Piotr Cywiński: prędzej czy później decydujące starcie tzw. euroentuzjastów z eurorealistami i eurosceptykami nastąpi jak amen w pacierzu…

cywiński 2.jpg

Koniec kanikuły. Już dawno nie działo się w europejskiej polityce tak wiele jak obecnie. Najbliższe tygodnie mają przesądzić o tym, co dalej z Unią Europejską. Może i mają, ale nie przesądzą.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji François Hollande wylądowali na włoskiej wyspie Ventotene, gdzie czekał na nich premier Matteo Renzi. Celem ich spotkania jest omówienie strategii dla Europy po brytyjskim exit’cie z UE. Następnie Merkel odwiedzi Estonię, Czechy i Polskę. Cel ten sam, jednak w tym przypadku chodzi raczej o „konsultacje”. O własnej wizji Europy dyskutuje osobno Grupa Wyszehradzka, a wszystko po to, by 16 września móc na szczycie wspólnoty w Bratysławie coś wespół ustalić i coś przedsięwziąć. Notabene bez udziału Wielkiej Brytanii, która nadal jest pełnoprawnym członkiem UE, lecz na Słowacji jej nie będzie.

Wybór miejsca dzisiejszego spotkania tercetu Niemiec, Francji i Włoch nie był przypadkowy. Wyspa Ventotene ma wielce symboliczne znaczenie: podczas II wojny światowej byli tam internowani polityczni przeciwnicy Benita Mussoliniego. Tam też opracowany został przez antyfaszystę Altiera Spinelli’ego manifest wzywający do budowy zjednoczonej Europy. W programie spotkania Merkel, Hollande’a i Renzi’ego ujęto nawet złożenie kwiatów na grobie tego włoskiego komunisty i – jak się dziś elegancko określa – wizjonera Europy.

Niemal w tym samym czasie inny entuzjasta eurokołchozu, szef grupy liberałów w europarlamencie, były premier Belgii Guy Verhofstadt podtyka wracającym z urlopów kolegom dokument, w którym nakreśla własną wizję UE. Co ma wspólnego ów zadeklarowany federalista z grobem Spinelli’ego? To, że Verhofstadt jest współtwórcą tzw. Spinelli Group, zrzeszającej posłów PE (a także znane postaci spoza unii), którym marzy się europejskie superpaństwo. Zainteresowani, powiedzmy, europejską republiką federalną spotykają się w Brukseli na corocznych obchodach Dnia Europy, organizowanych przez pozaparlamentarną Spinelli Network Group.

Co proponuje Verhofstadt?

Potrzebowalibyśmy na przykład mały rząd europejski. Nie potrzebujemy Komisji Europejskiej z 28 komisarzami tylko dlatego, że mamy 28 państw członkowskich. Potrzebujemy rządu gospodarczego dla eurostrefy, ochrony europejskiego wybrzeża i granic, mamy przecież spólny obszar Schengen, potrzebujemy wspólnej polityki obronnej i zagranicznej, aby sprostać geopolitycznym wyzwaniom

— nakreślił w rozmowie z Deutsche Welle.

W chwili gdy Unia Europejska trzeszczy w szwach i wyraźnie się pruje, gdy na skutek błędnej polityki we wspólnocie zyskują na popularności partie i nurty antyeuropejskie, gdy obywatele poszczególnych państw żądają większej suwerenności i niezależności od brukselskich decydentów, oraz ograniczenia kompetencji unijnych organów, Verhofstadt zgłasza coś absolutnie przeciwnego, jakby chciał leczyć trąd cholerą. Co więcej, w tym samym wywiadzie dla DW potraktował obywateli krajów członkowskich jak bezmózgowców.

Jego zdaniem:

Nie zajmują ich kwestie subsydiarności, suwerenności i integracji, bo być może nie mają w ogóle pojęcia, o co w tym chodzi. Co ich interesuje, to taka Unia Europejska, która zajmie się ich konkretnymi problemami. Może to być bezrobocie, bezpieczeństwo albo właściwa polityka imigracyjna.

Wzorem dla Verhofstadta są Stany Zjednoczone, gdzie rządzenie – jak uzasadnia – „nie wymaga jednogłośnego podejmowania decyzji”.

 

Brzmi to o tyle groźnie, że implikuje skłonności sporej grupy unijnych polityków do jeszcze większego podporządkowania sobie państw wspólnoty i dokonywania za nie rozstrzygnięć większością głosów.

Jak mają się takie supozycje do uzgodnień niemiecko-francusko-włoskiego tercetu na wyspie Ventotene? Po prawdzie wyglądają jak podpieranie chromego przez kulawego. Niemcy mają świadomość, że przez samowolne otwarcie granic przez Merkel dla islamskich imigrantów walnie przyczynili się do sondażowego wystąpienia Brytyjczyków z UE i do największego, egzystencjalnego kryzysu w dziejach całej wspólnoty. Kanclerz RFN narobiła paskudnego bigosu, którym teraz chce na siłę futrować wszystkich jej członków. A na to nie ma zgody. Włosi z kolei toną w długach, podobnie jak francuska gospodarka, która ledwo zipie i bez radykalnych reform się nie obejdzie. Podczas gdy Berlin upiera się przy surowej polityce oszczędnościowej, Paryż i Rzym chciałyby poluzowania dyscypliny budżetowej i „większej elastyczności” Brukseli w tym względzie. Niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble jest nie tylko za utrzymaniem obowiązujących reguł i kryteriów, lecz wręcz za ich zaostrzeniem.

Czym skończy się ta dzisiejsza dyplomacja Merkel na walizkach? Który z trendów zwycięży: więcej czy mniej zunifikowanej Europy? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Tymczasem trwają wielostronne uzgodnienia, grupowanie się i przeciąganie sił. Tuż przed spotkaniem we Włoszech, poglądy wymieniali między sobą m.in. politycy z Holandii, Danii, Finlandii, Szwecji, Bułgarii, Słowenii i Chorwacji, zaproszeni na weekend do brandenburskiego zamku w Mesebergu. Ustalono, że nic nie ustalono. Różnice zdań widoczne są nawet wewnątrz tzw. wielkiej koalicji rządowej w RFN. Gdy szefowie dyplomacji Niemiec i Francji, socjaldemokrata Frank-Walter Steinmeier oraz Jean-Marc Ayrault przedstawili wspólne stanowisko odnośnie do zacieśniania współpracy w eurostrefie, Merkel skwitowała, że chodzi o „lepszą Europę”, a nie o wzmacnianie struktur ponadnarodowych w UE.

Problem w tym, że każdy widzi tę „lepszą Europe” inaczej. Kanclerz Merkel ma w rękawie kartę przetargową wobec państw Grupy Wyszehradzkiej, sprzeciwiających się jej polityce imigracyjnej, którą chętnie zagrałaby także Bruksela, a mianowicie: pieniądze; w razie sprzeciwu Polski, Węgier, Czech i Słowacji można będzie zmniejszyć im dofinansowanie z unijnej kasy. Jeśli nie w budżecie do 2020r., to w następnym, w którym nie będzie już brytyjskiego płatnika netto, będzie natomiast dobry pretekst. Z kolei sami Niemcy potrzebują wsparcia państw środkowej Europy w obronie przed naciskami zachodnich maruderów o rozluźnienie dyscypliny finansowej. Zależności i różnorakich interesów jest wiele, jednak nadrzędnym pytaniem pozostaje to, w którym kierunku potoczą się sprawy UE po brexicie, czy nastąpi niezbędne odbiurokratyzowanie Brukseli i ograniczenie kompetencji unijnych organów, czy wręcz przeciwnie? Czy wspólnota ostanie się jako całość, czy nastąpią w niej pęknięcia i nowe, formalne podziały, jak życzą sobie tego euroentuzjaści, z wypchnięciem na- lub nawet poza margines krajów, którym nie podoba się idea „Stanów Zjednoczonych Europy”?

Na razie w Europie zbierana jest potłuczona porcelana po szokującej decyzji brytyjskich wyspiarzy oraz krwawych zamachach islamskich imigrantów. Ze statku „Garibaldi”, na którym – a jakże – ze względów bezpieczeństwa ulokowano naradę Merkel, Hollande’a i Renzi’ego, w świat pójdzie zapewne sygnał, że obrady przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia i sympatii…

Tere-fere. Ani po spotkaniu na Ventotene, ani kolejnych, ani nawet nie należy spodziewać się konkretów. Nie oczekuje ich m.in. rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert, który stwierdził krótko, że w Bratysławie „żadne postanowienia nie zapadną”. Gdzie zatem i kiedy? Tego nie wie nikt. Jedno jest tylko pewne: prędzej czy później decydujące starcie tzw. euroentuzjastów z eurorealistami i eurosceptykami nastąpi jak amen w pacierzu…

 

autor: Piotr Cywiński

foto: you tube

ZOSTAW ODPOWIEDŹ