Przyjemność seksualna jest nagrodą Stwórcy

Można się czasem spotkać z poglądem, że Kościół katolicki uważa seks za coś złego. Z drugiej zaś strony, kolorowa prasa ciesząca się większym zainteresowaniem w naszym społeczeństwie niż pisma katolickie, bardzo chętnie opisuje życie celebrytów, historie ich rozwodów i zdrad, podając jak na tacy pozbawioną trwałych wartości i norm moralnych papkę pornograficzno-seksualną. Jak to wszystko rozumieć? 

– Zagorzali przeciwnicy Kościoła bardzo chętnie wypowiadają się na temat jego nauczania i, co gorsza, podają „jedynie słuszną” jego interpretację. Zazwyczaj wypowiedzi te są z gruntu fałszywe, a interpretacje złośliwe i niejednokrotnie kompletnie niezasadne, by nie powiedzieć: bzdurne. Tak jest właśnie z patrzeniem na nauczanie Kościoła w kwestii płciowości, płodności i przekazywania życia w miłości.

Rozpatrzmy więc zacytowane wyżej zarzuty: Kościół… zabrania inicjacji życia seksualnego przed zawarciem sakramentalnego związku… 

Po pierwsze, Kościół niczego nie może zabraniać, zwłaszcza niewierzącym, którzy tu najgłośniej protestują. Kościół poprzez przykazanie „nie cudzołóż” daje wykładnię, co jest złe moralnie, czyli co jest sprzeczne z naturą człowieka, wpisaną w stworzenie przez Stwórcę. Człowiek jest zdolny do tworzenia trwałych więzi, a tego domaga się wychowanie potomstwa. Trwałe więzi są najgłębszą potrzebą każdego. Bez nich nie ma pełni szczęścia. Współżycie płciowe zawsze wpływa silnie na więzi międzyludzkie, może je pięknie budować, ale też drastycznie niszczyć. Współżycie, jak wiadomo, może przynieść skutek w postaci poczęcia dziecka (co wie również większość niewierzących), jest zatem logiczne, że normalnie powinno odbywać pomiędzy ludźmi związanymi na stałe (małżeństwo) i gotowymi na przyjęcie dziecka. Co zaś do sakramentalnego małżeństwa, którego Kościół istotnie wymaga od swoich wiernych, to wypowiadanie się na ten temat niewierzących jest najdelikatniej mówiąc: bezczelnością. Nie mając pojęcia o łaskach sakramentalnych, ba, nie wierząc w ich moc, wypowiedziami swymi faktycznie się ośmieszają, tracąc wiarygodność również na innych polach. Współżycie poza trwałym związkiem gotowym na przyjęcie potomstwa zawsze niszczy ludzi (dezintegracja wewnętrzna) i ich więzi. Badania jednoznacznie potwierdzają, że pary współżyjące przed ślubem (nawet tylko ze sobą) wielokrotnie częściej się zdradzają i rozwodzą. Gdyby skutecznie zlikwidować w świecie współżycie pozamałżeńskie, to zniknęłyby liczne patologie współczesne, choćby: zdrady, rozwody, zagubienie osieroconych dzieci, przestępstwa seksualne. Upadłyby fortuny robione na prostytucji, pornografii, antykoncepcji i środkach poronnych, na aborcji i wiele innych. (To oczywiście tłumaczy wściekłość i zaciekłość atakujących Kościół). W efekcie nauczanie Kościoła chroni najlepiej interesy małżeństw i rodzin, a tym samym przyszłość świata („Przyszłość świata idzie przez rodzinę” – jak nauczał Jan Paweł II).

Kolejny zarzut mówi o tym, że Kościół nie akceptuje stosowania środków antykoncepcyjnych… 

Kościół nie akceptuje tego, co jest niezgodne z ludzką naturą, tym samym szkodliwe dla człowieka. Gdyby zaaprobował cokolwiek sprzecznego z prawem naturalnym (wpisanym w człowieka przez Stwórcę), to straciłby wiarygodność, bo zdradziłby swą misję, siebie samego i wreszcie… Boga. Antykoncepcja przez swoje nastawienie lękowe wobec naturalnego owocu współżycia – dziecka i autoagresję przeciwko zdrowym funkcjom organizmu – płodności, jest dla człowieka, jako osoby, zawsze niszcząca. Niszczy go zarówno w wymiarze cielesnym (zdrowie), psychicznym, jak i duchowym. Kościół naucza (patrz encyklika Humanae vitae, 1968) o nierozerwalnej więzi podwójnego znaku: jedności i rodzicielstwa we współżyciu płciowym. Oferta antykoncepcji (podobnie jak sterylizacji, poronień prowokowanych farmakologicznie i wreszcie aborcji) proponuje „wyzwoloną” z rodzicielstwa przyjemność seksualną, która – tak naprawdę – jest tylko drobnym elementem prawdziwej jedności osób. W imię samej tylko przyjemności rzekomo wolno jest zabijać poczęte dzieci, zdradzać małżonków, osierocać własne dzieci. Korzystanie z takiej oferty powoduje dramatyczne rozdarcie we wnętrzu człowieka, jego dezintegrację i degradację. Przecież to propozycja dla odartych z człowieczego czucia egocentrycznych hedonistów, którzy niejako na własne życzenie, cofają się za próg uczłowieczenia (albo go nigdy nie przekroczyli). Z pewnością Kościół nigdy takiej postawy nie pochwali! Odnotujmy, że na drugim biegunie tego rozdarcia jest oferta rodzicielstwa bez jedności małżeńskiej. A więc: sztuczne unasienienie, in vitro, a może kiedyś klonowanie. Kościół, broniąc godności człowieka, mającego prawo do poczęcia na skutek miłosnego aktu własnych rodziców, nie może zaakceptować tych technik rozrodu… (por. Donum vitae)

I wreszcie ostatni z najważniejszych zarzutów: Kościół nie uważa za sens ludzkiej seksualności zaspokajaniu przyjemności… 

Bo też – obiektywnie rzecz biorąc – nie taki jest jej najgłębszy sens. (Podstawowym sensem jedzenia jest zaspokajanie głodu, lecz warto zadbać o to, by było ono jednocześnie przyjemne. Jednak rzymski pomysł, by jeść, prowokować wymioty i znowu jeść, dla samej przyjemności jedzenia był nieludzki i… w gruncie rzeczy wynaturzony). Sensem podstawowym istnienia seksualności jest przekazywanie życia w miłości, służba życiu, która nie wyczerpuje się w przekazaniu życia dziecku, ale ma też ważne zadanie pogłębienia więzi pomiędzy rodzicami tegoż dziecka (tak istotnej w prawidłowym procesie wychowania). Przyjemność związana ze współżyciem jest swoistą nagrodą Stwórcy za gotowość podjęcia trudów (radosnych, ale jednak trudów) rodzicielstwa. Próba przechytrzenia Go i wykradzenia nagrody, bez konsekwencji w postaci rodzicielstwa, zawsze kończy się fiaskiem ludzkich kalkulacji. Owszem, na krótką metę udaje się uzyskać (zwłaszcza mężczyźnie), pozornie za darmo, silną przyjemność seksualną, lecz w dalszej perspektywie życia zaowocuje ona zniszczeniem i będzie opłakana (i to całkiem dosłownie).

Z tego, co Pan powiedział, wynika wyraźnie, że Kościół nie patrzy negatywnie na ludzką seksualność… 

– Tak, właśnie. Jest zupełnie przeciwnie. To świat neguje prawdziwe oblicze seksualności, próbując z niej wyrzucić najcudowniejszy i najwartościowszy element, i owoc zarazem, jakim jest rodzicielstwo. Kościół pragnie obronić pełnię sensu ludzkiej seksualności i pełnię płynącej z niej radości, które mogą ludzi po prostu uszczęśliwiać już tu, na ziemi. Kościół podkreśla godność aktów małżeńskich, które we współpracy ze Stwórcą, mogą dać początek życia nowemu człowiekowi, z ciałem i duszą nieśmiertelną. Kościół, widząc głębię wartości ludzkiej płciowości, chroni ją przed spłyceniem, zwulgaryzowaniem, uczynieniem z niej terenu powszechnej rozrywki wyrwanej z naturalnego (ludzkiego!) kontekstu. Właściwy kontekst przeżycia przyjemności seksualnej to: miłujące się, oczywiście dwupłciowe, małżeństwo otwarte na nowe życie, gdzie wytrysk nasienia męża odbywa się do otwartych na jego przyjęcie i w niczym nieokaleczonych dróg rodnych żony. Takie prawidłowe współżycie spełnia ogromną rolę w umacnianiu więzi pomiędzy małżonkami. Otwiera perspektywę głębi, całkowicie niedostępną związkom przelotnym broniącym się przed rodzicielstwem.

Do czego mogą prowadzić nieodpowiedzialne zachowania seksualne? 

– O tym wspominałem już wcześniej. Odpowiedzialność wymaga użycia rozumu i woli. Człowiek, który w ważnych sprawach kieruje się rozumem i wolą, nieustannie wzrasta, rozwija się, aż dojdzie do pełni panowania nad sobą, nad pobudzeniami swego ciała, zachciankami, a nawet lękami. Osiąga wolność wyboru dobra, a odrzucania zła bez względu na pobudzenia wewnętrzne i naciski z zewnątrz. Taka wolność, oparta o hierarchię wartości katolickich, to po prostu świętość. Człowiek rezygnujący z panowania rozumu i woli, i działający nieodpowiedzialnie, nieustannie się degraduje, aż w końcu tak się zdegeneruje, że nie będzie już w stanie panować nad pobudzeniami ciała. Staje się niewolnikiem – nałogowcem. Nader często dzieje się to w dziedzinie działań seksualnych.

Czy w sferze seksualnej można mieć prawo do kierowania się swoimi emocjonalnymi odczuciami i subiektywnymi doznaniami? 

– Oczywiście, tak, ale… Decyzji o działaniu nie wolno podejmować nieodpowiedzialnie (bez użycia rozumu i woli). Natomiast w samym działaniu, mam na myśli współżycie małżeńskie, wręcz należy kierować się swoimi emocjami, odczuciami i subiektywnymi doznaniami. Nie mogą one jednak nikogo krzywdzić, czyli nie mogą godzić w miłość. Konkretnie mąż nie może, uruchamiając swe tęsknoty, narzucać niczego, co byłoby choćby przykre dla żony. Oczywiście obowiązuje to również w drugą stronę. Pojawia się tu konieczność wzajemnego komunikowania się o odczuciach, emocjach, doznaniach, a nawet ukrytych tęsknotach. Namawiam wprost, by żona opowiedziała mężowi „bajkę o sobie” oraz by mąż potraktował tę opowieść jako… najprawdziwszą prawdę, wręcz „wytyczne” do działania.

Jak w wymiarze życia seksualnego realizuje się sakrament małżeństwa? 

– To trudne pytanie, zwłaszcza, że odpowiedź będą czytać również niewierzący w łaski sakramentalne. Celem sakramentu małżeństwa jest wspólna droga do świętości poprzez budowę komunii osób, na wzór komunii osób boskich (Jan Paweł II). Dalszym celem jest zrodzenie i wychowanie w miłości potomstwa. Tak więc łaski sakramentalne mają służyć budowie komunii męża i żony oraz rodzicielstwu. Bardzo ważnym narzędziem budowy komunii małżonków jest ich więź seksualna. Zatem czyste współżycie małżeńskie ma wymiar świętości. Przez udział Boga samego w dziele przekazywania życia współżycie małżeńskie jest działaniem świętym i zasługującym na świętość. Nadmieńmy, że analogiczne działanie pozamałżeńskie – cudzołożne ma charakter świętokradczy i bezpośrednio obraża Boga.

W jaki sposób seks może być sposobem okazywania czułości i budowania związku małżeńskiego? 

– Może być, i w każdym dobrym małżeństwie jest, na tysiące sposobów narzędziem okazywania czułości, bliskości, wyłączności, wierności, wzajemnego oddania, dozgonności i miłości wreszcie. Poza małżeństwem z tej listy pozostaje tylko czułość i chwilowa bliskość, a cała reszta jest jednym wielkim kłamstwem. Na pytanie o konkretne szczegóły odpowiadam milczeniem. To sprawa intymna każdego małżeństwa i jego indywidualnej, niepowtarzalnej twórczości.

Czy jest jakaś granica w tym, co małżonkowie bez grzechu mogą robić w sypialni? 

– Jedyną granicą jest zgodność z naturą (zamysłem Stwórcy) i miłość. Święty Augustyn powiedział: Kochaj i rób, co chcesz. Miłość wymaga, by nie zmuszać współmałżonka do niczego, co choćby z subiektywnych powodów byłoby mu niemiłe, wydawało się złe czy nawet tylko nieodpowiednie.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Z Jackiem Pulikowskim, autorem wielu publikacji poświęconych tematyce małżeńskiej i rodzinnej, rozmawia Bożena Rojek

źródło: nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ