Sutowicz: Trudno powiedzieć, jak w rzeczywistości przebiegać będzie linia sporu pomiędzy dekonstrukcjonistami pośpiesznie przebudowującymi Europę a tymi, którzy upatrują ratunek w konserwowaniu rzeczywistości

Piotr Sutowicz.jpg

Brytyjczycy zdecydowali w referendum, iż chcą opuścić Unię Europejską. Tak w największym skrócie wygląda opis tego, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii 23 czerwca br. Uściślając informację, można dopowiedzieć, że niewiele ponad 50 procent głosujących było za tzw. Brexitem, a tym samym niewiele mniej głosów było przeciw. Media dość szybko ogłosiły cały szereg zdarzeń, świadczących o tym, że ta część społeczeństwa, która nie głosowała za opcją większościową, rozmyśla albo o ponownym głosowaniu aż do tzw. „skutku”, albo też wykorzystując separatyzmy, niewątpliwie silnie dające osobie znać wewnątrz państwa, nawołuje do odłączenia się Szkocji, Irlandii Płn. czy nawet Londynu, co, biorąc pod uwagę osobę burmistrza praktykującego muzułmanina, mogłoby spowodować powstanie suwerennego imamatu z królową jako głową państwa.

Wyniki referendum brytyjskiego, jak też kilku innych głosowań politycznych, które ostatnio jako Europejczycy mogliśmy śledzić, mogą prowadzić jednak do dodatkowego wniosku, nie będącego wcale jedynie doraźnym komentarzem odnoszącym się do preferencji wyborczych. Bez wątpienia wybór za czy przeciw przynależności danego kraju do UE jest kwestią niezwykle ważną, wręcz strategiczną dla danego społeczeństwa. Jeżeli dwa niemal równoliczne obozy znalazły się w tym wypadku po odmiennych stronach barykady, to należałoby zapytać, jak miałby wyglądać kompromis, który dotychczas, przynajmniej w sferze werbalnej, był jednym z aksjomatów ładu politycznego oczywiście przy odrzuceniu proponowanego powyżej pomysłu rozbioru państwa, co może się wydarzyć, ale jako ostateczność.

Podobny przypadek można było zaobserwować wiosną tego roku w Austrii przy okazji rywalizacji kandydatów lewicowego Alexandra Van der Bellena i prawicowego Norberta Hofera. Rozkład głosów był i tu niemal równy, a w trakcie ich liczenia nie obyło się bez oskarżeń o fałszerstwa wyborcze, które zresztą okazały się na tyle uzasadnione, że tamtejszy Trybunał Konstytucyjny uznał za słuszne powtórzenie II tury głosowania. Istotne jest to, że nie mamy w tym sporze do czynienia ze spadkobiercami klasycznej sceny politycznej, w której lewica spiera się z prawicą trochę o pietruszkę. Za obydwoma panami stoją elektoraty, które, jak się wydaje, nie za bardzo chcą szukać porozumienia między sobą. Kwestia dogadania się polityków i spełnienia oczekiwań poszczególnych elektoratów jest kluczowa. Właściwie nikt nie potrafi mądrze odpowiedzieć na pytanie, co powinno się zrobić w wypadku, kiedy jedna część społeczeństwa chce być w Unii, a druga nie. W wypadku Austriaków jedni chcieliby państwa opartego na etnosie niemieckim, a drudzy wielokulturowego, a do tego genderowego.

Podobny spór zresztą odbywa się również w landach naszego zachodniego sąsiada, gdzie ruchy protestu antyimigranckiego zdobywają sobie coraz większe poparcie przekładające się na głosy wyborcze. Ciekawy wydaje się również rozwój sytuacji we Francji, gdzie można zaobserwować demokratyczny pochód po władzę w wykonaniu Frontu Narodowego dowodzonego przez Marine Le Pen. Wartą odnotowania jest też postawa tej części europejskich elektoratów, która w ramach protestu dokonuje wyborów zupełnie abstrakcyjnych. Za przykład może posłużyć tu wypadek włoski – ruch komika Beppe Grillo, będący obecnie trzecią siłą polityczną Włoch. Jak się wydaje, jego wyborcy nie głosują na niego ze względu na głoszone hasła, lecz dlatego, że utracili jakiekolwiek zaufanie do kogokolwiek.

W Polsce też mieliśmy tego typu przypadki, jak np. Partia Przyjaciół Piwa, choć, żeby było jasne, w wypadku elektoratu głosującego na ugrupowania mainstreamowe też niekoniecznie mamy do czynienia wyłącznie z wyborcą świadomym ich linii politycznej. Obecnie u nas również obserwujemy pewne gwałtowne momentami wybuchy sporu pomiędzy, określmy to, zwolennikami poprzedniej i obecnej władzy (bez wchodzenia w ważne skądinąd szczegóły). Wszystko wskazuje na to, że linia podziału pomiędzy nimi staje się po prostu linią frontu. Obok tego podziału zresztą istnieje cały szereg drobniejszych uskoków, które w określonych sytuacjach mogą przerodzić się w masowe konflikty, i oby do nich nigdy nie musiało dojść.

Jaki obraz społeczeństw europejskich można zbudować na podstawie takich faktów? Przede wszystkim ewidentnie tzw. opinia publiczna pęka na tle istotnych elementów patrzenia na dobro wspólne (mówiąc dosadnie na tle tego, co dla nich dobre) i znaczna część tych głosów ewidentnie przekuwa się w siły polityczne. Po drugie, dotychczasowe elity polityczne, medialne i kulturalne starego kontynentu przesunęły się na lewo, momentami dosyć radykalnie, przestając komunikować się z obywatelami, uważając taki dyskurs za niepotrzebny. Zamiast niego przystąpiono do realizacji tego, co uważały one chyba za jeden z epokowych kroków, a mianowicie do przebudowy mentalności Europejczyków w duchu multikulturalizmu w najszerszym tego słowa znaczeniu. Trudno powiedzieć, czy architekci owych przemian liczyli się z tym, że w pewnym momencie znaczna część mieszkańców starego kontynentu zaprotestuje przeciw temu czy nie. Jeżeli założymy sytuację pierwszą, to z pewnością owe elity zbudowały sobie jakiś plan zażegnania konfliktu. Być może opiera się on na likwidacji dotychczasowych rozwiązań opartych o sterowaną, ale jednak demokrację polityczną i przekształcenie kontynentu w scentralizowane totalitarne superpaństwo, które oparte zostanie o hasło „nie ma demokracji dla wrogów demokracji”, przy czym podmiotem będzie każdy, kto nie zgodzi się z obowiązująca linią postępowania wszystkowiedzącej władzy. Jako Polacy, coś takiego już przeżyliśmy, więc skutki możemy sobie wyobrazić, a poza tym, jako naród bardzo przywiązany do swoich wolności, wręcz momentami anarchiczny, jesteśmy niezwykle odporni na propagandę wszelkich proroków postępowości. Oczywiście nie oznacza to, że poprzez powolną manipulację nie można i naszej mentalności przebudować. Z pewnością jednak, na zachodzie ów proces zaszedł dalej. Nawet te siły, które zdają się protestować przeciwko obecnemu kierunkowi polityki, robią to dość chaotycznie i niekiedy nie próbują działać bardziej integralnie. Przykładem może tu być używanie przez większość tzw. radykalnie prawicowych ruchów kontynentalnych haseł antyislamskich w połączeniu z elementami rasizmu, za którymi po głębszym zastanowieniu się stoi jedynie wołanie o wygodny, a przy okazji nihilistyczny sposób życia, który Europejczycy chcieliby kontynuować. Tymczasem ktoś, do tego często obcy, daje do zrozumienia, że tego nie akceptuje, a skoro za owym kimś stoi władza polityczna, to należy ją zmienić, a obcy…, wiadomo, musi fruwać, tzn. w tym wypadku wynieść się, gdzie pieprz rośnie.

Trudno powiedzieć, jak w rzeczywistości przebiegać będzie linia sporu pomiędzy dekonstrukcjonistami pośpiesznie przebudowującymi Europę a tymi, którzy upatrują ratunek w konserwowaniu rzeczywistości, wydającej się jeszcze niedawno ukoronowaniem historii. Można było przecież wygodnie sobie żyć, nie mieć dzieci i nie przejmować się niczym, w razie czego od czego mamy socjal. Jedno jest pewne – starcie jest przed kontynentem i wygląda na to, że będzie ono tragiczne. Można zastanowić się również nad tym, co będzie, jeśli elity europejskie zarówno te unijne, jak i krajowe nie działają w sposób przewidywalny, nie spodziewały się napięć i naprawdę nie wiedzą, co się teraz wydarzy. Otóż niestety wygląda na to, że skutek będzie dokładnie ten sam. Kontynent czeka gwałtowna przebudowa, pełna napięć i konfliktów. Jedno w tym wszystkim wydaje się wiadome – obecny kształt procedowania nad rzekomym wyborem elit politycznych zawodzi na całej linii i tak naprawdę pierwsze, czym trzeba by się zająć, to namysłem nad tym, w jaki sposób poszczególne społeczeństwa miałyby wyłaniać klasę polityczną tak, by reprezentowała ona ich interesy, a nie jedynie była doraźną odpowiedzią na chwilowe zachcianki wyborcy.

Piotr Sutowicz

Tekst opublikowany Słowie Wrocławian nr.9/2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ