Kaufman, Hooton, Nizer Morgenthau i dzisiejsze Niemcy

Piotr Sutowicz.jpg

W czasie wojny strony walczące zwykły opracowywać swoje cele i zamierzenia, jakie zrealizują w wypadku pokonania przeciwnika. Jest to logiczne i oczywiste, bowiem walczy się o coś konkretnego, a w razie zwycięstwa przystępuje się do realizacji owych zamierzeń. Niekiedy celem wojny jest zupełne wyniszczenie wroga, niekiedy jedynie jego osłabienie, czasem stronie walczącej chodzi o rzecz niewielką np. o odzyskanie czegoś, co w świetle jej deklaracji zwyczajnie jej się należy. Im bardziej współczesne wojny przybierały charakter globalny, tym bardziej rosły ich cele. Tak też było z II wojną światową.

Na ogół wiemy, co w czasie tego konfliktu Niemcy chcieli zrobić z narodem żydowskim, w dalszej perspektywie z polskim, czy też wschodnimi Słowianami. W trakcie przebiegu wojny cele ogólne przeplatały się w tym względzie z rzeczywistością i nie zawsze wszyscy funkcjonariusze III Rzeszy identyfikowali się do końca z programem swego przywództwa, o czym mogą świadczyć np. perypetie rosyjskojęzycznych i ogólnie wschodnich oddziałów SS czy Wermachtu, których, gdyby trzymać się ogólnych wytycznych, w ogóle nie powinno było być. Być może nie chodziło tu o korektę celów wojennych, a jedynie o zwykłą pragmatykę. Dzisiaj roztrząsanie takich spraw należy do historyków, którzy pewnie jeszcze długo będą się głowić nad istotą niemieckiego totalitaryzmu i rzeczywistej wizji świata, którą jego twórcy chcieliby mieć po wojnie.

            Jeszcze ciekawszym pozostaje pytanie, czego tak naprawdę chcieli alianci po zwycięstwie nad III Rzeszą. Po pierwsze, jeżeli zanalizujemy położenie poszczególnych państw walczących, to sytuacja, jak się wydaje, przedstawia się dosyć niejednolicie. Jedne z nich chciały po prostu odzyskać niepodległość, Związek Sowiecki pragnął rozszerzać komunizm tak daleko, jak to tylko możliwe, co miało zostać wykonane rękami wyniszczonego do granic możliwości społeczeństwa tego kraju. Były tu też państwa o niejednorodnej postawie, jak Francja, w której wytworzyły się dwa ośrodki władzy, kojarzone z nazwiskami marszałka Petaina i generała (tak naprawdę pułkownika) De Gaulla, i każdej chodziło o co innego. Wreszcie, najważniejszy w tym dyskursie wydaje się głos mocarstwa o najbardziej globalnych celach wojennych, obok oczywiście Związku Radzieckiego, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. W początkowym stadium konfliktu państwo to nie brało udziału konflikcie, w wewnętrznym dyskursie ścierały się różne opcje zachowania się w dalszym jego przebiegu – od opcji całkowicie neutralnej, poprzez proniemiecką, po optykę wojenną. Na skutek splotu różnych okoliczności zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych Stany włączyły się w globalny konflikt, po roku 1941 walnie przyczyniając się do jego rozstrzygnięcia na niekorzyść Niemiec.

            Częścią wewnątrzamerykańskiego dyskursu politycznego i publicystycznego było pytanie: co po zwycięskiej wojnie zrobić z pokonaną Rzeszą? Już przed włączeniem się tego kraju do wojny w roku 1940 amerykański pisarz i biznesmen o żydowskim pochodzeniu Theodore N. Kaufman napisał książkę pt: „Niemcy muszą zginąć”, w której optował za likwidacją tego państwa i sterylizacją męskiej populacji kraju. Jego terytorium miałoby zostać podzielone między sąsiadów, w tym Polskę, która na zachodzie graniczyłaby z Francją i Holandią. Książka Kaufmana nie spotkała się ze zbyt ożywionymi reakcjami wśród amerykańskich czytelników, można powiedzieć, że w zasadzie przeszła bez echa. W momencie jej ukazania się klimat społeczny działał raczej przeciwko niej, a stosowna radykalizacja nastrojów nastąpiła później. Zdobyła ona za to popularność w propagandzie III Rzeszy, która wykorzystała jej treść w swych kampaniach antysemickich, dla tych celów była tam podobno nawet częściowo tłumaczona i wydawana.

            Inną wersję przyszłości dla Niemców przewidywał amerykański antropolog Ernest Hooton, który wystąpił z propozycją wymieszania rasowego tego narodu poprzez przesiedlenie tu ogromnej liczby obcych rasowo mężczyzn przy jednoczesnym wywiezieniu rdzennych mieszkańców poza granice kraju. Nie był to plan eksterminacyjny, a jedynie zmierzający do likwidacji świadomości narodowej. Pomysłem na dekonstrukcję bez eksperymentów przesiedleńczych była koncepcja przedstawiona w 1944 roku przez żydowskiego prawnika z Nowego, Jorku Louisa Nizera, promującego przeprowadzenia głębokiej mentalnej demilitaryzacji i pacyfikacji społeczeństwa. Skutkiem miało być uczynienie Niemców niezdolnymi do walki. Tu chyba należy szukać źródeł przeprowadzonej później denazyfikacji Niemiec. Najgłośniejszy z amerykańskich planów powojennej polityki względem pokonanej III Rzeszy opracował sekretarz skarbu, Henry Morgenthau. Projekt wydaje się o tyle istotny, że przez jakiś czas wydawał się być rozważany przez polityków jako koncepcja do realizacji. Zakładał on podział Niemiec na kilka państewek i poddanie ich terytorium międzynarodowej kontroli przy likwidacji armii i przemysłu ciężkiego, jednym słowem, chodziło o stworzenie w środku Europy skansenu rolniczo-pasterskiego. Być może wstępem do jego wdrożenia miały być zmasowane, dywanowe naloty na niemieckie miasta, prowadzone przez aliantów, ewidentnie służące zniszczeniu zarówno siły żywej, jak i ich substancji materialnej przy jednoczesnym braku zainteresowania dewastowaniem np. linii kolejowych prowadzących do obozu w Auschwitz. Dla nas istotne jest to, że cesje terytorialne na rzecz Polski nie byłyby tu aż tak duże, jak w koncepcji Kaufmana, ani nawet takie jak te, zrealizowane w praktyce.

Warto przy okazji wspomnieć o jednym z polskich pomysłów na przyszłość powojennych Niemiec (było już o nim co nieco na tych łamach), opracowany przez prof. Karola Stojanowskiego, polityka, publicystę i naukowca, związanego z obozem narodowym. Zakładał on przesunięcie naszych granic mniej więcej tu, gdzie znajdują się obecnie, zaś na zachód od nich zbudowanie dwu państw podlegających reslawizacji – jednego na Łużycach, a drugiego na Połabiu. To drugie, jak się wydaje, było szczególnie karkołomne, gdyż zakładało mocną politykę slawizacyjną, będącą odwrotnością germanizacji.

            Współczesny czytelnik, zapoznając się z powyższymi pomysłami, może z niedowierzaniem przecierać oczy i burzyć się nad brakiem elementarnych zasad humanitaryzmu, czy jakiegokolwiek poszanowania godności ludzkiej. Na to można powiedzieć jedno: takie były czasy. Oczywiście obiektywnie obronić się tego nie da, tak samo jak ludobójstwa dokonanego na żydach czy Polakach. Tak po prostu było. Można natomiast postawić sobie pytanie, czy aby amerykańskie koncepcje tamtych czasów całkowicie przeszyły do lamusa, czy też może ubrane w ładniej wyglądający kostium są w fazie realizacji.    W rzeczywistości powojennej losy pokonanej III Rzeszy potoczyły się na pozór nieco inaczej niż w opisanych postulatach. Niemcy zostały zdenazyfikowane i pozbawione części terytorium, ale konsekwentne dążenie ich elit politycznych doprowadziło zjednoczenia kraju i odbudowania go jako jednej z największych potęg kontynentalnej Europy. Czas jednak pokazał, że w rzeczywistości sytuacja tego kraju wygląda tak, jakby zaczęto w nim realizować syntezę plan Kaufmana i Hootona, co przychodzi o tyle łatwo, że wcześniej przeprowadzono działania zapisane przez Nizera. Społeczeństwo skutecznie pozbawione kręgosłupa moralnego i skutecznie spacyfikowane nawet nie zauważyło, że samo siebie doprowadziło do swoistej sterylizacji, o czym jednoznacznie świadczą wszystkie wskaźniki demograficzne. Niemieckie kobiety na razie są „tylko” napastowane przez przybyszów, czas pokaże, co będzie dalej. Większość z dorosłych mieszkańców tego kraju „zapomniała”, na czym polega tożsamość kulturowa, próby samoobrony pozbawione zaplecza w postaci elit intelektualnych, politycznych i ekonomicznych na razie przypominają szamotanie ryby w sieci. Większość wciąż wierzy, że rzeczywistość można zaklinać wskaźnikami ekonomicznymi pokazującymi rosnący poziom produkcji, konsumpcji i obrotu tzw. papierów wartościowych, byle tylko nie spoglądać przez okno. Intrygujące pytanie” czy jest to przypadek, czy rzeczywiście realizacja konkretnych planów, pozostawmy na inną okazję

            Co to oznacza dla nas patrzących z polskiej perspektywy? Na pewno przekształcanie się rzeczywistości politycznej za zachodnią granicą, na którą nasza polityka musi być przygotowana. Obserwacji zachodzących tam procesów musi być poświęcone więcej uwagi zarówno publicystów, jak i polityków, wreszcie być może trzeba by przygotować polskie think tanki, które poważnie analizowałyby problematykę niemiecką właśnie z punktu widzenia interesu polskiego. Trzeba po prostu wiedzieć, do czego się dąży. Kto wie, być może za jakiś czas przyjdzie pora na uwspółcześniony plan Stojanowskiego, na pewno nie zaszkodzi być i na to przygotowanym.

autor: Piotr Sutowicz

Źródło: Słowo Wrocławian 10/2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ