Feliks Trusiewicz: …”Gospodarskimi narzędziami zamordowali wszystkich”. Kresy Wschodnie, wciąż niezabliźniona rana

We Wrocławiu i na Dolnym Śląsku Kresowianie są najliczniejszą grupą, ale z każdym rokiem bezpośrednich świadków ludobójstwa ubywa. Ich historie spisywane i nagrywane są podstawą dla badaczy, którzy próbują odtworzyć dzieje narodu polskiego zamieszkałego – jak niektórzy oceniają – w najpiękniejszym zakątku II Rzeczypospolitej. Przedwojenne Kresy stanowiły połowę terytorium państwa polskiego. Zanim wybuchła II wojna światowa, zanim Niemcy, Rosjanie i Ukraińcy doprowadzili do najstraszliwszej rzezi, wszystkie narody zamieszkałe polskie państwo żyły w autentycznej przyjaźni. Pomimo różnic wyznaniowych i kulturowych ludzie potrafili szanować siebie, wspólnie obchodzili swoje święta, były mieszane małżeństwa. 

Historia Feliksa Trusiewicza, rocznik ’21, urodzonego w Obórkach, w bogatym w leśne runo, pięknym, bagnistym i lesistym  rejonie, w powiecie łuckim na Wołyniu.  Jest jedynym świadkiem, który ocalał tylko dlatego, że posłuchał babci, która kazała mu uciekać do drugiej wioski. O swoich przeżyciach wielokrotnie opowiada podczas spotkań z Kresowianami. Jest autorem siedmiu książek z których szczegółowo dowiadujemy jak działa terror. Jak wyglądały czystki etniczne na Kresach ale także jak wyglądało życie, jakie były zwyczaje. Czym był patriotyzm i wiara katolicka.

Każda z przeżytych historii Feliksa Trusiewicza  jest wstrząsającym zapisem czynów, jakie popełnił człowiek człowiekowi.

Jako świadek dramatycznych wydarzeń w Obórkach, gdzie mieszkało tam 11 rodzin muszę skontrować ukraińską historię, która eskaluje kłamstwa, mówi nasz kombatant. Dzisiaj słyszymy o wojnie polsko-ukraińskiej, deprecjonuje się prawdę a nawet pisze ją na nowo. Niestety przy akceptacji kolejnych rządów.

W środę 11 listopada 1942 roku, w Święto Niepodległości – które w okresie międzywojennym było przez nas bardzo uroczyście obchodzone – przyszła ukraińska policja. Okrążyła naszą kolonię Obórki i aresztowała mężczyzn, do których zaliczyli nawet trzech 14-letnich chłopców. Wszystkich skrępowali, pobili  i wywieźli do Cumania. Trzy dni później zabili. Było to pierwsze 13 ofiar banderowców. W czwartek ta sama policja aresztowała dwóch braci Trusiewicza, nigdy ich nie zobaczył. W piątek rano, babcia poprosiła abym natychmiast uciekał z domu…ona przeczuwała.

Jak się później okazało, Ukraińcy spędzili mieszkańców w jedno miejsce i wszystkich w okrutny zamordowali. Trusiewicz nie miał już żadnej rodziny. Bał się mieszkać zarówno w Obórkach, u krewnych jak i znajomych w okolicy a nikogo nie chciał narażać. Postanowił wyjechać daleko, tam gdzie nikt go nie zna. Trafił do krewnych w Łucku, zatrudnił się w młynie, tam poznał żołnierzy Armii Krajowej. Wkrótce złożył przysięgę.

Jest połowa 43 roku. Banderowcy mordują już w biały dzień, przyłączają się do nich ukraińscy chłopi. Palą całe wioski. Jeśli ktoś się ratuje, zawsze mówi, że to cud. Ludzie nie wiedzą co dla nich gorsze. Zostać, licząc na szczęście, że sąsiad Ukrainiec nie zabije, czy też uciekać w głąb Polski. Wojna trwa, niebezpiecznie jest wszędzie.

Na przedmieściach Łucka było kilka polskich domów. Mieszkańców i uciekinierów było ponad 50 osób. W Boże Narodzenie 43 roku, późną nocą przyszła banda kilkunastu ukraińskich chłopów.

Gospodarskimi narzędziami zamordowali wszystkich. Czworo dzieci, pod dwoje spało w łóżeczku. Zabili siekierą. Jak człowiek jest przestraszony, nie ma kropli krwi – tak powiedział lekarz, który razem ze mną widział babcię tych dzieci, która została siekierą uderzona w twarz.

Kresy Wschodnie, to wciąż niezabliźniona rana.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

kghm

ZOSTAW ODPOWIEDŹ