Sutowicz: Krótka historia święta Bożego Ciała

Dar proroctwa zawsze stanowił wielkie wyzwanie przede wszystkim dla osoby obdarowanej. Juliana z Mont Cornillon, walońska norbertanka z końca XII wieku, przez całe lata prosiła Boga, by wybrał sobie kogoś innego do przekazania Jego woli Kościołowi – ona czuła się słaba, niesłuchana, a poza tym była tylko zakonnicą.

Kiedy w 1210 roku podczas długotrwałej modlitwy osobistej doznała pierwszej wizji, jej świat dzielił się na dwie sfery: uświęconą i tę nieuświęconą Bożą obecnością, pomiędzy którymi biegła wyraźna, rozpoznawalna dla każdego granica. Każdy chrześcijanin wiedział, że przekroczenie progu sacrum możliwe jest tylko dla wybranych. Nawet Mojżesz zdejmował przed Panem sandały, w świątyni jerozolimskiej do Świętego Świętych wchodził tylko najwyższy kapłan, by raz w roku pokłonić się Jahwe. W świecie chrześcijańskim Chrystus dostępny był dla każdego, jednak wyłącznie na ołtarzu i wyłącznie podczas mszy. Tylko mnisi i mniszki cieszyli się przywilejem życia na wzór aniołów, a więc tych, którzy o każdej porze dnia i nocy mogli Go adorować i korzystać z owoców przebywania w Jego pobliżu. Pozostali, mali i wielcy tego świata, przybliżali się do Chrystusa w czasie Eucharystii zajmując w kościele miejsce godne swojego stanu – najbiedniejsi trwali więc w kruchcie, tam, gdzie dzisiaj z dobrej woli gromadzą się niezainteresowani nabożeństwem. Wielkim darem okazał się wprowadzany od XI wieku zwyczaj podniesienia Hostii podczas Kanonu, kiedy dzwonki przy ołtarzu, a potem duże dzwony na wieży ogłaszały ludziom chwilę adoracji. Przechodzący obok ludzie wchodzili do kościoła tylko po to, by popatrzeć na Chrystusa, jeśli nie mogli wejść, przystawali, żegnali się, modlili w ciszy. Pomijając różne wynaturzenia tej prostej wiary, wśród których znajdujemy przekonanie o ochronie przed śmiercią w dniu, kiedy można było spojrzeć na Hostię, musimy pozostać pełni podziwu dla wielkiego pragnienia spotkania z Jezusem w Jego widzialnej postaci. Trzeba nam bowiem pamiętać, że ludzie średniowiecza nie pojmowali rzeczy abstrakcyjnie, dla nich liczyło się to, co mogli dotknąć, zobaczyć, objąć swoim sposobem miary.

Nie inaczej rozumiała świat wychowana w norbertańskim sierocińcu osiemnastoletnia Juliana. Otrzymała wysokie wykształcenie i uchodziła za wybitnie utalentowaną mniszkę, czerpała zapewne swoją wiedzę o świecie duchowym z dostępnych źródeł – Pisma św. i nauczania Ojców Kościoła. Choć jej środowisko, klasztor Mont Cornillon opodal Liège, znajdujące się w sercu kultury monastycznej i centrum reformy gregoriańskiej Kościoła, obfitowało w osobowości nietuzinkowe, Juliana była tylko dzieckiem swoich czasów. Wśród jej przyjaciół i późniejszych gorących propagatorów Bożego Ciała znajdujemy gorliwe beginki, pustelnice-rekluzy i uczonych kanoników, znawców rodzącej się scholastyki. Nasza norbertanka wzrastała w atmosferze nauczania o mistycznym wymiarze Kościoła i podstawach jego ziemskiej potęgi, obserwując świat kultury stanowej, w którym jednostka miała swoje miejsce wówczas, jeśli pozostawała zakorzeniona w określonej grupie społecznej i realizowała wyznaczone sobie w jej obrębie cele. W tym świecie prawdziwym zagrożeniem mogło się okazać każde zaburzenie porządku, zwłaszcza jeśli nabierało charakteru herezji. Ta cecha zresztą wcale średniowiecznych społeczeństw nie wyróżnia. I dla jasności wykładu trzeba dodać, że kobiety w tym obrazie nie pozostawały pobocznym detalem – mogły spełnić rolę burzycielek ładu, ale mogły funkcjonować w jego ramach jako osobowości wyróżniające się, wybitne, ciekawe.

Wizja księżyca pozbawionego niewielkiej cząstki światła, którą ujrzała na modlitwie młodziutka Juliana, musiała przejąć ją prawdziwym lękiem. Jezus objawił jej obraz Kościoła, którego pełni blasku mogło przydać nowe święto Ciała i Krwi Chrystusa jako solenne przypomnienie obecności Zbawiciela pośród swego ludu. Przez kolejnych dwadzieścia lat Juliana rozważała znaczenie wizji, dzieląc się swoimi myślami z najbliższymi. To oni przekazali sprawę miejscowemu biskupowi do rozpoznania. Kiedy archidiakon Liège, Jacques z Troyes, późniejszy papież Urban IV, uznał, że nowy element kultu nie przeczy w niczym dotychczasowemu nauczaniu Kościoła, a może mu jedynie dopomóc w jego misji ewangelizacyjnej, sprawa nabrała rozgłosu. Znalazła ona swoich gorących propagatorów, ale i nie brakło jej przeciwników, wśród których znaleźli się miejscowi notable, niektórzy kościelni oficjałowie, a nawet przeor klasztoru w Mont Cornillon. Ostatnim pomyślnym momentem misji Juliany okazał się rok 1246, kiedy biskup Liège, Robert z Thourette, pośród wielu reform swojej diecezji doprowadził również do powołania nowego święta. W swoim dokumencie powoływał się na słowa samego Chrystusa: „Oto ja jestem z wami” (Mt, 28,20).

Ten chwilowy triumf okazał się jednak dla Juliany tylko preludium nieskończonej nigdy tułaczki. Po śmierci życzliwego jej hierarchy przenoszona z klasztoru do klasztoru poznała smak buntu biedoty miejskiej, zniszczenia klasztoru i utraty wszystkich przyjaciół. Z daleka mogła obserwować zabiegi o ustanowienie kultu Ciała i Krwi Chrystusa, w które włączyli się z właściwą sobie charyzmą dominikanie. To w ich środowisku powstawały pierwsze teksty liturgiczne związane ze świętem. Podobno papież Urban IV, zafascynowany nową duchowością, kazał sobie przedstawić propozycje tekstu oficjum napisane przez przyszłych świętych: franciszkanina Bonawenturę i dominikanina Tomasza z Akwinu. Legenda powiada, że gdy ten ostatni odczytywał swoją kompozycję, jego rywal darł powoli trzymany przez siebie pergamin. Wśród utworów znalazł się też znany nam dzisiaj hymn eucharystyczny „Przed tak wielkim sakramentem”. W 1264 roku Stolica Apostolska zatwierdziła uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa dla całego Kościoła. Juliana nie doczekała już tego aktu. Zmarła w Fosses w 1258 r. jako mało znana zakonnica w białym habicie norbertanki.

Nowe święto stało się mocnym bodźcem rozwoju kultu eucharystycznego w kolejnych wiekach dziejów Kościoła. Początkowo jego obchody zamykano w murach kościołów. W 1279 roku po raz pierwszy wyprowadzono Chrystusa ze świątyni w Kolonii, gdzie podczas uroczystej procesji zanoszono jednocześnie modły o urodzaj i pomyślność ludu. Zwyczaj ten nie przyjmował się jednak łatwo, zaaprobował go papież Jan XXII w 1317 r., a pełnego potwierdzenia tego obrzędu udzieliła Stolica Apostolska dopiero sto lat później. W metropolii gnieźnieńskiej najszybciej wprowadzono uroczystość zwaną powszechnie Bożym Ciałem w 1320 roku w Krakowie z woli biskupa Nankera. O pierwszej procesji na ulicach królewskiego miasta słyszymy dopiero w końcu tego stulecia, jednak w tym czasie obchodzono święto już w Płocku, Gnieźnie, Poznaniu i Wrocławiu. Wszędzie, gdzie wprowadzano obyczaj procesyjnego wyniesienia Hostii poza obręb kościoła, stawał się on pretekstem do spotkania wszystkich stanów społecznych. Szybko rozwinęła się sztuka sakralna związana z oprawą liturgiczną uroczystości eucharystycznych: bogato zdobione złote gotyckie monstrancje i haftowane baldachimy wymagały posługi licznych diakonów i ministrantów, kroczący zgodnie z ustaloną hierarchią oficjałowie kościelni i zakonnicy ubierali kapy zdobione perłami. Z wież kościołów biły dzwony, przy wtórze uroczystego śpiewu procesja udawała się do czterech ołtarzy umieszczonych zgodnie z lokalnym obyczajem w różnych częściach polskich miast. Wydarzenia te przyciągały zawsze licznych wiernych, zapewne często ciekawskich gapiów – jak wówczas, gdy we Wrocławiu rywalizujący miejscowi opaci spychali się z trasy procesji – oraz pobożnych mieszczan, modlących się o błogosławieństwo i pomoc Boga zwłaszcza w czasach moru i zarazy.

Wszystkie te barwne elementy pobożności średniowiecznej stały się jednak podstawą rozwoju jednego z najważniejszych kultów Kościoła Katolickiego na przestrzeni jego dziejów. Objawienia mało znanej w szerszych kręgach kościelnych zakonnicy walońskiej przyczyniły się najpierw do pobudzenia religijności masowej, w której scholastyczna podstawa rozumienia manifestacji Bożej Obecności w świecie stworzonym stopiła się nierozerwalnie z uczuciowym przeżywaniem tego aktu, a następnie do jej pogłębienia poprzez nauczanie w duchu Tomasza z Kempis. Ludzie końca XV wieku pragnęli Chrystusa spotykać, adorować Go, by przygotować się na przyjęcie Jego Ciała. Wszystkie te fragmenty przeżywania Tajemnicy Eucharystii przyjęły się w Kościele niejako z pewnym uprzedzeniem ataków herezji husyckiej w jej radykalnym wydaniu, godzącej w podstawy nauczania o naturze Ciała i Krwi Chrystusa, a potem znacznie groźniejszego, bo przypadającego na czas wielkiego kryzysu Kościoła nauczania Marcina Lutra i jego naśladowców. Odpowiedź Soboru Trydenckiego w tej sprawie wypływała z rozpoznanych już owoców późnośredniowiecznej pobożności eucharystycznej: Jezusa trzeba spotkać, by Go pokochać. Po raz kolejny w dziejach triumf Kościoła okazał się owocem współdziałania Boga z ludzkim rozumem i miłością. Docenienia wartości tego daru domaga się także, a może przede wszystkim współczesna kultura religijna, ponieważ otaczający nas świat wartości wydaje się bez porządku, pozbawiony podstaw rozumowych i horyzontu istnienia. Czasami proponuje się nam drogę poszukiwania „jakiegoś abstraktu gdzieś w sobie”, więc szybko zaczynamy adorować samych siebie albo czując fałsz uciekamy od wszelkiej adoracji. A Chrystus pozostaje obecny w Najświętszym Sakramencie, czy tego chcemy, czy nie, niezależnie od naszej wiary, paradoksalnie zależny tylko od słów kapłana. Ale Bóg jest przecież Mistrzem paradoksu. I to właśnie kocham w wierze mojego Kościoła.

autor: Anna Sutowicz

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Civitas Christiana”

 

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ