Sutowicz: Między wrześniami – obserwując obchody napaści Niemiec na Polskę dnia 1 września każdego roku, a potem inwazji sowieckiej 17 września, mam wrażenie, że ….

17 w.jpg

Często obserwując i samemu uczestnicząc w różnych formach obchodów rocznicy napaści Niemiec na Polskę dnia 1 września każdego roku, a potem inwazji sowieckiej 17 września, mam wrażenie, że chodzi w nich o dwa zupełnie różne wrześnie, a nie ściśle ze sobą powiązane wydarzenia będące owocem tego samego ciągu zdarzeń. Być może dzieje się tak na skutek tego, że do roku 1989 przypominanie tej drugiej daty w obiegu oficjalnym było zwyczajnie niemożliwe, a w społeczeństwie polskim nieustannie istniała ona w pamięci tak samo jak ta pierwsza z tym, że w żaden sposób nie można jej było uzewnętrznić.

Owszem, tu i ówdzie odbywały się msze święte na jej okoliczność. W drugim obiegu publikowano różne rzeczy. Jeżeli ktoś był dotknięty osobiście tymi wydarzeniami lub widział to na własne oczy wraz ze wszystkimi, którzy mieszkali wówczas na Kresach, to z największą ostrożnością przekazywał wiedzę o tym, co wydarzyło się 17 września młodszemu pokoleniu, z czasem wraz z odchodzeniem tego pokolenia ich przekaz siłą rzeczy słabł. Narracja oficjalna była jedna: 1 września na Polskę napadły Niemcy hitlerowskie, zaś 17 września pokojowo usposobiona armia radziecka „wzięła w opiekę” ludność zamieszkującą wschodnie obszary Polski, nazywane przy tej okazji zachodnią Białorusią i Ukrainą. Ta kwestia, jak i wiele innych, które w sposób ewidentny zakłamywały przeszłość, czyniła naszą pamięć schizofreniczną. Niemal wszyscy wiedzieli, iż rzeczy przedstawiały się inaczej, ale co mogli zrobić?

W nowej rzeczywistości, kiedy już można było mówić o tym, że w 1939 roku nie tylko Niemcy napadły na Polskę, wajcha się jakby przechyliła zupełnie w drugą stronę. W ten sposób powstały owe dwa wrześnie, które zaczęły żyć własnym życiem. Trudno mieć pretensje do społeczeństwa, iż tak, jak w wypadku innych tzw. białych plam, chciało sobie odrobić stracony czas i jednocześnie odzyskać  historię, którą przez tyle lat próbowano mu zabrać. O to nie można do nikogo mieć pretensji. Przeciwnie, tę pracę domową odrobiono. Dziś nadszedł czas na spokojną refleksję, która doprowadzi do ponownego zejścia się obu wrześni. Nie byłoby najazdu sowieckiego, gdyby wcześniej nie napadły na nas Niemcy. Te zaś być może bałyby się cokolwiek zrobić, gdyby nie to, że w sierpniu dogadały się z reżimem stalinowskim co do rozbioru Polski. Z kolei do tego by nie doszło, gdyby polityka polska względem Niemiec była cały czas konsekwentna. Udział w rozbiorze Czechosłowacji wraz z III Rzeszą bez względu na rachunki historyczne nie był ani zgodny z naszym interesem narodowym, ani czymś, co możemy dziś wspominać jako wydarzenie chlubne. Najprawdopodobniej w sytuacji zagrożenia tego kraju trzeba było uderzyć na Niemcy, by bronić niepodległości jak swojej, bez względu na sympatie czy antypatie, a rozwiązanie wzajemnych problemów zostawić na czas, w którym na Bramie Brandenburskiej wisiałaby polska flaga, a Budziszyn byłby stolicą niepodległej Republiki Łużyckiej. Cofając się dalej, można snuć kolejne elementy układanki.

W wojnie polsko-bolszewickiej Polska uratowała niepodległość i prawdopodobnie zatrzymała pochód tej ideologii na zachód. Niemniej nie chciała wziąć udziału ani w likwidacji bolszewizmu ani w pozbawieniu go większych obszarów będących później zapleczem terytorialnym i ludnościowym tego państwa. Przykładowo tzw. akcja polska przeprowadzona przez Sowiety w latach 1937–1938 na Polakach z Mińszczyzny doprowadziła do zagłady szczepu polskiego zamieszkującego te ziemie od czasów I Rzeczypospolitej. W ten sposób można dalej wyliczać, co zrobiono źle, a czego na swą zgubę w ogóle zaniechano.

Rzecz jest w czym innym. Przeszłości zmienić się nie da, chyba że w literaturze science-fiction. Realnie jest, jak jest. Rocznice, które wspominamy, są refleksjami nad tym, co było, a nie co mogłoby być. Historia jest nam po prostu dana i jeżeli nawet coś nam się w niej nie podoba, to nie należy tego wypierać, lecz z poszczególnych faktów i procesów uczyć się działać w teraźniejszości dla przyszłości. W roku 1939 Polska uległa dwu totalitaryzmom, które zagnieździły się w Europie poprzez serię zaniedbań, zaniechań i oczywistych błędów. System sojuszy i zabezpieczeń, w który się wplątano, też o czymś mówi. Dziś już chyba można stawiać tezę, że stanowisko naszego kraju w czasie poprzedzającym wybuch wojny było wynikiem prowokacji zachodnich sojuszników. Nasze ośrodki analityczne powinny powoli próbować sobie odpowiadać na pytanie, po co to było potrzebne. Niefrasobliwe decyzje polityczne pociągnęły za sobą straszne, ciągnące się właściwie do dziś skutki społeczne i geopolityczne. Niestety, pokazuje to najdobitniej, iż zła wojna nie jest niczym innym jak kontynuacją złego pokoju. Nauka na przyszłość w tej sytuacji powinna być prosta: politykę państwową powinno się prowadzić za polskie pieniądze w imię interesu narodowego, nawet jeśli trzeba go definiować w bardzo zglobalizowanym świecie. Temu też musi odpowiadać system sojuszy. Układy stworzone przez ideologów w imię ideologii skazane są na katastrofę.

Przy okazji obchodów rocznic zawsze powinno się zadawać sobie pytania, jakie nauki z nich płyną. Warto, by i tym razem przy okazji obu zrośniętych ze sobą „wrześni” tak uczynić.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ