Być może na naszych zachodnich granicach w niedługim czasie pojawią się tłumy uchodźców, których trzon będą stanowili zwykli Niemcy, uciekający przed rzeczywistością, jaka zaczyna się realizować na zachód od Odry i Nysy. Wielu z nich to potomkowie Polaków

Piotr Sutowicz.jpg

Nie po raz pierwszy przychodzi mi zauważyć współcześnie – a jeszcze lepiej przy rozmyślaniu nad tym, co się może wydarzyć w przyszłości – analogie historyczne do jakiegoś pojęcia, którym operowano w przeszłości. Jednym z nich jest niewątpliwie wizja Polski jako przedmurza chrześcijaństwa i cywilizacji Zachodu. Na takiej wizji wychowały się całe rzesze Polaków, niekiedy termin ten irytował tych, którzy nie chcieli widzieć ojczyzny w tej roli i mniej czy bardziej głośno przeciw takiemu postrzeganiu misji dziejowej protestowali.

Niezależnie od sporów Polska przez część swej historii takową rolę pełniła, była najdalej na wschód wysuniętym przyczółkiem cywilizacji łacińskiej i katolicyzmu, musiała swej tożsamości bronić przed turańszczyzną i bizantynizmem napierającymi na nią od wschodu i częściowo południa. Niestety, z czasem jej cywilizacyjne stanowisko stało się w Europie niemile widziane zwłaszcza przez sprotestantyzowane bądź laicyzujące się kraje Zachodu. Niechętnym okiem patrzono na dominujący u nas katolicyzm, który co prawda występował tu w wersji głęboko tolerancyjnej, lecz jednak konsekwentnej. Sami Polacy w ciągu wieku XVIII coraz słabiej radzili sobie z pełnieniem takiej misji ulegając w końcu i cywilizacyjnie i kulturowo agresywnym sąsiadom. Od upadku państwowości „przedmurze” funkcjonowało już tylko w literaturze i oczywiście w pamięci historycznej kolejnych pokoleń. Chętnie wrócono do niego jeszcze w czasach wojny polsko-bolszewickiej, która przeszła do historii jako śmiertelne zmaganie Wschodu z Zachodem.

Czy więc należy powyższe pojęcie schować już na stałe do lamusa historii i wymyślać jakieś inne plany dla nas w jednej wielkiej „zjednoczonej Europie” albo przynajmniej w ramach niemieckiego planu „Mitteleuropy”? Otóż, paradoksalnie, niekoniecznie. Tyle, że może się okazać, iż historia jako nauczycielka życia każe nam go nieco przewektorować i spojrzeć na nasze „przedmurze” z innej strony. Będąc zapatrzonymi bardzo mocno w pełne nostalgii obrazy z przeszłości nie chcemy czasem widzieć nauk, jakie dziś z nich można wyczytać. Przez znaczną część swej historii Polska bywała samotna, nikt nie był zainteresowany pomocą, kiedy jej potrzebowała, niejednokrotnie od niej pomocy się domagając. W 1683 roku Jan III Sobieski zatkał pod Wiedniem korek, którym do zachodniej Europy mogło wlać się morze islamu. Oczywiście, ratując monarchię Habsburgów, z pewnością działał w tamtym momencie także w naszym interesie, lecz jak to zwykle w polityce bywa, wygrywa nie ten, kto zwycięża w wojnie, lecz dyktuje pokój. Za sto lat nikt nie chciał pamiętać o polskich zasługach.

Trochę podobnie przedstawia się rzeczywistość dzisiejsza, kiedy to zachodnia Europa zalewana masami ludności obcej cywilizacyjnie wykazuje daleko posunięty bezwład, a jednym z elementów planu wykrzykiwanego na salonach politycznym ma być rozdział uchodźców, który nie wiadomo czemu miałby służyć. Dla nas nieoczekiwaną ciekawostką jest fakt, że tłumy wyznawców Allaha mogą wkroczyć do nas od Zachodu. Tak na marginesie, nasze państwowe doświadczenia z muzułmanami nie są złe, I Rzeczypospolita przyjmowała pod swój dach Tatarów, którzy w zasadzie odwdzięczyli się jej wierną służbą, a tej niekiedy brakło tzw. etnicznym Polakom. Cechowało ich wszakże jedno – przybywając tu, chcieli dla swej nowej ojczyzny dobra, w swych modlitwach podobno zawsze pamiętali o polskich królach. W zamian katolicka Rzeczypospolita nie ingerowała w ich religię, oczywiście z czasem część polskich muzułmanów przyjęła katolicyzm i jakoś nikt ich nie okładał fatwą. Czy obecni nowi imigranci kierują się podobnymi intencjami w stosunku do krajów, do których przybywają? Nie wydaje się. Zresztą, nawet gdyby mieli dobrą wolę, to komu i czemu mieliby służyć ci ludzie: zachodniemu nihilizmowi i multikulturalizmowi? Czy filozofia gender i jej podobne propozycje mogą być w jakiś sposób atrakcyjne dla kogoś z zewnątrz? Odpowiedź jest chyba oczywista. Nowi przybysze mogliby szanować bądź omijać na swych szlakach kraje i narody silnie osadzone w swych pojęciach, nie mające skrupułów w realizacji swoich narodowych interesów. Być może niektórzy z nich szczerze uznaliby, że takiemu podmiotowi można służyć budując jego wielkość.

Wracając do naszej tytułowej idei, w tej chwili wygląda na to, że naszą jedyną szansą jest ponowne stanie się „przedmurzem”, tym razem jednak głównym kierunkiem obrony musi być nie wschód, a zachód. Nasza zachodnia granica jest linią, którą trzeba będzie strzec w imię Europy, choć niewątpliwie wbrew elitom politycznym kontynentu. Trzeba bronić Europy nawet wbrew niej samej, czy, inaczej, ratować na swoim polu to, co się da. Przy dotychczasowym tempie wydarzeń politycznych i gospodarczych nie można przewidzieć, jak za lat dwadzieścia będzie wyglądała mapa polityczna i kulturowa kontynentu, niemniej być może w imię swoich interesów należy zacząć ją częściowo samemu rysować, zanim zrobią to inni. Nasze zachodnie „przedmurze”, najprawdopodobniej należy oprzeć o polityczną współpracę z narodem czeskim i słowackim, a także z Węgrami, którzy staliby się południową flanką nowej środkowej Europy. Byłoby to jednoczesne nawiązanie do idei piastowskiej i jagiellońskiej z czasów, gdy ta dynastia panowała na tronach wszystkich wymienionych krajów. Ówczesny projekt „Europa Jagiellonica” nie powiódł się zupełnie, drugi raz na taką katastrofę nie można sobie pozwolić. W dwudziestym wieku podobne projekty polityczne bywały opracowywane. Zmarły w 1947 roku we Wrocławiu myśliciel narodowy, Karol Stojanowski, w trakcie wojny opracował projekt polityczny Imperium Zachodniosłowiańskiego, które miało być odpowiedzią na wschodnie i zachodnie totalitaryzmy. Projekt „przedmurza”, gdyby go ukonkretnić, byłby takim planem w wersji minimum. Przy okazji swojej wizji geopolitycznej projektował on również objęcie władzą polityczną wschodnich Niemiec, których przyszłość widział w ich reslawizacji. Plan taki dziś być może wygląda na absurdalny, przynajmniej w odniesieniu do tego ostatniego postulatu. Spójrzmy jednak na niego z perspektywy współczesnych Niemiec, które zdają się tonąć w morzu przybyszów, a gubiąc swą kulturową tożsamość stają się powoli wrogami samych siebie.

 Zupełnie ostatnio pojawiły się w naszym, co prawda raczej niszowym, dyskursie głosy co odważniejszych publicystów delikatnie sugerujących, iż być może na naszych zachodnich granicach w niedługim czasie pojawią się tłumy uchodźców, których trzon będą stanowili zwykli Niemcy, uciekający przed rzeczywistością, jaka zaczyna się realizować na zachód od Odry i Nysy. Wielu z nich to potomkowie Polaków, powierzchownie lub całkowicie zgermanizowani, którzy w takich a nie innych okolicznościach „przypomną” sobie, kim byli ich przodkowie. Doświadczenia przyjmowania uciekinierów z Niemiec i zachodniej Europy Polska też już miała od czasów ekonomicznej emigracji w okresie średniowiecza po mniejsze lub większe fale wywołane prześladowaniami religijnymi na obszarze państw niemieckich mniej więcej w wieku XVII. Nie dają się one jednoznacznie ocenić. Niektórzy z przybyszów zachowywali się jak wymienieni Tatarzy, niektórzy z czasem gryźli rękę, która dawała im jeść. Część z wymienionych w sposób twórczy włączyła się w budowanie kultury polskiej. Nie jest przecież tajemnicą, że w przedwojennym polskim ruchu narodowym i narodowo-radykalnym było wielu spolszczonych potomków rodzin niemieckich. W odniesieniu do przyszłości jakiś plan na taką sytuację trzeba mieć. Tych biednych ludzi trzeba będzie przyjąć albo stworzyć dla nich jakieś niewielkie państewka między Odrą a Łabą, które z konieczności zaczną ulegać postulowanej przez Stojanowskiego reslawizacji. Jeśli Niemcy nie mają lepszego pomysłu na swoją przyszłość, to po prostu trzeba im go wymyślić.

Trudno powiedzieć, który kierunek zmian w Europie zachodniej zwycięży, czy stanie się ona zbiorem emiratów bądź jednym kalifatem, czy może przekształci się w wielokulturową magmę. Jedno jest pewne, Europa Środkowa i naród Polski na nowo musi stać się przedmurzem wartości, które je zbudowały, albo pozostać zbiorem narracji zamkniętych na kartach historii, której za kilkaset lat ktoś gdzieś tam będzie się być może uczył.

autor: Piotr Sutowicz

Słowo Wrocławian nr.1/ 2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ