Dr Gontarczyk: Artykuł Wyborczej pt. „Tak SB podsłuchiwała kłótnie Macierewicza z żoną” przejdzie do historii żenady polskiego dziennikarstwa

Macierewiczkula.jpg

Antoni Macierewicz był znanym działaczem opozycji, a opisane problemy rodzinne były skutkiem jego niepodległościowego zaangażowania. Tym bardziej jego życie osobiste powinno być chronione przez ludzi czytających akta IPN. To, że opublikowano fragmenty tych nagrań, po prostu nie mieści mi się w głowie. To takie włażenie w brudnych gumiakach w cudze życie osobiste. Mówiąc bardziej dosadnie: to szorowanie po dnie

— mówi historyk dr Piotr Gontarczyk,Instytut Pamięci Narodowej.

wPolityce.pl: Portal wp.pl opublikował fragmenty książki Anny Gielewskiej i Marcina Dzierżanowskiego „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana”. Zaprezentowano w nich podsłuchy Służby Bezpieczeństwa, które zachowały się w aktach Instytutu Pamięci Narodowej. Zacytowano kłótnie Antoniego Macierewicza z żoną. Co pan o tym sądzi?

Dr Piotr Gontarczyk: To świadectwo całkowitego upadku podstawowych zasad dziennikarstwa.

Dlaczego?

Przy zajmowaniu się aktami IPN obowiązuje niepisany kodeks, że nie wyciąga się kwestii zdrowotnych, orientacji seksualnej, spraw rodzinnych i osobistych. Ludzie mają prawo do prywatności i tutaj to prawo zostało w oczywisty sposób złamane.

Czyli nie powinno się wykorzystywać znajdujących się tam danych wrażliwych?

To chyba oczywiste. W wyjątkowych przypadkach, kiedy to ma znaczenie dla sprawy, wiąże się na przykład z okolicznościami pozyskania do współpracy czy jest ważne dla zrozumienia działań SB wyjątkowo można od tego odstąpić, ale tutaj, w wypadku spraw rodzinnych Antoniego Macierewicza takiej sytuacji nie było. Autorzy piszą, że SB notowała dowody rozdźwięków między bohaterem a jego żoną licząc, że będzie mogła to wykorzystać, ale to takie „dorabianie” tłumaczeń. Nieprzekonywujące i niewiarygodne. Nie po to się udostępnia akta IPN żeby Dzierżanowski i Gielewska wyciągali życie rodzinne i obyczajowe ludzi z opozycji demokratycznej. Mnie osobiście takie postępowanie mierzi.

Dlaczego nie warto się tymi aspektami ich życia?

Jak wspominałem, każdy człowiek ma oczywiste prawo do prywatności. Po drugie, Antoni Macierewicz był znanym działaczem opozycji, a opisane problemy rodzinne były skutkiem jego niepodległościowego zaangażowania. Tym bardziej jego życie osobiste powinno być chronione przez ludzi czytających akta IPN. To, że opublikowano fragmenty tych nagrań, po prostu nie mieści mi się w głowie. To takie włażenie w brudnych gumiakach w cudze życie osobiste. Mówiąc bardziej dosadnie: to szorowanie po dnie.

Czemu to ma służyć?

No cóż, wydanie każdej książki to po części przedsięwzięcie także komercyjne. Ten i inne teksty obojga autorów ukazują się w mediach jako zapowiedź książki, a więc jako zachęta do jej kupienia. A jak ktoś kupuje książki, to ktoś na tym zarabia pieniądze. A że „na Macierewiczu zarobić się da” pokazał przykład innego, podobnego „dzieła” Tomasza Piątka. Autorzy chyba zapragnęli chyba pójść w jego ślady. Wygląda na to że pod względem intelektualnym i moralnym również.

W tekście pojawia się informacja, że Antoni Macierewicz miał uzyskać nieoficjalne gwarancje bezpieczeństwa od nieokreślonego bliżej otoczenia szefa MSW, gen. Czesława Kiszczaka. O co chodzi?

Nie wiadomo, cały ten fragment jest opisanym typowym tonem insynuacyjnym. Że zacytuję: „po wyjściu Macierewicza z podziemia wśród działaczy opozycji pojawiają się informacje, że dostał on nieoficjalne gwarancje bezpieczeństwa od bliżej nieokreślonego otoczenia generała Kiszczaka”. Żadnych konkretów, żadnych pewników. Nic. Przypomina mi to trochę rzymskie adacter calumniare, seper, aliquid haeret. „Szkalujcie śmiało, zawsze coś przylgnie”

Krzysztof Król, zięć Leszka Moczulskiego twierdzi, że gwarancje bezpieczeństwa dla Antoniego Macierewicza miały wiązać się z jego artykułem „Głosie” wzywającym do pojednania z Ludowym Wojskiem Polskim.

To bzdury. Artykuł nie wzywał do pojednania z Ludowym Wojskiem Polskim tylko stawiał pytanie, czy wojsko (naturalnie beż sowiecko-komunistycznej „wierchuszki”) może opowiedzieć się po stronie społeczeństwa, a nie partii i przyczynić się do odbudowy niepodległego państwa polskiego. Poza tym autorem tego tekstu nie był Antoni Macierewicz, tylko Ludwik Dorn, a podpisała go redakcja „Głosu”. Co ciekawe, sprawa ta była wyjaśniana w tamtym roku przy okazji książki Tomasza Piątka. Ale autorzy pomijają sprawę milczeniem raczej świadomie posługując się insynuacjami zięcia Leszka Moczulskiego, który nie jest tu obiektywnym świadkiem historii.

Dlaczego Pan tak uważa?

Leszek Moczulski, jego zięć Krzysztof Król i „Konfederacja Polski Niepodległej” zakończyli polityczną karierę w III Rzeczpospolitej niedługo po opublikowaniu w 1992 r. tzw. listy Macierewicza, na której był Moczulski. To jest jeden z kilku, ale zupełnie wystarczający powód do traktowania słów Pana Króla z należytym dystansem, nawet wtedy, kiedy prezentuje się tak marny poziom wiedzy merytorycznej w sprawie Macierewicza, jaki prezentują Dzierżanowski z Gielewską. A Krzysztof Król to zdaje się, wierzchołek góry lodowej. Tam jest więcej podobnych „świadków historii”

A może Pan podać inny przykład?

W jednym z portali internetowych ukazała się sensacyjna informacja tej pary autorów, jakoby Macierewicz „zatrzymał akcję kontrwywiadu przeciw GRU”. Pomijam już sam fakt, że nie wiemy, czy tak było naprawdę, jakie były ewentualne motywacje (być może było to uzasadnione) działania ówczesnego szefa MSW, ale jak się da taki sensacyjny tytuł, to brzydki zapach zostaje. Tu głównym narratorem interpretującym działalność Macierewicza jest niejaki Andrzej Anklewicz, były bezpieczniak rozpracowujący opozycję, a nawet oficerem polityczny w Służbie Bezpieczeństwa, który niestety znalazł się w służbach specjalnych III RP. To taki typ (mówiąc językiem Kisiela) stawia fundamentalne pytanie o Macierewicza: „czy on rozumie, że obiektywnie działa na rzecz Rosjan?” Szkoda, że Dzierżanowski z koleżanką nie sięgnęli po innych, ale podobnych świadków historii, na przykład Jerzego Urbana. Nie wiadomo, jak takie wynurzenia komentować. Chyba nie warto. Po wyciągnięciu spraw osobistych Antoniego Macierewicza i zatytułowanie materiału „>Jesteś mi obcym człowiekiem<. Tak SB podsłuchiwała kłótnie Macierewicza z żoną” przejdzie do historii polskiego dziennikarstwa. Żenada, kompletna żenada.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ