Sutowicz: Austria na zakręcie

Piotr Sutowicz.jpg

Wiosną w Austrii odbyły się wybory prezydenckie, w których starło się ostatecznie dwóch kandydatów: Norbert Hofer z ramienia prawicowej Austriackiej Partii Wolności i Aleksander Van der Bellen z „Zielonych” popierany przez całą lewicę. Ten drugi ostatecznie zwyciężył minimalną różnicą 31 tysięcy głosów. Jednak, co ważniejsze, liczba zgłoszonych uchybień i niejasności szczególnie w odniesieniu do głosów oddanych pocztą była tak duża, że austriacki Trybunał Konstytucyjny unieważnił wyniki i nakazał powtórzenie wyborów, które w związku z tym winny się odbyć 2 października. Jednak ostatnio okazało się, że należy je ponownie przełożyć z powodu wadliwego kleju do kopert używanych do głosowania korespondencyjnego.

Patrząc na to, można się zastanowić, na ile przyczyny te są rzeczywiste, a na ile za kurtyną przedstawienia wyborczego dzieje się coś ważniejszego. Być może mamy w tej sytuacji do czynienia z tzw. „austriackim gadaniem”, które, najprościej rzecz ujmując, należy definiować jako mówienie głupstw. Tak czy inaczej ewidentnie widać, że ta alpejska republika znajduje się obecnie na zakręcie dziejowym, którego jedni sobie życzą, a drudzy – absolutnie nie. Sam fakt pojedynku politycznego dwóch sił znajdujących się daleko względem siebie jest w mocno niepokojący. Wprawdzie Austriacy nie słyną jakoś specjalnie z temperamentu politycznego mogącego wywołać np. wojnę domową, różnie może być.

W dwudziestoleciu międzywojennym kraj ten bywał areną walk wewnętrznych, zanim ostatecznie dał się wchłonąć III Rzeszy. Austriacy, jak się wydaje, nie stali wówczas jakoś w opozycji do tego procesu, a wręcz przeciwnie – Hitlerowi wiernie służyli. Być może imponował im fakt, iż führer Wielkiej Rzeszy szczycił się byciem Austriakiem właśnie. Dziś nie jest to, zdaje się, powód do chluby dla tego kraju. Po wojnie Austria miała trochę szczęścia, choćby z tego powodu, że okupacja sowiecka wschodniej części kraju nie skończyła się jak w wypadku Niemiec wschodnich utworzeniem tu komunistycznego państwa, lecz opuszczeniem przez Rosjan w 1955 roku. Fakt ten dla wierzących świadczy o sile modlitwy, faktycznie bowiem cały naród zjednoczył się w modlitwie różańcowej w tej właśnie intencji.

Obecną Austrią, jak się wydaje, szarpią te same spory, które widzimy w całej zachodniej Europie. Z jednej strony mamy do czynienia z siłami politycznymi skrajnie lewicowymi, z drugiej z prawicą, określaną przez nieżyczliwe ośrodki medialne, jako populistyczna, podchodząca z coraz większą niechęcią do kierunku, w którym kraj jest spychany przez unijną polityczną poprawność, a właściwie narastający dyktat, gdzie głosy państw narodowych mają zostać zupełnie zignorowane przez nowe ideologicznie ukierunkowane superpaństwo.

W kraju narasta też, jak widać, niechęć do posunięć północnego sąsiada w kwestii uchodźców, które uczyniły z naddunajskiej republiki szlak przerzutowy dla przemieszczających się z południa mas ludności. Te wydarzenia uzmysłowiły mieszkańcom państwa skalę zagrożenia, powodując wzrost poparcia dla kandydata prawicy w rzeczonych wyborach prezydenckich. Trudno powiedzieć, jaka była skala rzeczywistych oszustw wyborczych popełnionych wiosną, niemniej było tego na tyle dużo, że nie dało się tego zamieść pod dywan. Dzisiaj dylematy austriackiej lewicy, a co za tym idzie, jej europejskich odpowiedników wydają się być większe niż kilka miesięcy temu. Stan tymczasowości wywołany słabą jakością kleju do kopert na pewno nie służy kandydatowi tej opcji, z drugiej strony na pewno nie jest też dobrym dla państwa jako takiego.

Tymczasem z obozu austriackich wolnościowców dobiegają bardzo ważne komunikaty, które w sytuacji przejmowania przez nich rządów w kraju mogą wywoływać dość daleko idące zmiany polityczne, w określonych okolicznościach przyczyniające się do dalszej przebudowy układu sił na kontynencie. Przede wszystkim partia domaga się zwiększenia uprawnień dla rządów krajowych ze strony UE, w obliczu braku pozytywnej reakcji na ten postulat liderzy ugrupowania grożą rozpisaniem referendum w kwestii opuszczenia Unii przez ten kraj.

Pozytywny scenariusz w wydaje się na razie mało możliwy, jednak kto myślał rok lub dwa lata temu, że Brytyjczycy w referendum zagłosują tak, jak zrobili to kilka miesięcy temu. Drugi sygnał jest wyraźniejszy, bardziej realny i przy okazji ważny również dla Polski. Szef austriackiej Partii Ludowej, Heinz Christian Strache, deklaruje chęć złożenia wniosku o przyjęcie jego państwa do Grupy Wyszehradzkiej. Gdyby do tego doszło i spotkałoby się z pozytywną odpowiedzią, co wydaje się wysoce prawdopodobne, V4 stałaby się V5. Miałoby to niebagatelne znaczenie w wewnątrzunijnym dyskursie politycznym. Siła Europy Środkowej znacznie by wzrosła, co na pewno nie spotkałoby się to z radością Federalnego Rządu Niemiec i jego zachodnich sojuszników, ale to jest jakby ich problem.

Sama wewnątrzaustriacka dyskusja na ten temat, wzmocniona deklaracją jednej z głównych, jak by nie patrzeć, sił politycznych kraju, pokazuje rzeczywiście, że kraj ten znajduje się na zakręcie. Polska zaś wraz z pozostałymi krajami środkowej Europy może wyciągnąć rękę do nowego, niespodziewanego, a przy okazji ważnego sojusznika. Jeśli tym razem klej okaże się wystarczająco mocny, by zapewnić prawidłowość funkcjonowania demokratycznych procedur, to pod koniec pierwszej dekady grudnia niektóre z relacjonowanych kwestii nieco się nam rozjaśnią.

Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ