Tego jeszcze nie było! Maziarski dyscyplinuje lewicowych publicystów za brak radykalizmu i przypomina, że Polską rządzi autorytarna władza

fot: youtube

Wojciech Maziarski stoi murem za Donaldem Tuskiem. Dla dziennikarza „Gazety Wyborczej” sprawą oczywistą jest, że skoro prokuratura wzywa byłego premiera na przesłuchanie, należy czym prędzej wyjść na ulice w jego obronie. Jednak nie wszyscy oponenci partii rządzącej uznali szopkę na Centralnym za działanie racjonalne. I właśnie to oburzyło red. Maziarskiego, który postanowił zdyscyplinować lewicowych publicystów na łamach „GW” i przypomnieć im, że trwa walka z „autorytarną władzą”.

Posypały się ironiczne epitety: farsa, konkurs żenady, gen. Anders w pendolino, inscenizacja Wielkiego Powrotu, zbawca narodu Donald Tusk – te wszystkie sformułowania znalazłem w opublikowanych w sieci tekstach Jakuba Majmurka, Michała Sutowskiego i kilku jeszcze komentatorów z tego obozu ideowego

— wylicza po nazwisku Maziarski, skarżąc się, że czytając to miał wrażenie, że „wkurzenie w ich środowisku dorównuje temu, co obserwujemy w publicystyce pisowskiej”.

Skala irytacji wyłaniająca się z tych złośliwości każe zadać pytanie: na jaki to lewicowy odcisk nadepnęli ludzie demonstrujący na dworcu poparcie dla Tuska, że wywołali aż tak emocjonalną reakcję?

— pyta filozoficznie Maziarski i przystępuje do psychologicznej wiwisekcji. Twierdzi, że przyczyną może być fakt, iż lewica „pogrzebała nadzieje na szybką zmianę warty w polskiej polityce”.

Ten dzisiaj marginalny obóz liczy, że na pobojowisku, jakie pozostanie po wojnie PiS-u z Platformą, to on wyrośnie na znaczącą siłę polityczną i poprowadzi naród ku świetlanej przyszłości. Bo tylko on podobno wie, co jest naprawdę ważne dla „ludu polskiego” i jakie sprawy budzą społeczne emocje, a zatem powinny być głównym przedmiotem publicznej debaty

— ironizuje publicysta, punktując następnie lewicę za to, że nie wie co jest dla Polski ważne i zajmuje się sprawami drugorzędnymi.

Nie naruszanie zasad państwa prawa, lecz tzw. śmieciówki. Nie podporządkowanie sądów autorytarnemu rządowi, lecz podniesienie podatków ludziom zarabiającym powyżej średniej. Nie rodzący się autorytaryzm, lecz podobno rosnące nierówności społeczne. Te oto kwestie mają być najistotniejsze dla społeczeństwa i to nimi należy się zajmować, a nie „plemienną” wojną Platformy i PiS-u

— wylicza Maziarski, po czym drwi z lewicy, która obserwując happening powitania Donalda Tuska przekonała się, że „polityczna zmiana warty odwleka się”, a  „uchodzący już za politycznego trupa Tusk odzyskuje dawny blask i witalność”.

To zirytowało wszystkich jego przeciwników od prawa do lewa

— podkreśla publicysta „GW”, najwyraźniej mocno gubiąc kontakt z rzeczywistością. Po dłuższej polemice z lewicowymi publicystami przechodzi do konkluzji i objaśnia czym tak naprawdę było powitanie Tuska na Centralnym i przemarsz pod prokuraturę.

W istocie bowiem przywitanie Tuska nie było „triumfalnym pochodem” ani manifestacją ku czci wodza wracającego z zagranicy dla ojczyzny ratowania, lecz wyrazem solidarności z szykanowanym przez autorytarną władzę człowiekiem, który cieszy się autorytetem w swoim środowisku. Tak jak w latach 70. i 80. przyjęte było chodzenie do sądów na procesy opozycjonistów i odprowadzanie na przesłuchania osób nękanych przez władze, tak i teraz tłumy przeciwników reżimu PiS-u wyraziły w podobny sposób solidarność z szykanowanym Tuskiem

— pisze z pełną powagą Maziarski. Na koniec zwraca się do „komentatorów i ideologów młodej lewicy” z dobrą radą starszego kolegi:

Sugerowałbym, by część czasu, jaką przeznaczają na lekturę Piketty’ego, poświęcili na zapoznanie się z historią polskich ruchów wolnościowych i demokratycznych. Bo na razie przywodzą mi na myśl „hipisów spod Piaseczna”.

Może „Gazeta Wyborcza” uruchomi cykl warsztatów, szkolących lewackich intelektualistów? Przyda się dorobić, a i może jakieś dziennikarskie etaty uda się przy okazji uchować w tym szale zwolnień?

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ