CZARNY PROTEST – CZARNA ROZPACZ

czarny.jpg

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by dostrzec, że w fundamentalnej kwestii ochrony życia, mogącej stanowić wspólną platformę cywilizacyjną całej ludzkości, panuje całkowita niedojrzałość – o braku namysłu głębszego nie wspomnę.

Tymczasem w istocie niełatwo jest pokusić się w tej sprawie o jakieś absolutnie niepodważalne rozwiązania. Jeśli bowiem wyciągnąć wszystkie logiczne konsekwencje z idei ochrony osoby ludzkiej, bez żadnych dodatkowych warunków osłabiających i rozmywających owo prawo, to w konsekwencji można dojść do sytuacji, którą będzie trudno zaakceptować naszemu – przyznaję: nieco rozdętemu – poczuciu wolności, prowadzącemu często do przedsionka hedonizmu. Toteż piszący te słowa pośród wielu wahań i niepewności ma jednak wrażenie, że w sprawie tej trzeba zawierać kompromisy. Te zaś bywają rzeczą złą, więc trzeba to czynić ostrożnie.

Mówić i dyskutować

W zasadzie układ dotyczący ochrony życia wypracowany w Polsce uważam za stosunkowo szczęśliwe rozwiązanie. Dopiero niedawno dowiedziałem się, jak palącą potrzebą jest jego dopracowanie, bo np. definicja trwałego uszkodzenia płodu, z jaką na antenie Radia TOK Fm wystąpił pewien „luminarz nauk medycznych”, przeraziła mnie nie na żarty, obracając tą i tak pachnącą eugeniką zasadę w całkowitą groteskę (aborcja z powodu występowania chorób dziedzicznych pośród bliskich krewnych).

Jeśli zaś sprawa jest ważna, to trzeba o niej mówić i dyskutować. Niby takie to oczywiste, a uczestników takiej debaty jakby brak. To jeszcze mało, bowiem można odnieść wrażenie, że w ogóle nie dysponujemy językiem, który mógłby ją unieść oraz zdrowym rozsądkiem, pozwalającym budować argumentację od fundamentów po dym z komina, a nie odwrotnie.

„Obrońcy życia” nie mogą się bowiem wyzwolić z kompleksu, o którym wspominał na początku zeszłego wieku Boy Żeleński, nb. lekarz, koneser niewieścich wdzięków, także jako praktyk, ale i bardzo zacietrzewiony piewca międzywojennej „nowoczesności”, który jeszcze przed I wojną gorszył mieszczki krakowskie konstatacją, że „polskie słownictwo miłosne przypomina księdza Wujka”.

Jako autor doktoratu m.in. o wyżej wzmiankowanym jezuicie, kaznodziei i arcytłumaczu Pisma Świętego bardzo jestem przywiązany do powagi, dostojeństwa, ale także nie opuszczającej ich plastyki oraz pełnej werwy stworzonej przezeń polskiej wersji języka biblijnego. Jest ona dla mnie w jakiś sposób kanoniczna, ale wszystko ma swoje granice. Co ciekawe, Kościół katolicki długo bronił się przed przekładaniem tegoż Pisma na języki ludowe i do zmiany stanowiska zmusiły go właściwie okoliczności, czyli sukcesy święcone przez translacje protestanckie, z Lutrową – też fundamentalną tyle, że dla niemczyzny – na czele.

Otóż, kiedy Jakub Wujek dokonał swego i katolickiego zarazem przekładu tekstu biblijnego podniosły się liczne głosy protestu, ba, prowincja polska jezuitów wybrała specjalną komisję, która dokładnie ocenzurowała Wujkowe dzieło, dokonując z nim licznych ingerencji. Przewodził jej konfratr, mający w Towarzystwie Jezusowym równie wysoką pozycję, a mianowicie Stanisław Grodzicki, dziś większości nawet bardzo pobożnych katolików całkiem nieznany. Dowodzi to poniekąd wyższości aktu twórczego nad cenzorskim i chwała za to Bogu na Niebiesiech, amen!

Argumentacja oderwana od rzeczywistości

Osobiście rozumiem potrzebę mówienia o sacrum językiem nieco odmiennym od potocznego, choć wiem, że to sprawa niebezpieczna, bo może rodzić się z niej bariera oddzielająca – zwłaszcza ludzi młodych – od Kościoła. Jednak równocześnie trudno mi sobie wyobrazić, by jakieś dobro miało wynikać z faktu, że większość duchownych od jutra zaczęłaby naśladować komiczne (ze względu na wiek podmiotu) sposoby wyrażania się i zachowania p. Owsiaka oraz mu podobnych kabotynów. Od takiego obrazu wręcz wieje grozą. Ale równocześnie mówienie w kółko o „dziecku poczętym” – nie mylić z „napoczętym”, „wypoczętym” itd., itp. – jest nieznośną manierą, brzmiącą obco we współczesnej polszczyźnie. Wiem, przesadzam w sposób podły, ale w słusznej sprawie. Sytuacja bowiem przypomina przemawianie do stojącej tuż obok nastolatki przez jerychońską trąbę; ona nic nie usłyszy prócz hałasu, boleśnie uderzającego w błony bębenkowe; mury Jerycha od tego nie runą, a poczucie obrazy, a jakże, powstać może; co oni się na mnie tak drą, może chcą mnie poniżyć swym „wysokim” językiem.

Do tego należy dorzucić argumentację całkowicie oderwaną od rzeczywistości. Ponownie z rozmysłem przesadzam, ale też spór, od jakiego momentu rozwojowego człowiek staje się istotą ludzką, przypomina żywo rozważanie co było pierwsze – jajko czy kura. Można przelewać oceany atramentu i nie dojść do żadnych realnych wniosków, mogących stanowić postawę wyjściową do prowadzenia dialogu. Sytuacja przywodzi na myśl starego dobrego Sokratesa, pętającego się po ateńskiej Agorze i zaczepiającego statecznych obywateli. On zaczynać miał, jak wynika z platońskich dialogów, od podstawowych kwestii, które wydawały się nie podlegać dyskusji, tak właśnie zastawiał pułapkę na głupców i pyszałków. Oni zwykle bywają mściwi, więc filozof na koniec wypił cykutę, bowiem męstwo cenił nade wszystko (ponoć był dobrym hoplitą, jak na mieszkańca Aten przystało). Wychodząc z podobnych założeń, nie mogę wprost uwierzyć, czemu proste, a równocześnie bezdyskusyjne racje systematycznie umykają dyskutantom.

Aborcyjne zło

Aborcja jest złem przede wszystkim z nader przyziemnych powodów. Stanowi ona bardzo brutalną ingerencję, naruszającą ciało kobiety. Co prawda, jej śmierć obecnie, przy zastosowaniu procedur szpitalnych, okazuje się bardzo mało prawdopodobna, ale właśnie takie stwierdzenie jest czystym eufemizmem, maskującym istotę rzeczy. Pomijam fakt, że ryzyko zawsze istnieje, a jego wyraz statystyczny nie ma moralnego znaczenia, bo każdy zgon jest kresem świata. Sam doznałem takiego doświadczenia, kiedy po poronieniu i stosownym zabiegu bardzo podobnym do aborcji, choć pozbawionym wymiaru odebrania życia, ten ostatni trzeba było powtarzać, a wszystko działo się w stołecznej lecznicy, przy znikomym ruchu na ostrym dyżurze. Przede wszystkim i chyba zawsze te operacje na najintymniejszej sferze ciała i psychiki kobiety muszą po sobie zostawiać blizny. Dosłownie ciągłość ciała i duchowego rozwoju kobiety zostają przerwane; ona żyje, ale nic nie jest już takie samo, choćby tego nie zauważała.

Osobiście znam kilka takich dam, które, prowadząc bujne życie, przeszły po kilka skrobanek, a ich ówczesny stosunek do owego zabiegu usprawiedliwia w pełni użycie nieco wulgarnej jego nazwy. Jednak wreszcie się zakochiwały naprawdę i najpierw dawało o sobie znać ciało, które okazywało się niezdolne do wydania potomstwa, jak na ironię wobec nazbyt hojnej, a wzgardzonej uprzednio, płodności. Potem przychodziły łzy, zgryzoty, czasem depresje.

Przyznam tu się bez przysłowiowego bicia. Ja wcale nie chciałem pisać tego tekstu. Miałem nań bardzo sympatyczny pomysł, który bardzo miło by się przelewało na papier. Ale od kilku dni – jak na złość – sączą się zewsząd informacje o „czarnym proteście”, że trudno to spokojnie znieść człowiekowi myślącemu. To nie tylko kwestia batalii przeciw PiS ani też ciąg dalszy rewolucyjnej walki z Kościołem, tym gwałtowniejszej, im głębiej jest w danym społeczeństwie zakorzeniona wiara przodków, im bardziej związana jest z podstawą kultury narodowej, czego dobitnymi przykładami były kraje Półwyspu Iberyjskiego, bo nie tylko był on widownią wojny domowej w Hiszpanii, ale i gwałtownych wystąpień antyklerykalnych w Portugalii, gdzie duch komuny nieraz dawał o sobie znać, także w idealizowanej u nas „rewolucji goździków”, bo rewolucja to zawsze rewolucja.

W sieci „macherów od mas”

Przede wszystkim „czarny protest” ukazał dobitnie, że nad częścią młodej generacji niewiast władzę – zapewne przejściowo – zdobyli „macherzy od mas” i spotkali się z bezkrytyczną postawą w postaci czystej. Już sam pomysł, by te „iwenty” i demonstracje przypisać czerni, to sprytny zabieg, bo barwa ta jest dość popularna i może nie tak modna jak przed kilku laty, ale i tak spora część młodych ludzi co dzień ma na sobie coś czarnego. Dotyczy to i staruchów, czyli np. mnie. Równocześnie to kolor żałoby. Tylko, że protestujący nie mają powodu jej wdziewać, bo nikt nikogo nie zamierza mordować, a nawet wprost przeciwnie.

Tymczasem młode niewiasty w emfazą wygadują do mikrofonów usłużnie im podtykanych (im mniej użyją własnych słów, a więcej haseł podrzuconych, tym lepiej), że walczą o swe życie, że nie pozwolą składać swych ciał – niestety bardziej dojrzałych niż umysły – na jakimś wyimaginowanym ołtarzu. Zastanawiająca jest ta łatwość przyjmowania się haseł demagogicznych opartych na absurdalnych połączeniach pojęć i faktów. Rzeczywiście podświadomość potrafi rodzić potwory i ich zwodniczemu urokowi ulegać.

W tym konkretnym przypadku ciekawy jest także rys niezamierzonego – jak mniemam – infantylizmu. Podczas „czarnego protestu” pojawiło się wiele haseł epatujących lud miast i wsi elementami z zakresu fizjologii i anatomii, pośród których najbardziej popularnym stała się „cipka”. Samo słowo brzmi miło i rodzi sympatyczne na ogół wspomnienia; przynajmniej męskiej części populacji, wyjąwszy – rzecz jasna – wyjątki. No cóż, dziewoje z dumą zalepiające ściany kartkami z napisem „moja cipka, nie twoja sprawa”, nawet nie wyobrażają sobie, iż nie tylko nie mogą one nikogo zbić z pantałyku (no może poza klerykami z seminariów duchownych), ale też ileż śmiesznych skojarzeń budzą u dojrzałego mężczyzny. Nie przytoczę tu własnych, bo boję się żony, która zdecydowanie tępi me skłonności do koszarowych dowcipasów. Poprzestanę więc tylko na autoironicznym stwierdzeniu, iż może i czas fascynacji niewieścim ciałem już dla mnie nadciąga, ale uwłacza mi rozpropagowywanie tego faktu za pośrednictwem afiszy ulicznych i to jeszcze w tak nędznej szacie graficznej.

Projekt nowelizacji prawa aborcyjnego – jak wspominałem, moim zdanie słusznie – poległ w głosowaniu sejmowym. Rozpętanego szaleństwa to nie uspokaja. Ze zgrozą słyszę, jak młoda, ładna panienka, zapytana, czy usunięcie zapisu o karalności matek winnych zabicia dzieci jej nie zadowoli, wykrzykuje niemal z obłędem w oczach, że żąda całkowitej dostępności aborcji, bo każdy element ją ograniczający, jest przyczółkiem przyszłych opresji, bo „oni” krok po kroku wprowadzą swe nieludzkie prawa i ona siedzieć będzie w więzieniu.

Można by się rzeczywiście odwołać do różnych przepisów prawnych, które ograniczają swobody ludzi, podnoszących rękę na życie własne lub dążących do trwałego uszkodzenia swego ciała, aż do ubezwłasnowolnienia lub zamknięcia w wiadomym zakładzie włącznie, ale z pewnością nie jest to kryminał.

Tak czy owak trudno tu o merytoryczną rozmowę.

autor: Rafał Żebrowski

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ