strony ul. Mazowieckiej pod siedzibę „Solidarności”. Dochodziły okrzyki i widać było las transparentów i biało-czerwonych flag. Skandowano: „Solidarność”, „Solidarność”… Koło mostu, przed moim blokiem i po drugiej stronie ulicy zaczęli gromadzić się ludzie. Korciło mnie żeby zejść na dół i dołączyć do nich, ale surowe spojrzenie mojego męża powstrzymało mnie nawet przed werbalizacją tej pokusy. Gdy rozmawialiśmy bez obecności dzieci rozsądnie mi oświadczył, że przecież robimy ważniejsze rzeczy (chodziło o te 80 milionów, których mój mąż był skarbnikiem) i nie powinniśmy głupio się narażać. – Takie demonstracje są dla tych, którzy nic innego nie robią – dodał przekonująco. No cóż, trudno było mu odmówić racji.

Gdy maszerujący tłum demonstrantów zaczął zbliżać się do mostu, napięcie rosło. Oddziały zomowców z tarczami i pałkami usiłowały powstrzymać maszerujących, a gdy okazało się to nieskuteczne, użyto gazów łzawiących. Petardy z gazem demonstranci natychmiast odrzucali z powrotem, a one dopalały się na jezdni lub chodniku w pobliżu mojego domu. Jedenaste piętro było wówczas wystarczająco wysoko, aby nie odczuwać gryzącego dymu, ale spowijał on coraz bardziej całą przestrzeń i teren walk. Bo zaczęło dochodzić do walki. Nie zapomnę starszej, może pięćdziesięcioletniej kobiety, która torbę na zakupy wyładowała kostką brukową. Kostka ta leżała w pobliżu mostu, bo coś tam remontowano, a milicja nawet nie zadbała, żeby to usunąć. Ta kostka stanowiła doskonałą amunicję. Owa kobieta z torbą w jednej ręce, kamieniem w drugiej, odwróciła się parę razy do ludzi stojących za nią i jednoznacznym gestem dawała do zrozumienia: „za mną”. Było w tym zarówno coś zabawnego, jak i godnego podziwu. Ona tę brukową kostkę rozdawała młodym chłopakom, którzy rzucali w zomowców i dowodziła tłumem ludzi, którzy przyszli popatrzeć. Była w tej dowódczej roli jakaś bohaterska. To wszystko działo się po „mojej” stronie mostu, gdy większość demonstrantów była jeszcze po przeciwnej stronie.

most

Nie pamiętam, w którym momencie to się stało, ale dzieci zawołały mnie z balkonu, gdy zaczął płonąć na środku mostu milicyjny gazik. Okazało się, że ktoś stojący po drugiej stronie ulicy, w pobliżu kościoła (vis a vis mojego domu jest kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego) rzucił tzw. koktajl Mołotowa, zrobiony według najlepszych wzorów z czasów II wojny światowej. Słup ognia i dymu wzniósł się wysoko, a w szeregach zomowców, którzy w pierwszej chwili się rozproszyli, widać było wyraźny popłoch. Już wcześniej działały armatki wodne, ale one chyba ruszyły z większą mocą. Wtedy też uruchomiono tzw. pociski ogłuszające. To było naprawdę przerażające i młodszy syn już tego się bał i zaczął chować się w mieszkaniu. Ciekawość jednak przeważała i wracał na balkon na punkt obserwacyjny, którego nie opuszczał starszy. Demonstranci przeszli na drugą stronę mostu i zaczęli się rozpraszać, często uciekając w stronę mojego domu. Za nimi leciały petardy, które już wyrzucano wysoko, żeby przestraszyć też gapiów na balkonach budynku. Jedna taka petarda wleciała do mieszkania na dziesiątym piętrze, raniąc dwuletnie dziecko. Za uciekinierami, którzy także chronili się na klace schodowej mojego i sąsiednich domów, biegli zomowcy. Pamiętam, jak dopadli mężczyznę w średnim wieku, który był już pod moim blokiem. Jeden z milicjantów zaczął okładać go kolbą od karabinu po plecach, nogach, gdzie popadło. Bardzo szybko ów mężczyzna osunął się nieprzytomny, a dwóch zomowców zawlokło go do milicyjnej suki. To właśnie wtedy mój młodszy syn Wojtek zaczął płakać. Nie mógł na to patrzeć. A po chwili zapytał całkiem poważnie:

– Mamusiu, czy Pan Jezus kocha zomowców?

– Ależ tak, synku, Pan Jezus kocha wszystkich ludzi – odpowiedziałam, nieco zakłopotana nieoczekiwanym pytaniem.

– To oni też są ludźmi? – odpalił pytaniem, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu.

Wieczorem gaz łzawiący był już w moim mieszkaniu wszędzie. Przedostawał się też od strony klatki schodowej, do której milicjanci wrzucili kilka petard, skąd gaz błyskawicznie się rozprzestrzenił. Dostawał się też przez okna, wokół których fruwały petardy, niekiedy przelatując górą na dach. Wypalonych, snujących wokół siebie piekący dym petard było koło domu wszędzie pełno. Nikt ich nie zbierał, cały czas było niespokojnie, nawet wówczas, gdy demonstranci przeszli dalej koło budynków Politechniki. Drażniący dym dawał się nam wszystkim we znaki, oczy piekły i łzawiły. Nic nie pomagało, nawet przemywanie ciepłą wodą. Najlepiej było pójść spać, zwłaszcza że na drugi dzień był 1 września i zaczynała się szkoła. W każdym razie zaczynała się dla starszego syna Andrzeja. Poszedł rano na rozpoczęcie roku szkolnego zupełnie w innym nastroju niż w roku ubiegłym, pełen przeżyć z poprzedniego dnia. Powrócił do nich, gdy po południu wyszedł na dwór. Chłopcy w jego wieku bawili się w zbieranie walających się wszędzie petard i obrzucali się nimi. Zabawa w wojnę przybrała inną formę, a pierwowzór odgrywanych scen był żywo w pamięci.

Jeszcze wiele dni upłynęło zanim przestaliśmy czuć gaz łzawiący, a jeszcze dłużej trwało zanim powróciły do normy nasze podrażnione spojówki.

To była największa, najliczniejsza demonstracja nie tylko w stanie wojennym, ale w całej dekadzie lat osiemdziesiątych. Dopiero później dotarła do nas wiadomość o tragicznej śmierci Kazimierza Michalczyka, który zginął 31 sierpnia od ostrzału karabinowego. Nie miałam wówczas świadomości, że i takie środki przymusu mogły zostać użyte. Chyba jednak w rejonie pl. Grunwaldzkiego nie strzelano z ostrej amunicji.

* * *

Sierpień1982-3

 

  Gdy trzy lata temu ekipa filmowców kręciła sceny do filmu Waldemara Krzystka „80 milionów” i tłum gapiów stał w pobliżu mostu     obserwując statystów odtwarzających sceny z pamiętnego 31 sierpnia 1982 roku, poszłam popatrzeć. Stałam wśród większości młodych ludzi i chyba jako jedyna miałam w pamięci rzeczywiste sceny sprzed lat. Wzruszyłam się. Za każdym razem, gdy powtarzano sekwencję z nacierającym tłumem demonstrantów, którzy krzyczą „Solidarność”, łzy płynęły mi po policzkach. Płakałam. To były sceny, których się nie zapomina. I cały czas one wzruszają do głębi.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 16 lat kierowała Biurem Informacji i Promocji tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ