Co łączy „aferę Masłonia” i wojnę o Teatr Polski we Wrocławiu. To „ostatni bój lewicy”

Mieszkowski - janusz.jpg

Historia pierwsza: pisarz Andrzej Stasiuk i jego żona Monika Sznajderman zażądali usunięcia Krzysztofa Masłonia, publicysty „Do rzeczy” i „Rzeczpospolitej”, znanego i wytrawnego krytyka teatralnego, z jury literackiej nagrody Angelus nadawanej przez miasto Wrocław. Podstawą stał się artykuł, w którym Masłoń zaatakował kilkoro luminarzy świata kultury, w tej liczbie Stasiuka. Jego krytyka miała charakter polityczny i tylko luźno zahaczała o ich twórczość.

Trudno o większy absurd. Z jednej strony mamy do czynienia z klasyczną kulturą oburzenia. Jedna strona przypisuje drugiej coś, co sama także robi. Ta dyskusja o stylu, języku, o stale naruszanych grzecznościach i procedurach trwa od lat, i programowo od dłuższego czasu staram się w niej nie uczestniczyć. Polega ona bowiem na oskarżaniu innych o zachowania lustrzane do naszych. Chciałbym podkreślić: ludzi prawicy dotyczy to także.

Zaatakowany, Masłoń przypomniał za co atakował Stasiuka, za wypowiedź, w której ten przypisywał Polakom zamiar modlenia się do Matki Boskiej w równej mierze co do… Adolfa Hitlera. Była to zaiste wypowiedź łagodna i wyważona, istny wykwit wyrafinowania elit literackich III RP. Stasiuk to ten sam facet, który nazwał swego barana imieniem „Smoleńsk”. Prawda, że człowiek wart obrony przed cudzym chamstwem. Podobnie jak wymieniany też przez panią Szajderman Kazimierz Kutz, który już samym rzucaniem mięsem powinien sobie zasłużyć na choćby delikatną przyganę. Ale który jest naturalnie dobrem narodowym.

Mógłbym skwitować tę historię uwagami o wzajemnym oburzaniu się i skończyć. Ale nie, bo w tej debacie jest i coś więcej.

I w artykule pani Szajderman, i w tekstach ją wspierających, także internetowych, eksponowana jest bowiem teza o jakimś szczególnie ideologicznym stosunku prawicy do kultury. W oparciu o tę tezę rzekomo neutralny światek artystyczny, tworzony przez takie przezroczyste postaci jak Kutz, Stasiuk czy Olga Tokarczuk, autorka uwag o Polakach, „mordercach Żydów”, chce się chronić przed takimi intruzami i profanami jak Masłoń. Przed człowiekiem, który z jednej strony odznacza się na co dzień o wiele większą dozą kultury debaty niż wyżej wymienieni. Ale którego próbuje się zdelegalizować, bo widzi kulturę inaczej, ośmiela się ją oceniać na podstawie nieco innego systemu wartości. To zaś jest naturalnie „ideologizowaniem”.

To swoisty system segregacji, wypchnięcia ludzi prawicy poza obręb kultury w ogóle. Ponieważ lewica ma w tym środowisku liczebną przewagę, próbuje robić to na wszelkie sposoby. A ponieważ z kolei w innych sferach życia społecznego lewica i ta liberalna, i ta bardziej socjalna ponosi ostatnio porażki, można tu mówić o swoistym ostatnim froncie oporu. To zresztą zwiększa gwałtownie emocje. Ostatniego bastionu broni się szczególnie zaciekle.

Tu chodzimy do drugiej historii: o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie część zespołu aktorskiego, wspierana przez wiele teatralnych i kulturalnych autorytetów oflagowała się przeciw nowo mianowanemu dyrektorowi Cezaremu Morawskiemu. Zachęcam do lektury w tym numerze „ wSieci” wywiadu, jaki wraz z Przemysławem Skrzydelskim przeprowadziliśmy z wiceminister kultury Wandą Zwinogrodzką. Ta dawna teatralna recenzentka, a dziś urzędnik bardzo spokojnie i taktownie opisuje nie podsuwane nam przez wiele tygodni przez „Gazetę Wyborczą” czy „Newsweeka” mity na temat tego konfliktu, ale gołe fakty.

Morawski wybrany wspólnie przez urzędników PiS-owskiego ministerstwa kultury i platformerskiego sejmiku województwa dolnośląskiego, jest nazywany przez „zbuntowanych” człowiekiem niekompetentnym, produktem ustawionego konkursu. Tymczasem jego konkurentem był politolog, pracownik akademicki.

Morawski jest aktorem z 30-letnim stażem, reżyserem, mającym stosowne przygotowanie zawodowe. Możliwe, że zespół wolałby kogoś innego, ale nikt taki, o porównywalnych z Morawskim kwalifikacjach, się nie zgłosił, o co minister Zwinogrodzka ma żal do teatralnego środowiska.

Wojna tak naprawdę toczy się o coś innego. Lewica teatralna i lewica polityczna prawie otwarcie mówią dziś, że dysponenci teatru: wojewódzki samorząd i ministerstwo, powinni mianować dyrektora, który rządził tam już dwie kadencje: Krzysztofa Mieszkowskiego. Pomińmy już fakt, że jest on od roku czynnym politykiem, posłem Nowoczesnej. Ale jest też człowiekiem, który zadłużył potężnie teatr. I który już w roku 2014 wobec jeszcze platformerskiej minister kultury zobowiązywał się do odejścia.

To wszystko nie ma jednak żadnego znaczenia, bo dziś Mieszkowski jest symbolem lewicowej, a chwilami lewackiej linii tego teatru. Tej linii, której wyrazem stała się prowokacja z inscenizacją „ Śmierci i dziewczyny” Elfridy Jelinek, do której zaproszono pornograficznych aktorów. Oczywiście władze, ani te samorządowe, ani te rządowe, nie mają prawa chcieć korekty takiej linii. Co więcej, fakt, że Mieszkowski stał się jej symbolem, zwalnia go w oczach teatralnego establishmentu z jakiejkolwiek odpowiedzialności, choćby za nieudolną politykę finansową.

Dodajmy, że Masłoń odważył się skrytykować także Mieszkowskiego. Dodajmy też, że w tej walce dozwolone są wszelkie chwyty. Znany reżyser Krystian Lupaostentacyjnie zapomina nazwiska Morawskiego – to typowe stosowanie swoistego środowiskowego apartheidu, kto jest choć podejrzany o przyjmowanie czegokolwiek od złej władzy, jest traktowany z pogardą jako parweniusz i człowiek znikąd. Nota bene ten sam Lupa to jeden z beneficjentów marnotrawnej polityki finansowej Mieszkowskiego. Może nie byłoby obecnej groźby bankructwa teatru, gdyby nie fundowano mu wielomiesięcznych pobytów we wrocławskich hotelach.

Naturalnie nie wróżę łatwego życia ani Masłoniowi, ani tym bardziej ministerstwu kultury, które na zmasowany opór kręgów artystycznych odpowiada raczej daleko idącą ostrożnością i chowaniem się za procedurami. Nie wróżę ze względu na proporcje liczebne. Tam rząd dusz sprawuje istotnie lewica.

Ale też tym o co wciąż nieśmiało zabiegają konserwatyści nie jest wbrew temu, co pisze „GW” i „Newsweek” chęć jakiegoś zawłaszczenia kultury, ale co najwyżej uzyskania jakiegoś parytetu, który pozwalałby ludziom innym ideowo od Stasiuka czy Mieszkowskiego czuć się w Polsce u siebie. Jest ich wciąż trochę wśród artystów, a jeszcze więcej w kręgach czytelników czy widzów, którzy są również podatnikami. A przecież z finansowania własnej działalności z podatków lewicowi kontestatorzy nie zrezygnują, co to to nie.

Zdjęcie Piotr Zaremba

autor: Piotr Zaremba

źródło: wpolityce.pl

foto: Janusz Wolniak

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ