Blokowiska się starzeją. Zobacz, jak ratować osiedla z wielkiej płyty

blokowiska.jpg
 
Wrocławskie osiedla z wielkiej płyty starzeją się i wyludniają. Już dzisiaj trzeba myśleć o metodach ich rewitalizacji, aby nie skończyło się jak na Zachodzie, gdzie blokowiska zmieniły się w getta albo są wyburzane. O dobrych i złych cechach blokowisk i pomysłach na ich ratowanie opowiada Ewa Olejnik, absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej.

Samo określenie „blokowisko” negatywnie się kojarzy.

– Bo blokowisko to kolos, który człowieka przytłacza. Zwykle jest szare, brzydkie i brudne. Bloki mają na ogół pięć, osiem lub jedenaście kondygnacji i wiele klatek schodowych – straszą przez swoją nieludzką skalę, która utrudnia prawidłową percepcję. A przecież żyje w nich 10 procent Polaków.
Tymczasem to przestrzeń zamieszkania – chcemy tu czuć się bezpiecznie, odpocząć, zrelaksować się. Elementów wielkich osiedli, które to utrudniają jest wiele.
Bloki powstawały szybko, masowo, tanio, dlatego elementy konstrukcyjne były niskiej jakości. Założenia były dobre: to miało być nie tylko miejsce do mieszkania, planowano tam także usługi, szkoły, przedszkola i inne instytucje. Jednak już na etapie budowania tej koncepcji nie realizowano.

Gdzie i kiedy powstawały pierwsze blokowiska?

W pierwszej połowie XX wieku w Europie Zachodniej i cel ich twórców był szlachetny. To była odpowiedź na gwałtowny rozwój miast i przyrost liczby mieszkańców. Pierwsze wielorodzinne budynki mieszkalne w technologiach prefabrykowanych powstały po I wojnie światowej w Holandii, a potem w Niemczech, Francji i Finlandii. Szerzej tego typu budownictwo upowszechniło się po II wojnie, kiedy do zniszczonych miast migrowały tysiące robotników, a dotychczasowym mieszkańcom wojna zabrała dach nad głową. Nastąpił okres głodu mieszkaniowego, ludzie po prostu nie mieli gdzie mieszkać. W Polsce pierwsze bloki z wielkiej płyty stanęły w 1957 roku w podwarszawskich Jelonkach. Aż 75 procent blokowisk wybudowano między 1971 a 1988 rokiem.

 

Szczepin, lata 70. XX w. (fot. Stanisław Kokurewicz)/archiwum Ośrodka Pamięć i Przyszłość

A we Wrocławiu?

We Wrocławiu znaczny procent przedwojennej zabudowy został zrównany z ziemią na skutek zniszczeń wojennych. Południowo-zachodnia część miasta to była praktycznie pustynia, pola i gruzowiska. Dzisiaj od placu Jana Pawła II do Maślic stoją wielkie blokowiska: Szczepin, Gądów, Popowice, Osiedle Kosmonautów. Dalej na południe są Kuźniki i Nowy Dwór oraz Muchobór Mały i Wielki.
Na północy jest Różanka, Polanka i Osiedle Jana III Sobieskiego. Wielkie bloki stanęły wzdłuż Powstańców Śląskich, a nawet przy Rynku. 
Dla potrzeb mojej pracy wyodrębniłam 19 blokowisk, czyli osiedli o czytelnych granicach i cechach osiedla mieszkaniowego. Przeanalizowałam wszystkie, trzem najbardziej różniącym się od siebie: Różance, Jana III Sobieskiego i Popowicom, przyjrzałam się bardziej szczegółowo.

W Niemczech i we Francji dzisiaj blokowiska to olbrzymi problem ze względów społecznych i technicznych.

W Europie Zachodniej potrzebę rewitalizacji blokowisk zaobserwowano już w latach 60 i 70., kiedy w Polsce budowy osiedli z wielkiej płyty dopiero nabierały rozmachu.
Co ciekawe, masowe wyburzenia wielkiej płyty na Zachodzie przynosiły wówczas odwrotny efekt. Osiedla wyludniały się jeszcze bardziej, ponieważ nie stosowano zasady kompleksowej rewitalizacji, która powinna dotyczyć płaszczyzny społecznej, ekonomicznej, technicznej, urbanistyczno-architektonicznej i środowiskowej.
Na tej podstawie można wysnuć hipotezę, że w Polsce też się tak skończy, o ile nikt nie zadba o to, by na tych osiedlach mieszkało się lepiej.

Budowa osiedla na Popowicach, ok. 1974 r., fot. Stanisław Kokurewicz/archiwum Ośrodka Pamięć i Przyszłość

Jakie są najważniejsze ułomności blokowisk? Dlaczego źle się w nich żyje?

Do problemów wielkiej płyty podchodziłabym całościowo, wszystkie są ważne. Po pierwsze, te dotyczące estetyki – to przeważnie zwykłe, szare klocki z płaską elewacją, bez urozmaicenia, monolityczne.  Wyróżniają się na tle pozostałej zabudowy – głównie skalą i bardzo ubogą formą architektoniczną. Na przykład, kiedy wjeżdża się do Kłodzka i spogląda na jego panoramę z pewnej odległości, to nie sposób zauważyć cokolwiek innego. Bloki wydają się nienaturalnie duże, po prostu psują krajobraz. Jeśli są odnawiane to na ogół w kolorystyce i wzornictwie, o których decydowały przypadkowe osoby. Takie rozwiązania jak ptaki na blokach na Gaju to wyjątki, jednostkowe sytuacje, zwykle wynikają z oddolnych akcji.
Problemem jest niedobór miejsc parkingowych. Brak prawidłowego podziału tych przestrzeni na prywatne, półprywatne i publiczne.

Budowa bloków między ul. Komandorską i Ślężną, 1972 r., fot. Stanisław Kokurewicz / archiwum Ośrodka Pamięć i Przyszłość

Między blokami miały powstać małe centra usługowo-handlowe. Ale już na etapie realizacji z tego zrezygnowano, zapewne ze względów finansowych. Dzisiaj zazwyczaj usługi są w formie pawiloników, rozproszone, nie ma większej logiki w ich lokalizacji. Usługi powinny być wzdłuż ciągów komunikacyjnych, w czytelnych, logicznych miejscach. Bo mimo wszystko blokowiska mają bogatą ofertę usługową. Niemal wszędzie wkradły się dyskonty w obiektach o wątpliwej estetyce.

Zajęła się pani nie tylko architekturą, ale i warstwą społeczną blokowisk. Może to się zamienić w getta, tak jak to się dzieje się pod Paryżem.

Bezrobotni stanowią jedną z trzech zasadniczych grup mieszkańców osiedli z wielkiej płyty. I rzeczywiście, niski status społeczny prowadzi często wśród nich do zachowań patologicznych. Pozostałe duże grupy to osoby starsze – zwykle zamieszkujące na osiedlach od początku ich istnienia, oraz młode rodziny na dorobku, z dziećmi. Ci ostatni wybierają blokowiska, bo mieszkania tam są stosunkowo tanie.

Grafika z pracy dyplomowej Ewy Olejnik

Jednak w sumie blokowiska się wyludniają.

Blokowiska się starzeją pod względem technicznym i społecznym. Ze względu na niską jakość mieszkań w wielkiej płycie, osoby z wyższym statusem ekonomicznym i społecznym wyprowadzają się. Bogatsi stawiają na wyższy standard.
W tej sferze mamy do czynienia z pewnym paradoksem – między starymi blokami stają nowe budynki. Zatem fundusze zamiast na odnowę tego, co istnieje, są wydawane na budowę nowych obiektów, które znajdują odbiorców. Z tych nowych bloków, stawianych dla dogęszczenia zabudowy, mieszkańców nie ubywa. Na tej podstawie można wywnioskować, że na jakość mieszkania ma wpływ estetyka, standardy techniczne.
Z drugiej strony nowe budynki odbierają jeden z większych atutów wielkich blokowisk – zajmują duże, otwarte przestrzenie między budynkami. Poza tym często ich bryła, materiały budowlane, kolorystyka, nijak się mają do istniejących bloków.

Dużo uwagi poświęca pani zieleni, ale jej niedostatek mieszkańcy blokowisk nie mogą narzekać.

Z zielenią na blokowiskach sprawa jest złożona. Teraz na nowo budowanych osiedlach przestrzeni między budynkami jest niewiele, bo deweloperzy starają się sprzedać każdy kawałek ziemi.
Natomiast na osiedlach z wielkiej płyty zieleni jest dużo. Tyle że ona jest zagospodarowana w nieprzemyślany sposób. Jest wiele dużych drzew, które posadzono w czasie budowy bloków. Nie przemyślano tego, sadzono je tuż pod oknami. W momencie kiedy z tamtej sadzonki wyrosło duże drzewo, to pojawia się problem zacienienia mieszkań, nie mówiąc o zagrożeniach związanych z wiatrami, burzami. Natomiast niska zieleń powinna być zaprojektowana w ciekawszy sposób. Być może przemieszana z placami zabaw, fontannami, tryskaczami, miejscami relacji sąsiedzkich. Według mnie zrobiono to chaotycznie, niefunkcjonalnie, czasem niebezpiecznie.
Część przestrzeni międzyblokowych jest często zabudowywana w nieprzemyślany sposób i ze szkodą dla starych lokatorów. Na Różance w miejscu dawnego parkingu stanął duży blok. Oczywiście jest przy nim parking, ale mogą z niego korzystać tylko nowi mieszkańcy.

Osiedle Gądów, fot. Tomasz Walków

Osiedla są gęsto pogrodzone szlabanami, płotami i innymi blokadami.

 To wynika z niedostatku miejsc parkingowych. Poszczególne wspólnoty mieszkaniowe oznaczają w ten sposób swój teren.

Wróćmy do relacji sąsiedzkich na blokowiskach. Jaki jest pani pomysł to, aby ich mieszkańcy poczuli się bardziej u siebie, by się integrowali. Czy z zewnątrz można w ogóle na to wpływać?

Trzeba zacząć od tego, że struktura własnościowa tych budynków jest bardzo skomplikowana. Część bloków należy do gminy, część do gminy, ale jest pod zarządem różnych firm, część jest prywatna. To utrudnia rewitalizację, bo wszystkie strony musiałby się dogadać. Poza tym miasto nie może swobodnie wydawać pieniędzy z swojej kasy na polepszenie jakości prywatnej własności.
Formą integracji, która może wpłynąć z zewnątrz są też konsultacje społeczne, ich rolę w procesie projektowania docenia się coraz bardziej. Jeśli pojawia się na osiedlu osoba, która jest specjalistą w którejś dziedzinie, to powinna także znaleźć pomysł na dialog z mieszkańcami, bo oni najlepiej znają swoje potrzeby.

Osiedle Gądów, fot. Tomasz Walków

Od czego zacząć?

Choćby od kontrolowanego urozmaicenia przestrzeni między budynkami. Teraz są tak duże, że nikt się z tymi miejscami nie identyfikuje.
Kiedy pisałam swoją pracę gubiłam się na tych osiedlach. Po prostu wszystko było takie samo, to przestrzenie były wielkie. Czasem spotkało się jedną rodzinę na ławce, grupkę dzieci na placu zabaw. Ale tak naprawdę układ ławek może zmusić by ludzie koło siebie usiedli, aby nie odwracali się do siebie plecami.
Trzeba dzielić te przestrzenie na mniejsze, różnicować je, nadawać im indywidualny charakter, stawiać oryginalne meble miejskie. Albo zrobić jak na Gaju wielkie murale na blokach. Już pan wie, że ktoś mieszka pod pelikanem, albo pod czaplą. W Turku na osiedlach z wielkiej płyty są murale znanych artystów. Przez takie zabiegi blokowiska są bardziej interesujące i oryginalne.
Pół roku mieszkałam na Popowicach i źle się tam czułam, chociaż trudno powiedzieć dlaczego. Logicznie rzecz ujmując to osiedle ma same plusy: miałam blisko do pracy, super połączenie z centrum miasta, usługi, dużo zielonej przestrzeni. Mimo wszystko było przytłaczające przez skalę, wygląd. Było szaro, ponuro, wszędzie beton.
Naprawdę niewiele trzeba, aby ta przestrzeń była ciekawa i żeby ktoś się z nią zidentyfikował.

Jak jeszcze można ratować blokowiska?

Największe budynki można byłoby obniżyć, kosztem kontrolowanego dogęszczenia zabudowy. Można byłoby zróżnicować mieszkania, na przykład łączyć je w pionie, albo przybudować tak, aby na jednym piętrze powstały dwa różnej wielkości: jedno większe i kawalerka. Wtedy zainteresowanie nimi na pewno będzie większe.

Osiedle Gądów, fot. Tomasz Walków

Na którym wrocławskim blokowisku pani najchętniej by zamieszkała?

Wyprowadziłam się za Wrocław i mieszkam w dwupiętrowym budynku. Ale marzę  o własnym domu z ogrodem.

*Ewa Olejnik, absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej. Za pracę dyplomową zatytułowaną „Wrocławskie osiedla mieszkaniowe wzniesione w technologiach uprzemysłowionych – analiza problemów i możliwości wdrożenia działań rewitalizacyjnych”, przyznano jej Nagrodę Prezydenta Wrocławia oraz II nagrodę w konkursie „Wrocławska Magnolia”.

źródło Miasto Wrocław

fot: wikipedia

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ