Meller chce być Niemcem, Stuhr wstydzi się polskiego. Nowoczesny patriotyzm zbiera żniwo

W następnych i jeszcze następnych wyborach wybierzemy, czy chcemy być Rosją, czy Niemcami. W tym miejscu świata nie ma trzeciej opcji. Reszta, czyli tak zwane programy, to sranie w banie. Ja chcę do Niemiec

— napisał na Facebooku Marcin Meller. Wygląda na to, że gwiazda TVN24 boi się, iż w dobie imigranckiego tsunami nawet dla tak wybitnego intelektualisty, jak były naczelny „Playboya”, może zabraknąć miejsca za naszą zachodnią granicą. Więc zgłasza się już teraz. Spokojnie, panie Meller, dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem niemieckiego nieba. Niestety, grupowe wyjazdy jeszcze się nie zaczęły, więc musi pan przedostać się do tego raju na własną rękę. Są pekaesy, pociągi, samoloty, a w pana przypadku, czyli osoby na złotym garnuszku Salonów, można się pofatygować nawet taksówką.

Wiem, to pewnie była tylko metafora. Znamy je tu nad Wisłą aż za dobrze. Ileż to już razy podobne słowa padały z ust ludzi znanych i zasłużonych, a przy okazji tak małych, że bez Lupy, pardon, lupy – nie podchodź. Sama genialna córka samej genialnej premier Kopacz miała czmychnąć zaraz po wyborach. Jerzy Stuhr wstydzi się zagranicą mówić głośniej po polsku, ale wciąż jeszcze coś go tu trzyma. Jego syn tak bardzo zapatrzony jest w Niemców, że ich zbydlęcenie spod Głogowa wolał przypisać rodakom. Magdalena Cielecka, choć czuje jak dziecko w getcie, też pakuje się z ociąganiem. Andrzej Chyra wciąż jeszcze jest z Polski, ale od dawna nie czuje się Polakiem. Cytaty krążą po Internecie i płaczą, tak są brzydkie i koślawe. Więc pana, panie Meller, słowa nie są ani novum w dziedzinie celebryckiej pedagogiki wstydu, ani też nie porażają nikogo, kto zerka czasem na pana „Drugie śniadania mistrzów” w TVN24, gdzie serwujecie widzom pasztet z kompleksów, jaja z polskości, od czasu ostatnich wyborów zapijając całość żółcią laną prosto z trzewi. Smacznego.

Jedno tylko dziwi: jeszcze niedawno sam pan na swoje ukochane Niemcy pomstował, gdy mówił, jak na pańską stację – wyjątkowo rozsądnie, że „na temat uchodźców, imigrantów, islamu w Europie” pana poglądy „sytuują pana umownie po prawej stronie”. I że „potrzebna jest nam jak dziura w moście (…) sytuacja krajów zachodnich, w których są duże społeczności islamskie”. Oraz że „niekoniecznie chciałby mieć świat islamu u siebie”.

A tutaj nagle – że jednak do Niemiec?

Dobra, koniec żartów. Wiadomo, że zmieni pan zdanie. Jak wtedy, gdy dla picu publikował krytyczny „list otwarty” do przyjaciół z PO, a potem ze zwieszoną głową przyjmował za to w programie Lisa cięgi od kolegów Barcisia, Grabowskiego i Mleczki. Zrównali pana z ziemią. Niepotrzebnie, bo zaraz potem „pogodził się” pan z Donaldem Tuskiem, informując, iż ten, cytuję, „ma jaja”. I zapraszając go do swojego programu, by mógł się nad panem, Hołdysem czy Kukizem pobawić, jak orka foczkami.

Więc teraz, gdy dotrą już do pana reakcje internautów z obu stron barykady, i gdy pojmie pan, że albo powinien pomachać nam wszystkim na pożegnanie, albo uznać własny błąd, niech będzie – skrót myślowy, który u pana w programie pewnie przeszedłby niezauważony przez goszczących u pana „Europejczyków”. A tu nie przejdzie, no pasaran, że tak powiem. Bo my, proszę pana, chcemy żyć w Polsce. Nie w Niemczech. Nie w Papui Nowej Gwinei czy Tajlandii, tak chętnie odwiedzanej przez pana kolegów po piórze. Tylko w Polsce. Aż w Polsce.

Był pan jednym z kilku dziennikarzy tzw. mainstreamu, który skrytykował publicznie „mord” na tygodniku „Uważam Rze”. Stąd wnoszę, że mimo pewnych zawiłości tej korespondencji, ogólne przesłanie jest dla pana jasne. Krótko mówiąc: nie idź tą drogą, chłopie, bo jeszcze ci się spełni.

autor: Krzysztof Feusette

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ