Sutowicz: Czy Niemcy mogą wybić się na niepodległość?

merkel bar.jpg

Na ogół w naszej mentalności Niemcy jawią się jako monolit. Potęga, której działania odpowiadają złowrogo dla nas brzmiącej zasadzie „ein Volk, ein Reich, ein Führer”. Zwrot ten zresztą często bywa używany w publicystyce dla oceny nie tylko ewidentnie zbrodniczych fragmentów historii tego kraju, lecz także w odniesieniu zjawisk do dnia dzisiejszego. Ma on niejako wskazać na to, jaka jest niemiecka droga do sukcesu gospodarczego i ambicji geopolitycznych, realizowanych oczywiście jak najbardziej pokojowo i do tego w duchu wartości „europejskich”. Tymczasem ostatnie wydarzenia i kłopoty, z jakimi stykają się Niemcy w związku z problemem uchodźców, a właściwie z uwydatnieniem problemów, które pewnie podskórnie trapiły to społeczeństwo od dłuższego czasu, każe na nowo przemyśleć kwestię niemiecką zarówno w kontekście historii,  jak i przyszłości.

Pierwszym mitem, jaki nie pozwala nam obiektywnie spojrzeć na ten problem, jest właśnie owo wrażenie jednego narodu, kierowanego przez elity, którym dość bezwzględnie się on podporządkowuje, co umożliwia im realizację zarówno dobrych jak i złych zamierzeń, zależnie od tego, kto aktualnie znajduje się u władzy. Tymczasem społeczeństwa niemieckie właściwie przez większość swojej historii nie stanowiły całkowicie zintegrowanego organizmu politycznego, lecz konglomerat niepodległych państw i państewek, które niekiedy ktoś „zbierał razem do kupy” najczęściej pod szyldem cesarstwa właściwie nie wiadomo, jakiego gdyż nazwa Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego nie jest ponoć dla niego właściwa, ale nie o nazwy tu idzie. Często jednak były one względem siebie usposobione wrogo i toczyły wzajemne wojny. Wraz z postępem czasu i tworzeniem się państw protonarodowych i tu pojawiły się dążenia do stworzenia jednego niemieckiego scentralizowanego państwa. Śledząc losy działań do tego zmierzających, możemy uzmysłowić sobie, jak wiele kwestii Niemców dzieliło i pewnie nadal dzieli. Przede wszystkim w wyniku reformacji państwa wchodzące w skład Cesarstwa oraz ich społeczeństwa popękały na tle religijnym, co doprowadziło ich do szeregu wewnętrznych konfliktów o opłakanych dla wieku XVII skutkach. Jeżeli puścimy wodze fantazji i wyobrazimy sobie sytuację, w której Polska tamtego czasu ma ochotę i więcej sił na włączenie się w rozegranie kwestii niemieckiej, to… kto wie, jak by to dzisiaj wyglądało.

Niestety,Rzeczpospolita, która nie radziła sobie z własnymi problemami, nie tylko nie zabrała głosu w tej sprawie, ale nawet dopuściła do emancypacji Prus, będących wraz z Brandenburgią, w jakimś stopniu spadkobiercą kolonialnych tworów politycznych wytworzonych w średniowieczu na kresach ziem niemieckich, a następnie do tego, że ten kraj, istniejący na obszarach wcześniej skolonizowanych i najczęściej krwawo wydartych ich wcześniejszym posiadaczom, włączył się aktywnie w realizację planu politycznego, mającego podporządkować sobie poszczególne kraje niemieckie. Najpierw rozegrały one kwestie supremacji nad częścią protestancką, a następnie także katolicką. Końcówką tego procesu była bez wątpienia proklamacja w 1870 roku Cesarstwa, już oficjalnie nazwanego Niemieckim i narodziny czegoś, co moglibyśmy określić początkiem pruskiego imperializmu opartego o niemiecki etnos.

Uruchamiając rzeczoną fantazję po raz drugi, można wyobrazić sobie sytuację, w której zaborczość Prus, będąc pohamowaną w Niemczech właściwych, skierowuje się całkowicie w stronę Rzeczypospolitej, co i tak miało miejsce, lecz nie mogąc być zbyt aktywną na wielu frontach naraz, doprowadziła do częściowego przepędzenia tego państwa przez Imperium Carów. Po absorpcji większości ziem zamieszkałych przez Polaków najprawdopodobniej mielibyśmy nadal do czynienia z tym samym imperialno-pruskim organizmem politycznym, lecz być może jego mieszkańcy mówiliby w większości po polsku. Można do tego wyobrazić sobie sytuację, w której Hohenzollernowie dla spokoju politycznego takiego imperium przechodzą na katolicyzm. Takie wypadki nie były wcale rzadkie. Już dla Henryka IV „Paryż wart był mszy”, zresztą władający przez jakiś czas Rzecząpospolitą Wettynowie również zmienili wiarę na katolicką, choć ich poddanym w Saksonii wcale się to nie podobało.

Może ktoś zapytać, do czego mają prowadzić te dość luźne zresztą rozważania. Ano do wniosku podstawowego, że władza Prus nad Niemcami, która trwa mimo formalnej likwidacji państwa o tej nazwie w 1947 roku, nie opiera się na zjednoczeniu narodu niemieckiego przez jeden z wewnątrzniemieckich czynników, lecz na kolonizację społeczeństw i państw odwołujących się do niemieckości przez czynnik z zewnątrz. Dopiero po jego zrzuceniu można będzie mówić o niemieckiej drodze do niepodległości. Wbrew wspomnianemu na początku mitowi o jednolitości Niemiec, nawet wiek XX dostarcza pewnych dowodów na istnienie tamtejszym społeczeństwie tendencji odśrodkowych, czy mówiąc inaczej etnicznych. Ciekawym przykładem może być życie i działalność Antona Hilckmana, historyka i filozofa z Westfalii, zmarłego w 1970 roku, który już w okresie wczesnych lat 20-tych minionego stulecia pisał o konieczności zrzucenia przez Niemcy wszystkiego, co wiąże się z dziedzictwem pruskim. Skoro o zachodzie Niemiec mowa, to w Nadrenii na przełomie lat 1923/1924 na krótko zaistniało quasi państwo, pod nazwą Republiki Reńskiej pod przywództwem tutejszego (chyba) patrioty Adama Dortena. Ówczesne czynniki polityczne tego regionu, do których należał późniejszy kanclerz Adenauer, planowały również emisję własnej waluty. W sprawie tej maczały palce także władze zwycięskiej w wyniku I wojny światowej Francji, co nie umniejsza, że wykorzystały one tendencje, które już musiały istnieć. Dużo silniej kraj ten włączył się w inny projekt, do którego wracał zresztą dwukrotnie. Rzecz dotyczyła Okręgu Saary, który zarówno po I jak i II wojnie światowej Francuzi próbowali przeorientować politycznie na swoją stronę. Ogólnie jednak wydaje się, że lata 40-te zostały zmarnowane jako okres, kiedy można było zacząć na nowo konstruować byt polityczny Niemców. Być może decydujący wpływ na to zaniechanie wywarła zaczynająca się zimna wojna i chęć każdej ze stron do posiadania „swoich” scentralizowanych Niemiec.

Ciekawsze historie dzieją się również współcześnie, a wydarzenia polityczne jakby w tym pomagają. Dla przykładu, już kilka lat temu Wilfried Scharnagl, polityk bawarskiej CSU, odpowiednika ogólnoniemieckiej CDU – swoją drogą ciekawe, że Bawarczycy nawet w dziedzinie struktury partii rządzącej nie dostosowali się do reszty Niemiec – w wywiadzie dla „Der Spiegel”, snuł rozważania nad możliwościami ekonomicznymi istnienia niepodległej Bawarii. Miał tam wypowiedzieć znamienne słowa, iż „mapy polityczne nie są wykute w kamieniu”. Oczywiście wystarczy uważnie patrzeć, by zauważyć, że głosy tego typu na południu Niemiec nie milkną, a wręcz przeciwnie. Bawarczycy zresztą obserwują „za płotem”, że katolickiej Austrii jakoś tam udało się przetrwać jako niepodległemu państwu. W czasie II wojny światowej w polskich kręgach narodowych przebijała się myśl o połączeniu Bawarii i Austrii w jedno państwo, obok niej powstał pomysł o konieczności całkowitej likwidacji tej drugiej jako ośrodka politycznego. Ten problem na razie zostawmy.

Pewnie tu i ówdzie znalazłoby się więcej przykładów na ciągle żywe tkwiące w mentalności społeczeństw niemieckich poczucie odrębności. Z drugiej strony, tylko niepodległość może je zabezpieczyć przed zagładą – zarówno tą płynącą ze strony dziwacznie kierowanego zalewu obcych cywilizacyjnie ludów południa, jak i polityki kulturowej, która ma te społeczeństwa utopić w symbolicznej „smole”. Klucz do problemu leży w tym, kiedy Niemcy zdadzą sobie sprawę, że przez ostatnie sto kilkadziesiąt lat nie tworzyli własnej historii, a byli jedynie tak jak wiele innych ludów i narodów Europy, „nawozem” pruskiego imperializmu.

Piotr Sutowicz

Źródło: Słowo Wrocławian 4/2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ