Kuriozum jakich mało! Policjant darował mandat Maziarskiemu, a ten… lamentuje: „Takich incydentów z drogówką nie miałem od czasów PRL”

gazwyb.jpeg
fot: youtube

Wojciech Maziarski na łamach „Gazety Wyborczej” podzielił się swoją sobotnią historią z warszawską drogówką. Już samo to brzmi śmiesznie, ale idźmy dalej. Staraliśmy się, jak mogliśmy, ale naprawdę trudno zrozumieć, o co mu chodzi – lamentuje najpierw na fakt, że policja go zatrzymała, a następnie, że… darowała mu mandat.

Sobota, godzina 17:35 ulica Modlińska na warszawskiej Białołęce. Policja zatrzymuje jadącego samochodem Wojciecha Maziarskiego. Powód? Publicysta z Czerskiej jechał na światłach dziennych w warunkach zmniejszonej przejrzystości powietrza, spowodowanej deszczem. W tej sytuacji powinien używać świateł mijania.

Proste? Oczywiste? Nie do końca. Maziarski oznajmił policjantowi, że zastanowi się, czy przyjmie mandat w wysokości 200 zł i cztery punktów karne, czy skieruje sprawę do sądu. Policjant dając czas Maziarskiemu do namysłu, podszedł do drugiego zatrzymanego samochodu. Wówczas dziennikarz „GW” zrobił zdjęcie, aby w razie czego pokazać sądowi, jaka była widoczność. Chwilę później do Maziarskiego podszedł policjant. Oddał mu dokumenty i poprosił, aby już odjechał. Darował mu mandat. Większość kierowców by się z tego faktu ucieszyła i już nie drążyła sprawy, ale nie dziennikarz „GW”.

Żałuję, że posłuchałem. Powinienem był zostać i przyjrzeć się, jak przebiega jego rozmowa z kierowcą drugiego zatrzymanego samochodu

— zaznaczył Maziarski. Po czym doszedł do wyjątkowo kuriozalnego wniosku:

A swoją drogą takich incydentów z drogówką nie miałem od czasów PRL. Czyżby „dobra zmiana”, która na początku objęła najwyższe szczeble państwa, schodziła coraz niżej?

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ