Wielka polityka a tragedia Katynia

13 kwietnia 1943 r. niemieckie radio podało na cały świat wiadomość o odkryciu w lesie katyńskim niedaleko Smoleńska masowych grobów oficerów polskich, zamordowanych niemal dokładnie trzy lata wcześniej przez bolszewików. Niemcy wiedzieli o tym już latem 1942 r. (od pracujących w tym rejonie polskich robotników przymusowych), ale dopiero obecnie postanowili to wykorzystać propagandowo. Było już bowiem po Stalingradzie, Wehrmacht zaś znajdował się w odwrocie na zachód. Kilka miesięcy później Katyń znalazł się ponownie w rękach bolszewickich.
Nazistowski minister propagandy J. Goebbels chciał w ten sposób najprawdopodobniej zdyskredytować zwyciężających na froncie wschodnim Rosjan w oczach Zachodu (Związek Sowiecki nie podpisał bowiem – honorowanej przez większość państw – Konwencji Genewskiej w sprawie jeńców wojennych i robił z nimi, co chciał), a w konsekwencji wbić klin w „wielką koalicję” USA, ZSRR i Anglii. W perspektywie myślano także zapewne w Berlinie o włączeniu w jakiś sposób Polaków w GG do „antybolszewickiej krucjaty”. Ta perfidna gra nie miała zresztą od początku szans, o czym świadczyły m.in. kategoryczne odmowy rozmów z Niemcami ze strony kardynałów A. Hlonda i A.S. Sapiehy wczesną wiosną 1944 r.

Radio Berlin podało, że masowe groby zawierają ok. 11 tysięcy zwłok (bo na tyle szacowano liczbę polskich jeńców w ZSRR), ale do czerwca 1943 r. ekshumowano faktycznie nieco ponad 4400 ciał. Wszyscy oficerowie mieli związane ręce na plecach i zabici zostali strzałem w tył głowy. Wśród nich byli m.in. generałowie B. Bohatyrewicz, H. Minkiewicz i M. Smorawiński. Do lasu katyńskiego funkcjonariusze NKWD przewieźli – między 3 kwietnia a 12 maja 1940 r. – jeńców z obozu w Kozielsku; dowieziono ich stamtąd koleją do stacji Gniezdowo, a dalej autobusami. Z tego transportu ocalał przypadkiem (odłączony przez samych bolszewików dla oddzielnego śledztwa) prof. Stanisław Swianiewicz (1899-1997), wybitny sowietolog.

Poza tym były jeszcze dwa polskie obozy jenieckie, w analogiczny sposób jak w Katyniu „rozładowane” wiosną 1940 r. przez NKWD: w Starobielsku (ponad 3700 oficerów, w tym m.in. generałowie St. Haller i L. Skierski, których wymordowano w Charkowie) i Ostaszkowie (ponad 6300 jeńców zamordowanych w tym samym czasie w Miednoje koło Tweru). W sumie bolszewicy zabili zatem ok. 15 tysięcy polskich oficerów, tak w służbie czynnej, jak i rezerwy (wśród których było wielu przedstawicieli elity intelektualnej Polski). Dlaczego tak uczynili? Bezpośrednie motywy decyzji kremlowskiego Biura Politycznego ze Stalinem na czele, podjętej 5 marca 1940 roku (kopię dokumentu tego przekazał w 1993 r. prezydentowi L. Wałęsie dyrektor archiwów państwowych Rosji), nie są do końca jasne.

Możemy się wszak łatwo domyślić, iż chodziło o pozbawienie naszego narodu pokaźnej części najbardziej patriotycznej (i w dużej mierze antykomunistycznej) elity przywódczej. Analogicznie postępowali zresztą w GG naziści, lecz nie w tak masowy i brutalny sposób… Poza tym istnieje w historiografii poważna supozycja, że Stalin – który był człowiekiem niesłychanie pamiętliwym i mściwym – nienawidził osobiście polskiego korpusu oficerskiego za zwycięstwo nad bolszewikami w roku 1920. On sam był wtedy komisarzem politycznym przy sowieckim froncie południowym i popełnił ze swej strony poważne błędy, które m.in. przyczyniły się do generalnej klęski Tuchaczewskiego na północy.

Pierwsze symptomy zaniepokojenia o los oficerów w Rosji pojawiły się właśnie wiosną 1940 r., kiedy przestały do kraju przychodzić od nich listy do rodzin. W czerwcu 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, a Polska (pod naciskiem Anglii) nawiązała stosunki dyplomatyczne z ZSRR.

Kiedy w grudniu 1941 r. premier RP gen. Sikorski rozmawiał na Kremlu ze Stalinem, pytał się m.in. o los naszych oficerów, których nigdzie nie można było się doszukać. A miała powstać w Rosji wielka polska armia pod wodzą gen. Andersa. Otóż okazało się, że przetrwali tylko ci nasi wysocy oficerowie, którzy dostali się w szpony NKWD niejako „indywidualnie” i nie przebywali w masowych obozach, a od razu w Moskwie na Łubiance (jak wspomniany Anders czy generałowie M. Boruta-Spiechowicz i M. Tokarzewski-Karaszewicz). Początkowo zresztą Sikorski myślał nawet o mianowaniu na wodza armii w Rosji gen. St. Hallera (najstarszego w niewoli sowieckiej stopniem), ale po prostu nigdzie go nie było… Na postawione przez Sikorskiego i Andersa wprost pytanie, co się stało z oficerami, Stalin odparł cynicznie: „może uciekli do Mandżurii”.

W każdym razie, mimo sformowania armii Andersa, stosunki polsko-sowieckie pozostawały przez cały rok 1942 napięte, a z początkiem 1943 całkowicie się pogorszyły. Wobec swych zwycięstw na froncie nad Niemcami, Stalin poszukiwał już tylko dogodnego pretekstu do zerwania stosunków z Sikorskim, aby przygotować sobie spokojnie powolną Kremlowi całkowicie komunistyczną agenturę (Wasilewska, Berling, Bierut), tak, aby móc zaraz po „wyzwoleniu” podporządkować sobie całą Polskę. Pretekst taki nadarzył się właśnie w kwietniu 1943 r., po „wybuchu” sprawy katyńskiej. Mianowicie III Rzesza obłudnie zwróciła się w dniu 16 tegoż miesiąca do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie z wnioskiem o powołanie „niezależnej” komisji międzynarodowej dla ekshumowania ofiar Katynia i szczegółowego zbadania sprawy.

Pech chciał, że niemalże w tym samym czasie (17 kwietnia) z analogicznym w swej intencji wnioskiem zwrócił się do MCK londyński rząd gen. Sikorskiego, odcinając się naturalnie w swoim piśmie od zbrodniczych nazistów. Ale Stalina to już nie interesowało. Oświadczył, że zbrodni dokonali sami Niemcy w lipcu 1941 r., gdy zajmowali tereny Smoleńszczyzny. Oskarżył zatem Polaków – wobec Amerykanów i Anglików – o …wspólny antysowiecki front z III Rzeszą i 25 kwietnia 1943 r. zerwał z RP stosunki dyplomatyczne. Winston Churchill próbował jeszcze „ratować sytuację”, przekonując Sikorskiego, że Polska winna wycofać swój wniosek i „udobruchać” jakoś Stalina, bo – jak argumentował – „życia tym oficerom i tak nikt już nie zwróci”, a całe zamieszanie skłóci tylko „wielką koalicję”.

Międzynarodowa komisja – złożona z kilkunastu specjalistów, pochodzących albo z krajów neutralnych, albo sojuszników Niemiec – dokonała prac ekshumacyjnych i jednoznacznie stwierdziła, że mord został dokonany w kwietniu 1940 r. (na tę porę roku, a nie na lato, wskazywała m.in. gruba, zimowa wierzchnia odzież na zwłokach). Raport tej komisji był zaraz po wojnie podważany przez Sowiety. Polacy natomiast po 1945 r. nadal poszukiwali prawdy. W kraju nie można było o tym mówić, ale na emigracji pisano szeroko. W 1948 roku wyszła drukiem obszerna praca Zdzisława Stahla „Zbrodnia katyńska” z przedmową gen. Andersa.

W specyficzny sposób traktowali sprawę katyńską Amerykanie i Anglicy, mimo że popsuły się ich relacje z Rosją i nastała „zimna wojna”. Przez długie lata część tamtejszej opinii nie chciała uznać prawdy, uznać polskiej racji. Jest wszak symptomatyczna postawa zachodnich prawników podczas procesu norymberskiego (1945-46), mającego osądzić nazistowskie zbrodnie wojenne. Aparatczycy stalinowscy byli na tyle bezczelni, że włączyli zbrodnię katyńską do aktu oskarżenia (szczegółowo pisał o tym w 1993 r. wrocławski badacz dr Adam Basak w swej książce „Historia pewnej mistyfikacji”); nie udało im się to. W sentencji wyroku już o Katyniu mowy nie było. Powstało jeszcze potem sporo publikacji o Katyniu, a ostatnio głośny film Wajdy naświetlił sprawę całemu niemal światu. Jedynie Rosjanie wciąż mają problemy z zaakceptowaniem owej straszliwej prawdy.

Tomasz Serwatka

źródło: Nowe Życie

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ