W atmosferze „przyjaźni” Sowieci rozbroili polskich żołnierzy (wspomnienia Czesławy Szczęsnowicz)

Z pamiętnika Czesławy, snopkowianki, później żony Stanisława Mazgisa, kobiety, która instynktownie wyczuwała zagrożenia i potrafiła im się przeciwstawić.

„16 września jechaliśmy przez Wołyń. Tych stron Polski nie znałam. Byłam nimi oczarowana. Krajobraz falisty, wszędzie pełno sadów z bogactwem owoców. Dwory i wsie wyglądały na zasobne. Upał w tym dniu był jeszcze większy niż dotąd (…) Nagle rozpętała się straszna burza z ulewą i piorunami, przemoczeni dotarliśmy do miasteczka Mizocz. Na plebanii wysłuchaliśmy komunikatu z oblężonej Warszawy, przerażał nas brak pomocy ze strony Anglii i Francji.

Nazajutrz był piękny niedzielny poranek. Poszliśmy na mszę świętą, a potem wyszliśmy przed kościół. Był na wzniesieniu, skąd roztaczał się rozległy widok. Z tyłu kościoła było widać  zaorane pola należące do Związku Radzieckiego. Nagle te pola ożyły. Widzieliśmy poruszające się punkty, potem szereg czołgów. Stach natychmiast zameldował o tym przełożonym. Na granicę wysłano dwóch żołnierzy aby wywiedzieli się o zamiarach Sowietów. Nie wrócili. W południe Mizocz pełne było rosyjskich czołgów i pieszych oddziałów.

Dowódca ewakuacyjny płk Felsztyn spotkał się z dowódcą sil sowieckich i wydał rozkaz aby wszyscy oficerowie i urzędnicy z żonami przenieśli się do budynków Korpusu Ochrony Pogranicza. Wojskowi polscy i radzieccy rozmawiali przyjaźnie, ściskali sobie ręce i radośnie zapewniali, że razem pójdą na Niemców. Wieczorem zostali wezwani do świetlicy na wspólną odprawę z oficerami radzieckimi. Ja miałam poszukać dla nas i p. Tarnowskich spokojnego kąta na noc. To było trudne, wszystkie miejsca w koszarach były już zajęte. Wreszcie udało się. Dość daleko od budynków KOP (Korpus Ochrony Pogranicza), w magazynie z siodłami i uprzężami dla koni. Było tam dużo siana i grochowin. Razem z p. Oleńką Tarnowską w najodleglejszym zakątku umościłyśmy cztery legowiska. Oleńka natychmiast się położyła i zasnęła, ja poszłam pod świetlicę. Stach wyszedł razem z innymi oficerami w złych nastrojach, mówił: armia radziecka idzie nam na pomoc ale obawiają się, że nie wszyscy są im przyjaźni, dlatego zażądali na noc oddania broni. Uzgodniono, że broń będzie zdana na ręce płk. Felsztyna, który odda ją rano.

Zaprowadziłam Stacha i płk. Tarnowskiego na spoczynek, zakopali się w siano i zasnęli. Słyszałam ruch na szosie, strzelaninę wreszcie zasnęłam. Rano, nie było nikogo z naszych ani radzieckich żołnierzy. Nie było też cywilów i żon oficerów. Jak się okazało wszyscy koszary opuścili w nocy. Stach z płk. Tarnowskim byli przerażeni, bali się oskarżenia o dezercję. Wyszliśmy z koszar mając nadzieję, że uda nam się dogonić naszą grupę i wytłumaczyć nieobecność. Po drodze mijaliśmy armię radziecką, nikt nami się nie interesował. Za miasteczkiem – z krzaków – wyskoczył do nas polski żołnierz w brudnym mundurze, bez czapki. Okazało się, że był to podoficer z ITU, od niego dowiedzieliśmy się, że koło północy wszystkich zbudzono i płk. Felsztyn wydał rozkaz, że rodziny muszą się rozdzielić, gdyż oficerowie powołani są do czynnej służby wojskowej. Narzuciło to dowództwo sowieckie. Kobiety i dzieci załadowano na furmanki i wywieziono nie wiadomo gdzie. Oficerów, czwórkami wyprowadzono w kierunku granicy. Po jej przekroczeniu, w szczerym polu kazano im się zatrzymać. Zostali natychmiast otoczeni przez radzieckich żołnierzy z broną gotową do strzału. Mogli położyć się na świeżo zoranej ziemi ale rozmawiać nie było wolno. W nocy podoficer wykorzystał nieuwagę pilnującego żołnierza, wyczołgał się i wrócił tą samą drogą do Polski. (Po wojnie dowiedziałam się, że czerwonoarmiści zwolnili pracowników cywilnych a zawodowych żołnierzy wzięli do niewoli. Zabito ich strzałem katyńskim).

Ja z p. Oleńką odnalazłyśmy adwokata w Mizoczu, zorganizował dla naszych mężów garnitury, teraz jako cywile wynajęliśmy kwaterę w miasteczku, ale na uboczu. Była to bardzo porządna ukraińska rodzina. Zmiana władzy polskiej na rosyjską wcale im się nie podobała. Wiedzieli, że po tamtej stronie była bieda a im niczego nie brakowało.  Nowa władza parę razy w ciągu dnia organizowała mitingi, na których należało się głośno cieszyć z nowej sytuacji. Były problemy z żywnością, po rację chleba stało się długo. Pewnego dnia stanął przy mnie oficer radziecki i poprosił abym pokazała mu zegarek. Zegarek zawsze wszystkim się podobał więc mnie to nie zdziwiło. Chciał go lepiej zobaczyć, więc odpięłam i pokazałam mu wygrawerowaną z drugiej strony dedykację z nazwiskiem ojca. Poprosił, czy może go przymierzyć, włożył na rękę, zasalutował i odszedł. Złapałam go i zażądałam zwrotu. Wtedy oficer pogroził mi palcem i powiedział abym była cicho, bo on wie, że mój mąż ma trzy gwiazdki.

Zanim opuściliśmy Mizocz, nasza gospodyni wyszła z ikoną przed dom i trzykrotnie błogosławiła nam na drogę. Postanowiliśmy jechać do Lwowa a stamtąd do Rumuni. Państwo Tarnowscy rzeczywiście tam się przedostali, myśmy zrezygnowali ze względu na mój błogosławiony stan”.

Państwo Mazgisowie szczęśliwie dotarli do Warszawy, przeżyli razem powstanie warszawskie. Ostatni raz widzieli się w październiku ’44 roku. Czesława z 4-letnim synem weszła na ul. Polną i razem z ludnością cywilną udała się w kierunku Pruszkowa. Stach został na barykadach, na ul. Lwowskiej. Po wojnie dowiedziała się, że był w Murnau, w jenieckim obozie dla oficerów.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ