Wojtek Smarzowski: Chodzi o pamięć, nie zemstę. „Nigdy nie było dobrego okresu na kino o Wołyniu”

hj.jpg

Z reżyserem „Wołynia” Wojtkiem Smarzowskim rozmawia Łukasz Adamski

Pana film zaczyna się cytatem z ojca ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który mawiał, że Kresowian zabito dwukrotnie. Po raz pierwszy siekierą, po raz drugi zapomnieniem. Pan ich właśnie przywrócił do życia.

Próbuję.

To wskrzeszenie ma wielką siłę.

W tym filmie nie chodzi o zemstę. Chodzi o pamięć.

A skąd akurat taki temat po dwóch współczesnych filmach jak „Drogówka” i „Pod Mocnym Aniołem”?

Gdy już nakręciłem „Różę”, powiedziałem sobie, że nigdy więcej żadnego filmu historycznego. W Polsce nie ma na takie kino pieniędzy. Niemniej po zmontowaniu i pokazaniu „Róży” zobaczyłem tyle emocjonalnych reakcji, że zmieniłem zdanie. Niesamowite było to, że kobiety oglądające „Różę” po prostu milczały. Mało słów, wiele emocji. Wtedy zdałem sobie sprawę, że trzeba się zmierzyć z kolejnym tematem historycznym.

Jak Wołyniacy reagowali na kolejne pokazywane im wersje filmu?

Bardzo dobrze. Mówiąc kolokwialnie: zobaczyli, że nie ma w tym filmie ściemy. Po tym przyszły ich emocje. Przetrawienie na nowo tej traumy.

Ja szerzej patrzę na „Wołyń”. Dla mnie to film o nienawiści. Czystej i demonicznej nienawiści. Ujętej w filmie w uniwersalny sposób. To obraz o rozpadzie systemu wartości.

Mnie zawsze bliżej do człowieka niż idei. Chcę widzieć konkretnego bohatera. Mój film to opowieść o miłości w czasach nieludzkich. Z drugiej jednak strony można zapytać, co to za czasy nieludzkie, skoro to ludzie wywołują wojny? Po czterech latach pracy nad tą produkcją doszedłem do pytania „Jak żyć po końcu świata?”. Oczywiście w tle jest ta uniwersalna tematyka, o której pan mówi. Żeby zrównoważyć to okrucieństwo, musiałem na drugiej szali położyć historię miłości.

Miłość pokonuje demona? W „Róży” miłość pokonała zło.

Koniec „Wołynia” jest otwarty. Każdy może go sobie zinterpretować, jak chce.

Zło wypływa w filmie z wielu stron. Mamy złych komunistów, nazistów, Ukraińców i w końcu też Polaków szukających brutalnego odwetu. Ale jednak jasno rozgranicza pan stopień bestialstwa np. Niemców i Ukraińców. Sadyzm i barbarzyństwo tych drugich są szokujące.

Nie można tego odrywać od kontekstów historycznych. Upadek moralności zdarzył się tam z konkretnych powodów. So wieci wywożący Polaków na Sybir, Niemcy likwidujący Żydów, wszystko to działo się na oczach Ukraińców. Likwidacja Żydów na Kresach nastąpiła rękoma Ukraińców. Okoliczności do zaistnienia zła były spełnione. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, skąd takie barbarzyństwo. Dlatego właśnie chciałem robić ten film. Uważam jednak, że dzikość nie idzie ze Wschodu. Dzikość idzie z człowieka. Przecież do takich zbrodni doszło w różnych częściach świata: w Nankinie, na Bałkanach, w Rwandzie, Syrii itd. I jaki z tego wniosek? Taki, że nie wyciągamy żadnych wniosków z tych historii. Nie można zatajać prawdy o zbrodni. Zatajanie prawdy o zbrodni to prosta droga do nowych zbrodni.

Czytając „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego, na podstawie której nakręcił pan film, zdałem sobie sprawę, że nawet ta przysłowiowa banalność zła ma różne oblicza. Przecież te zbrodnie działy się w konkretnym czasie i miejscu. Nigdzie indziej wówczas skala nienawiści nie była tak upiornie dosłowna.

W tym samym czasie, gdy popi święcili banderowcom piły, karabiny, siekiery i noże, księża katoliccy święcili noże chorwackich ustaszy. Do tego zdolny jest człowiek, kiedy uzbroi się go w odpowiednią ideologię i da mu przyzwolenie na zabijanie. Jedne noże podrzynały gardła polskie, inne serbskie. Ten film opowiada o tym, do czego może doprowadzić skrajny na cjonalizm. Do tego doprowadza nawet milczące przyzwolenie na zbrodnię.

Mnie właśnie sceny z popami święcącymi maczety uderzyły najmocniej. Ukraińcy popełniają zbrodnie z Bogiem na ustach. To nie był świat wyjęty z komiksów Tarantino. Świat umiejscowiony za krzyżem jak w jego nihilistycznych westernach. W „Wołyniu” krzyż jest przed oczami morderców.

Dlatego w filmie jest dwugłos. Jeden prawosławny duchowny opowiada się za dobrem, drugi wtapia się w zło. To bardzo ważna część filmu. Stare dobre, młode złe. To przekłada się na filmowe znaczenia, chociaż pewnie dostanie mi się za to, że dobre to akurat greckokatolickie.

Nie obawia się pan, że to właśnie wywoła ataki piewców politycznej poprawności? Grekokatolik głosi Dobrą Nowinę, a prawosławny z nią na ustach namawia do rzezi?

Postanowiłem tak to rozegrać filmowo. Język filmu rządzi się swoimi prawami. Mogłem pokazać w filmie postać wzbudzającego kontrowersję greckokatolickiego abp. Szeptyckiego, lecz to także wzbudziłoby protesty. Spodziewam się zresztą wielu najróżniejszych, mniejszej i większej wagi, protestów.

No właśnie. Jak to się stało, że twórca o takiej pozycji, autor tak głośnych i chwalonych filmów jak „Wesele” czy „Dom zły”, miał problemy z zebraniem funduszy na tę produkcję?

O tych przyczynach można opowiadać bardzo długo. Z jednej strony to bardzo kosztowny film. No ale nie zapominajmy, że ten temat jest po prostu bolesny i bardzo niewygodny. Takie hasła jak „Wołyń”, „rzeź” odpychały wiele instytucji. Lepiej przecież się przejść po czerwonym dywanie przy filmie neutralnym niż takim, który na starcie wywołuje emocje skrajne. Na początku wycofali nam się dwaj koproducenci, to najważniejsze. Poza tym nie mogliśmy znaleźć odpowiednich obiektów, by nie musieć budować ich od zera. Do tego dochodzą rzeczy, o których powszechnie nie ma się pojęcia. Trzeba ubrać setki statystów, zrobić im charakteryzacje, przewieźć, przenocować, zapłacić honoraria.

Ale powstają w Polsce filmy historyczne rozdzierające pewne rany. Przykładem są te o stosunkach polsko-żydowskich. Na wiele takich kontrowersyjnych obrazów pieniądze się znajdują. A Kresowian zamordowano zapomnieniem. Może problemy filmu wynikają głównie z tego?

Nigdy nie było dobrego okresu na kino o Wołyniu. Za komuny nie wolno było tego tematu podejmować. Potem z powodów geopolitycznych również wiele środowisk nie chciało tego tykać. Teraz moment jest idealny, ale tylko dla mnie. Miałem siłę, by taki film zrobić. Ważniejsze, że żyją także Kresowianie, którzy pamiętają o tym, co się tam stało. Pracę nad „Wołyniem” zacząłem w roku 2012, więc jeszcze przed Majdanem na Ukrainie. Nigdy nie chciałem kręcić relacji czarno-białej. Od początku wiedziałem, że będę musiał przedstawić racje także strony ukraińskiej. To film zrobiony z polskiej perspektywy, bo jestem Polakiem. Chciałem jednak, by pokazał punkt widzenia Ukraińców.

A co o „Wołyniu” myślą aktorzy ukraińscy? Nie mieli oporów, by w nim zagrać. Kult Bandery jednak ożywa na Ukrainie.

Trzeba ich o to zapytać. Nie mogę za nich mówić. Każdy zagrał ze swoich osobistych powodów. Kilku aktorów ukraińskich nam odmówiło. Poszła plotka, że my ten film robimy za rosyjskie pieniądze. To kłamstwo. Zostały popełnione zbrodnie, a ci, którzy za nie odpowiadają, mają na Ukrainie pomniki. Część z nich żyje. Niestety dla nas, Polaków, tożsamość Ukraińców jest budowana na faszyzującej organizacji.

Ambasador Ukrainy widział film. Jaka była jego reakcja?

Emocjonalna. Jednak rozmowa między nami po projekcji była wyważona i bardzo obiecująca. Sprowadziła się do tego, jak na ten obraz przygotować widza ukraińskiego.

Mamy też ustawę polskiego Sejmu o ludobójstwie na Ukrainie. Film na pewno się w decyzję o jej uchwaleniu wpisze. Czy „Wołyń” otworzy oczy również Polaków ślepych na tragedię rodaków?

Podobno połowa Polaków nie wie, co się wydarzyło na Wołyniu. A połowa, która deklaruje, że wie, wie źle. Film ma otworzyć im oczy. Może po wyjściu z kina widzowie otworzą też książki albo wejdą do internetu i zaczną szukać informacji. Mam podejście, może idealistyczne, że kiedy opadną pierwsze emocje, ten obraz podziała oczyszczająco. Jeżeli „Wołyń” spowoduje, że historycy polscy i ukraińscy skonfrontują dowody, przeprowadzą na nowo ekshumacje, to będziemy mieli początek nowej relacji. Niby ten temat jest wałkowany od wielu lat, ale stoimy w miejscu. Okopaliśmy się na swoich pozycjach. Pat. Więc może jest potrzebny taki wstrząs, jaki spowoduje nasz film. Wszyscy chcemy dobrych relacji z Ukrainą. Jednak te dobre relacje mogą powstać tylko wtedy, gdy buduje się je na prawdzie.

Dlaczego wybrał pan do ekranizacji akurat opowiadania Stanisława Srokowskiego? To bardzo wyrazisty pisarz, jednoznacznie oceniający zbrodnie na Wołyniu.

Przeczytałem dużo książek o Wołyniu. Są trzy najważniejsze dla mnie pozycje: „Ludobójstwo” Ewy i Władysława Siemaszków, „Od rzezi wołyńskiej do akcji »Wisła«” Grzegorza Motyki oraz „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego. Znam także inne książki pana Stanisława. W jego opowiadaniach porażające jest widzenie zbrodni oczami dziecka. To bardzo mocne, bardzo filmowe. Kontakt z panem Stanisławem był w wielu aspektach prostujący. Srokowski jest radykalny, konkretny i otworzył mi oczy na wiele zagadnień. Moja wiedza była bardzo chaotyczna. Potrzebowałem wstrząsu.

Po„Róży” mówił pan: koniec z kinem historycznym. Po „Wołyniu” wraca pan do tej deklaracji? Czy może są jeszcze tematy z historii, które Wojciech Smarzowski chce podjąć?

Bardzo bym chciał nakręcić historię umiejscowioną we wczesnym średniowieczu. Na razie tiry przywożą mi książki, zacząłem robić dokumentację. W mojej pracy ważny jest płodozmian. Żeby odreagować po „Wołyniu”, mogę robić albo film współczesny, albo cofnąć się daleko. Gdybym teraz robił film o Wołyniu, już po takim jak mój zrobiony wcześniej, tobym nie wyszedł z zagrody Skiby [bohater filmu — przyp. red.]. Wszystko można opowiedzieć na jednym podwórku. Są sąsiedzi ukraińscy, żydowscy, najpierw jest Polska, potem na podwórko wchodzą Sowieci, Niemcy, a na koniec Ukraińcy. Cały temat zamknięty na granicy teatru i kina. Wtedy taka produkcja nie byłaby kosztowna. Ja jednak zrobiłem pierwszy film. I musiałem go opowiedzieć najszerzej, jak mogłem. Epicko

Rozmawiał Łukasz Adamski

foto: Janusz Wolniak

Wywiad pochodzi z tygodnika wSieci

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ