Piotr Sutowicz: Między sierpniem a wrześniem. Pogrzeb Inki i Zagończyka jako soczewka społecznej pamięci historycznej.

inka2.jpg

W nasze sierpniowo-wrześniowe rocznice wpisała się w ubiegło niedzielna uroczystość pogrzebowa Danuty Siedzikówny „Inki” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Uroczystość gromadząca tłumy Polaków, w których udział wzięły władze państwowe, ma wymiar niezwykły. Można powiedzieć – symboliczny.

Pokazuje ona, że społeczeństwo wychodzi z obłędnej wizji przeszłości, w której nic nie jest oczywiste, a wszyscy mają po trosze rację. Każdy, kto w latach tzw. budowania władzy ludowej zajmował jakieś stanowisko, dokonywał w mniejszym lub większym stopniu „słusznego wyboru”. Tłumy w Gdańsku w upalną niedzielę pokazały, że Polacy przestali tak myśleć. Ich obecność potwierdza tezę, że prawda ma to do siebie, że leży gdzieś w konkretnym miejscu i w zasadzie jest niepodzielna. Walka z nowym ustrojem, przywleczonym do Polski w latach 40-tych, była wyrazem niezgody na zniewolenie. Każdy, kto przykładał rękę do budowania nowego systemu, racji nie miał. Historia w jakiś sposób, prędzej czy później, osądzi takie działania.

Rację miał prezydent Rzeczpospolitej, kiedy mówił nad trumnami bohaterów, że poprzez tę uroczystość państwo polskie przywraca godność przede wszystkim sobie. Bohaterowie bowiem nigdy jej nie utracili. Wręcz przeciwnie – to ich walka była obroną resztek honoru narodu. Oczywiście, nie jest tak, że każdy, kto żył w tamtych czasach i nie dał się zabić, zasługuje na potępienie. Ludzie chcieli żyć, pracować i przysłużyć się społeczeństwu na tyle, na ile się dało w ramach systemu, który przede wszystkim zainteresowany był zniszczeniem wspólnoty narodu. Jeżeli ktoś zrobił wówczas coś dobrego, to również zasługuje na odpowiednie miejsce w naszych dziejach. Nie każda postawa do końca wpisuje się w dychotomię bieli i czerni. Także tzw. żołnierze wyklęci niekoniecznie chcieli ginąć w lesie, w wielu wypadkach zaszczuwani jak dzikie zwierzęta na polowaniu nie mieli się, gdzie podziać. Ich niezgoda na „nowe” miała charakter na tyle integralny, że władza nie mogła pozwolić im żyć, dodatkowo wiele swojej aktywności propagandowej poświęcała na odarcie tych ludzi z godności, nie zdając sobie sprawy z tego, że sama siebie upadlała tym bardziej.

Uroczystość niedzielna może zapisać się w historii narodowej pamięci jako jedno z uwieńczeń wielu lat oddolnych społecznych działań na rzecz przywracania suwerennemu narodowi pamięci historycznej, takiej, która nie jest jedynie splotem narracji narzuconym przez obcych, którzy chcieliby, by myślano zgodnie z ich interesami, często rozumianymi na sposób kolonialny. Społeczeństwo świadome swej przeszłości nie pozwoli sobą manipulować. Może stąd wynika wrogie przyjęcie na uroczystościach przedstawicieli tzw. KOD-u.

To prawda, na pogrzeb winien mieć prawo przyjść każdy, z drugiej jednak strony – ludzie uczestniczący w uroczystości nie są pozbawieni uczuć. Przedstawicieli wspomnianej formacji nie widziano przez te wszystkie lata „rządów demokracji”, kiedy w wielu miastach spontanicznie przywracano pamięć walczącym w podziemiu niepodległościowym. Nie było ich widać, kiedy „demokratyczne rządy” z nieskrywaną niechęcią odnosiły się do kibiców, którzy zamiast „nawalać się” między sobą, wspólnie maszerowali, a nawet raz do roku modlili się kultywując pamięć o ostatnich żołnierzach wolnej Polski. Zawołanie „Chwała bohaterom!” traktowano wówczas wręcz jak gest antypaństwowy. Nie było ludzi tej formacji, kiedy pewna, znana „Gazeta” pisała o powstańcach warszawskich jako antysemitach, czy wprost żydobójcach. Nie widział ich też kilka lat temu kilkutysięczny tłum we Wrocławiu maszerujący pod hasłem „Wszystkich nas nie zamkniecie!” w obronie młodych ludzi, którzy w imię prawdy historycznej protestowali przeciwko honorowaniu w tym mieście Zygmunta Baumana, swego czasu funkcjonariusza KBW.  Natomiast obecnie, kiedy trzeba, zdaniem aktywistów z KOD-u „bronić demokracji”, pojawiają się ni stąd ni zowąd i zgłaszają pretensje do „faszystów”, którzy ich biją. To też jest znamienne, tym mianem przecież propaganda komunistyczna określała swoich przeciwników.

Wszystko to razem uzmysławia raczej skalę zakłamania ludzi, którzy próbują na grobach polskich bohaterów wywoływać prowokacje, chyba tylko po to, by miała o czym pisać zagraniczna prasa. Miejmy nadzieje, że trumna z narracją historyczną, służącą budowaniu mostów pomiędzy polską „ludową”, a jej ponowoczesną kreacją, zostanie przez społeczeństwo zamknięta. Osobiście chciałbym, by nam wszystkim się to udało.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ