80 milionów to też moja historia (II)….

80 milionow.jpg

Archiwum Kajetana – tę nazwę na określenie dokumentacji księgowej sporządzonej przez mojego męża jako pierwszy użył Wojciech Sawicki w aneksie do swojej pracy magisterskiej w 1996 roku. Ale zanim powstało archiwum, był rok działalności – transfer kolejnych partii pieniędzy z kurii, odbieranie zapotrzebowań na konkretne kwoty, wydawanie, księgowanie, przechowywanie pokwitowań…

„Kajetan” to był pseudonim mojego męża używany w konspiracji. Wiele osób, z którymi się kontaktował, znałam tylko z pseudonimu, a prawdziwe imiona i nazwiska poznałam dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Starałam się wiedzieć tylko tyle, ile było niezbędne. Na przykład nigdy nie znałam miejsca, nawet orientacyjnie, gdzie mąż udawał się na spotkanie, czy to wówczas, gdy zbierał się sekretariat (pięcioosobowa grupa obsługująca RKS), czy gdy spotykał się z Frasyniukiem lub Piniorem. Wiedziałam tylko, że o tym, gdzie zostawi samochód, będzie poinformowany Andrzej Waśkowski, który był pracownikiem technicznym w Zakładzie Fizyki Jądrowej na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie mój mąż pracował. Wiele lat później dowiedziałam się, że Waśkowski był łącznikiem Frasyniuka. Mąż zostawiał samochód w pobliżu, ale nie w miejscu spotkania. Te względy bezpieczeństwa pokazują, że za każdym razem liczyliśmy się z wpadką. Ale starałam się pomagać, w czym tylko mogłam. Na przykład, gdy pojawiły się maszynki do szyfrowania, z zapałem szyfrowałam i odszyfrowywałam informacje przekazywane przez łączników. Metodę szyfrowania z wymyślił mój szwagier Tadeusz Jakubowski, a maszynki szyfrujące wykonał Filip. No właśnie, to pseudonim. Był to pracownik Politechniki Wrocławskiej Longin Pacuszko ps. Filip.

Łącznicy byli różni, a jeszcze bardziej dziwne było to, co przynosili. Na przykład pudełko zapałek albo długopis. Z pudełka trzeba było wysypać zapałki i wyjąć denko (dodatkowe), bo pod nim była mała karteczka i to ona była ważna. Długopis nalężało rozkręcić i też wyjąć kartkę. Tak docierały zapotrzebowania na pieniądze. Zwykle ten sam łącznik przychodził po przesyłkę zwrotną, było to na ogół za dwa, trzy dni. Trzeba było bowiem ze skrytki wyjąć pieniądze, a to była operacja do wykonania w nocy.

80 mln_6

Przesyłki zwrotne zawierające pieniądze też były różne. To już była moja domena, jak to zapakować, żeby wyglądało naturalnie i nie kojarzyło się z gotówką. Były to puszki po kakao wypełnione banknotami, starannie zamaskowane oryginalną folią aluminiową, albo paczki po kawie, czasem torba papierowa, do której na dno wkładałam pieniądze owinięte w papier, na górze zaś jakieś produkty żywnościowe. Kiedyś specjalnie do tego celu zrobiłam naleśniki. Przy okazji dożywiłam Józefa Piniora daniem domowej roboty. Wiedziałam, że rzadko ma okazję zjeść coś takiego.

Takie przestrzeganie względów bezpieczeństwa sprawiało, że dzieci nie orientowały się, iż wizyty naszych gości służą czemukolwiek innemu niż rozmowie o bieżących sprawach. Przesyłki nie były jakkolwiek dla nich podejrzane, były zwykłą wymianą, niezbędną w sytuacji niedoborów żywności. Przecież kawa czy kakao były produktami deficytowymi.

Kilka razy w naszym domu odbyły się spotkania sekretariatu. Towarzyszyły temu szczególne reguły ostrożności, zwłaszcza że jednym z członków tego piecioosobowego gremium był mąż mojej siostry Tadeusz Jakubowski, który jako przewodniczący strajku na Uniwersytecie Wrocławskim ukrywał się. Dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że był też członkiem RKS-u i głównym doradcą Władysława Frasyniuka. Względy bezpieczeństwa wymagały, aby te cztery osoby, które przychodziły do naszego mieszkania, zjawiały się w odstępach co najmniej 15-minutowych, potem podobnie opuszczały miejsce spotkania. W tym czasie zabierałam dzieci z domu. Musiałam zawsze wymyślić coś, co nie wzbudzało ich podejrzeń i jednocześnie uzasadniało wyjście z domu. Dzieci z oczywistych powodów nie mogły nic wiedzieć. Ale domyślały się wiele. Zdarzyło się, że odbyło się w naszym domu spotkanie, a dzieci były w domu, bo nie były zdrowe. Starszego Andrzeja poprosiłam, żeby nie wychodzili ze swojego pokoju. Był już na tyle duży, że bez zbędnych wyjaśnień zrozumiał, że chodzi o ważną sprawę. Musiał wziąć odpowiedzialność za młodszego o pięć lat Wojtka. Jak się okazało sprawdził się w tej roli doskonale. Gdy ostatni gość opuścił mieszkanie i otworzyłam drzwi do pokoju dzieci, Wojtek zapytał: „Kto u nas dzisiaj był?”. Przykucnęłam i popatrzyłam mu prosto w oczy, mówiąc po chwili: „U nas dzisiaj nikogo nie było?”. A on ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu odparł: „Tak. Rozumiem”. I nie było więcej rozmowy na ten temat. Zdałam sobie wówczas sprawę, że dzieci wiedzą więcej i reagują mądrzej, niż mi się wydawało.

Gorzej było z dokumentacją. Zestawienia bieżących operacji finansowych mąż sporządzał tak, że nie trzeba było tego specjalnie ukrywać. Pomysł był prosty – wykorzystywał do celu specjalne arkusze do wpisywania danych do obliczeń na komputer „Odra”.  Stosując znane kody wstępne, w dalszej kolejności wpisywał zapotrzebowania na pieniądze i wydatkowane kwoty. Mógł to przechowywać razem ze swoimi naukowymi szpargałami.

80 mln_1

Trudniejsza sprawa była z owymi małymi karteczkami przynoszonymi przez łączników czy późniejszymi pokwitowaniami i rozliczeniami. Trzeba było to dobrze ukryć. Skrytki bywały różne. Pierwsza, którą wymyśliłam, to zamrażalnik w lodówce, ale nie tak bezpośrednio, bo w razie rewizji mogłoby wpaść. Karteczki zawinęłam w podwójną folię, a następnie w folię aluminiową i owinęłam mięsem, zaś bryłę mięsa, też owiniętego w aluminiową folię, włożyłam do zamrażalnika. Nawet w razie rewizji nikłe było prawdopodobieństwo, że mięso w zamrażalniku wzbudzi podejrzenia. Nie był to jednak sposób na dłuższą metę, bo mięso trzeba było kiedyś zjeść, a i dokumentów przybywało. Szczelina nad szafą wnękową w przedpokoju, zasłonięta listwą maskującą, była od razu traktowana przez nas jako rozwiązanie tymczasowe. Trzeba było wymyśleć coś innego. Na jakiś czas koperta z dokumentami trafiła do sąsiadki z piątego piętra Zofii Woźniakiewicz, którą mąż znał od dzieciństwa jako córkę sąsiadów zaprzyjaźnionych z jego rodzicami. Pani Zofia nie wiedziała oczywiście, co znajduje się w szarej kopercie przekazanej do przechowania. To rozwiązanie było niezłe do momentu, kiedy w naszym bloku nie zamieszkał na pewien czas Władysław Frasyniuk. Doszło wówczas do dwóch zdarzeń, które – ze względów bezpieczeństwa – nie powinny się były zdarzyć.

Słoneczne popołudnie. Mąż przed domem pompuje rowerek starszego syna i widzi jak do drzwi wejściowych bloku zbliża się Władysław Frasyniuk z Barbarą Labudą. Schylił głowę, wpatrując się w szprychy rowerka, i udawał, że nie widzi wchodzących. Nie miał jednak wątpliwości, że oni go zobaczyli i poznali. Nie powinni byli wiedzieć, gdzie mieszka mój mąż, ani on, gdzie ukrywa się najbardziej poszukiwany działacz podziemia.

Innym razem, gdy po raz drugi Frasyniuk ukrywał się w mieszkaniu w budynku przy pl. Grunwaldzkim, mąż miał się z nim spotkać. Z ulgą przyjął do wiadomości, że to blisko i nie musi jechać samochodem, kontaktować się z Andrzejem Waśkowskim… Ulga była tak wielka, że schodząc z jedenastego piętra na ósme, nie zmienił domowych pantofli na buty. Zorientował się dopiero, jak wrócił do domu, a ja o całej historii dowiedziałam się dużo, dużo później. To były takie drobne uchybienia względów bezpieczeństwa.

80 mln_4

Najbardziej groźne było inne zdarzenie, które mogło skończyć się naprawdę źle. Mąż wracał samochodem po spotkaniu z Frasyniukiem, od którego dostał kartkę z zapotrzebowaniem na kolejny transfer pieniędzy z kurii, podpisaną przez całą trójkę ukrywających się przywódców podziemnej „Solidarności” i to nie pseudonimami, tylko pełnymi imionami i nazwiskami. Włożył ją do kieszonki koszuli, a ponieważ było ciepło, nie miał marynarki. Zanim wrócił do domu, pojechał na Biskupin, bo tam w kościele pw. Matki Bożej Pocieszenia przy ul. Wittiga odbierał aprowizację dla ukrywających się działaczy. Miał te prowianty przekazać następnego dnia łącznikowi, czyli Andrzejowi Waśkowskiemu. Gdy był w pobliżu zoo, zatrzymał go patrol milicyjny do kontroli. Była ona szczegółowa, bo na tylnym siedzeniu samochodu leżały rozrzucone odbitki publikacji w języku angielskim. Na pierwszy rzut oka wyglądały one jak bibuła. Stres był potężny, a kartka w kieszonce koszuli wręcz parzyła, bo przebijała przez półprzezroczysty materiał. Wszystko skończyło się na szczęście dobrze, ale niewiele brakowało, żeby któryś z milicjantów zainteresował się tą karteczką i zażądał jej wyjęcia i okazania.

To zdarzenie było dodatkową motywacją do znalezienia lepszego rozwiązania dla bezpiecznego przechowywania dokumentacji. Rewizja w mieszkaniach wieżowca mogła się zdarzyć choćby ze względu na wykorzystywanie mieszkania na ósmym piętrze przez Frasyniuka.

80 mln_2

Pomysł mojego męża, żeby dokumentację ukryć w szafie pancernej na izotopy promieniotwórcze w miejscu pracy, zaakceptowałam entuzjastycznie. W Zakładzie Fizyki Jądrowej szafa ta służyła wszystkim pracownikom, ale jedną jej część wykorzystywał tylko mój mąż. Dodatkowo dorobił do niej klucz, który przyniósł do domu. Wymogi bezpieczeństwa zostały wydatnie wzmocnione. Izotopy promieniotwórcze wzbudzają u laików lęk, więc nie było obawy, że nawet w razie rewizji ktokolwiek będzie tam zaglądał, a co dopiero przeszukiwał zawartość.

O tym, jak potoczyły się sprawy po aresztowaniu Władysława Frasyniuka, a potem Piotra Bednarza i wreszcie Józefa Piniora, jak i kiedy ta najbardziej tajna sprawa podziemnej dolnośląskiej „Solidarności” wyszła na jaw, w następnym, ostatnim już odcinku na www.TwitterTwins.pl.

 

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ