Prezes człowiekiem walki-Bez tego człowieka walki o dobro Platformy o kompromis będzie o wiele łatwiej.

rzeplinski.jpg

Czy misja powierzona mu przez Platformę Obywatelską się powiedzie? Może PO mu niczego nie powierzała? Nawet nie sugerowała. Mozę to on sam z siebie, samozwańczy niszczyciel PiS i Kaczyńskiego, podjął takie wewnętrzne zobowiązanie? Mocne postanowienie.

Coś za coś

Dopiero po jakimś czasie, kiedy miał już rozpisaną na służbowym druku Trybunału Konstytucyjnego, strategię zwycięskiej batalii, zgłosił się do Platformy i zaoferował swoje usługi. Kiedy go zapytano, co w zamian? – tak przypuszczam – odpowiedział być może: – Na początek marszałek Sejmu, a jak już się wprawię, chciałbym jak Bronek… na Krakowskie Przedmieście pod krzyż. O przepraszam, co jak z tym krzyżem. Tam, gdzie Poniatowski. Książę Józef.

Stoi – odpowiedziała Ewa Kopacz, bo to ona wtedy była jeszcze szefową partii. – Nie stoi. Siedzi na koniu – sprostował prezes. – Ja w innym znaczeniu. Tylko pogadam z Donaldem – odparła. Wyszła z komórką przy uchu. Po powrocie powtórzyła: – Umowa stoi.

Od samego początku konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego wróżyłem, że spór będzie trwał do samego końca kadencji prezesury prof. Andrzeja Rzeplińskiego. To było dla mnie jasne z dwóch powodów. Pierwszym była typowa dla ludzi o mentalności komunistycznych kacyków postawa samego prezesa, który kieruje się regułą azjatyckich satrapów.

– Nie można ustępować ani o krok z powziętych raz decyzji, bo dla przeciwnika politycznego będzie to oznaka naszej słabości i skończy się wzięciem naszych wojsk w jasyr. Postawa ta pozostaje w sprzeczności z fundamentalnym założeniem programowym PiS: „ koniecznością przeprowadzenie zmian”, na przeszkodzie których stał właśnie Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. „Rzeplińskiego”, gotowego wyrokami podległego Trybunału sabotować nowe ustawy pisowskie.

Na to dramatyczne zderzenie osobistych, indywidualnych ambicji prezesa Rzeplińskiego z wizją potrzeb zmieniającego się państwa, reprezentowaną przez PiS, nakładały się negatywne cechy charakteru prezesa. Jego zarozumiałość, buta, agresywny język na granicy „mowy nienawiści” oraz aspiracje polityczne, sięgające po same szczyty władzy. Do dziś zresztą występuje dość powszechne przekonanie, że gra prezesa Rzeplińskiego wokół Trybunału wynika wyłącznie z kalkulacji. Prof. Rzepliński już dziś inwestuje w swoją przyszłą pozycję polityczną, związaną organizacyjnie i ideowo z Platformą Obywatelską.

Świadome szkodzenie Polsce

W swojej wizji długiego trwania konfliktu byłem osamotniony. Wielu moich kolegów publicystów z niepokojem, a niektórzy wręcz z przerażeniem doszukiwało się w tym sporze zbyt poważnych negatywnych skutków dla Polski. Głównie w sferze ekonomicznej. Początkiem tej apokaliptycznej wizji miała być polityczna izolacja Polski ze strony Unii Europejskiej, przekładająca się następnie na sankcje finansowe.

Kolejnym krokiem w tych prognozach miał być delikatny, ale bolesny dla naszej gospodarki bojkot inwestycyjny i handlowy krajów europejskich, wynikający z braku pewności stabilizacji sytuacji politycznej naszego kraju. W najlepszym przypadku wstrzemięźliwości gospodarczej, co siłą rzeczy musi się odbić na pogorszeniu życia materialnego Polaków – twierdzili owi wizjonerzy. Mówiąc wprost – twarde stanowisko PiS wobec prof. Rzeplińskiego i kolejnych niekorzystnych dla PiS decyzji podejmowanych w Trybunale, ignorowanie czy wręcz lekceważenie przez rząd jego orzeczeń, traktowano jako poważny błąd partii Jarosława Kaczyńskiego, czyniąc zresztą odpowiedzialnym zań samego lidera.

Strach w oczach moich kolegów komentatorów politycznych rósł za każdym razem, kiedy zbliżał się termin przyjazdu do Warszawy przedstawicieli Komisji Weneckiej. Dziś jak wiemy, już nie tylko tacy odporni na straszenie władzami Rady Europy, jak ja, ale również ludzie władzy w Polsce, którzy mają sporo do stracenia, spokojnie patrzą na kolejne wizyty towarzystwa z „Wenecji”. Pozwalają sobie nawet ma drobne uszczypliwości, co jest zwykle oznaką dobrego humoru, pod adresem wizytujących „polską demokrację”, mówiąc, że tym razem przyjechali chyba na „wycieczkę krajoznawczą”, a nie po to, by badać stosunek władz do prawa.

Samotne podgrzewanie sporu

Po niemal rocznej batalii związanej z TK, dziś, nieco ponad dwa miesiące przed odejściem prof. Rzeplińskiego ze swego stanowiska, spór ten przestał być sprawą najważniejszą dla funkcjonowania państwa, stanu demokracji w Polsce czy też łamania bądź przestrzegania podstawowych praw człowieka przez obóz władzy. Nawet tak czułe na wszelkie nieprawości i łamanie konstytucyjnych praw każdego obywatela w Polsce środowisko, jakim są spontaniczne – a w rzeczywistości inspirowane przez partie opozycyjne – manifestacje KOD, w coraz mniejszym stopniu zawracają sobie głowę „paraliżem”. Podczas ostatnich zgromadzeń zniknęły niemal całkowicie hasła i transparenty dotyczące obrony Trybunału. Walka o Trybunał przestała być ogniskiem, przy którym przez wiele miesięcy grzali się uczestnicy demonstracji KOD.

Wraz z więdnięciem tego konfliktu naturalnym zjawiskiem jest jego samoistne wyciszanie się w mediach, w parlamencie, w debatach polityków. Także wyraźne zmniejszenie napięcia ze strony PiS.

Za to jesteśmy świadkami czegoś fascynującego. Prof. Rzepliński sam próbuje podgrzać wygasający i budzący w społeczeństwie coraz mniejsze emocje polityczne spór. Czyżby był to objaw jakiegoś rodzaju frustracji ze strony prezesa? Być może żal mu, że coraz rzadziej widuje swój portret na pierwszych stronach gazet. Z pewnością brakuje mu grzmotu braw, jakimi powitano go podczas otwarcia Kongresu Sędziów Polskich. Trzeba jednak pamiętać, że ten przemiły dla siebie epizod, zgotowali mu jego koledzy i znajomi. Część takich samych jak on przeżartych nienawiścią do wszystkiego, co pisowskie. Trawi go tęsknota do czasów, kiedy jego nazwisko, jako człowieka stojącego na czele instytucji, bez których – według jego wyobrażeń – upadają państwa, wymieniane było na wiele sposobów przez wielkich reżyserów Agnieszkę Holland czy dziennikarzy, jak Tomasza Lisa.

Wobec tak niekorzystnego obrotu sprawy, postanowił przypomnieć opinii publicznej, że istnieje i można na niego liczyć. Jako na herosa. Którym był zawsze. Nawet w trudnych i niebezpiecznych czasach PRL. Już wtedy walczył z komunizmem. Aby to skutecznie robić – twierdzi dziś – specjalnie zapisał się do PZPR.

Gdybym miał stawiać śmiałe hipotezy, powiedziałbym, że już po odejściu prof. Rzeplińskiego z Trybunału, ogień konfliktu będzie się nadal palił. Nie będzie miał on jednak tego zarzewia zapalczywości i niesmaku, jaki wnosił poprzez swoją osobowość ukształtowaną w PRL prof. Rzepliński.

Bez tego człowieka walki o dobro Platformy o kompromis będzie o wiele łatwiej.

autor: Jerzy Jachowicz

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ