Dr Żółtaniecki o liście Tuska do PE: Ten projekt nic opozycji nie da. Jest śmieszny

fot. telewizjarepublika

Dziwi mnie, że ktoś tak racjonalny i przebiegły w swoich posunięciach jak premier Donald Tusk wpada na tak dziwaczny pomysł

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl dr Ryszard Żółtaniecki, socjolog i dyplomata, specjalista ds. stosunków międzynarodowych, Collegium Civitas.

wPolityce.pl: Pojawiają się spekulacje, że Donald Tuska ma stać się liderem wspólnej listy opozycji do Parlamentu Europejskiego. To dobry pomysł?

Ryszard Żółtaniecki: Nieracjonalny, chociaż brzmi bardzo dobrze, ponieważ pojawia się w tle tego pomysłu m. in. Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, czyli byli premierzy. To próba budowy Frontu Narodowego. Tylko, że tego typu koalicja ma sens jeżeli można osiągnąć jakąś spójność programową. Zapomina się, że politycy różnych orientacji politycznych w Parlamencie Europejskim dzielą się na różne frakcje. Jaki jest zatem sens zbierania polityków, którzy po ewentualnym wyborze mogą znaleźć się w różnych frakcjach w PE? To pierwsze zastrzeżenie, a po drugie jest to całkowicie nierealne.

Dlaczego?

Oferta kandydowania do Parlamentu Europejskiego np. dla premiera Marcinkiewicza, który nie istnieje obecnie w polityce jest atrakcyjna. Myślę, że on akurat by się na nią zgodził. Zdecydować na start może się również premier Belka. Pojawiają się jednak liczne pytania. Tylko jaka będzie reakcja w odbiorze tego projektu? Do czego on doprowadzi? Co on w ogóle oznacza? Jaki ma sens? Obawiam się, że żadnego. Równie dobrze można byłoby wybrać 50 najpopularniejszych Polaków na zasadzie jednego z licznych rankingów i im zaproponować start w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Można namówić na start aktorów czy celebrytów. Można namówić np. panią Dodę. Pewnie by się zgodziła. Ale mamy panią Magdą Ogórek, która do tej pory płaci cenę za nierozsądna decyzję. To powinno być ostrzeżenie dla wszystkich. Tych ostrzeżeń było bardzo dużo. Lepiej więc skupić się na spójności programowej i zaproponować listy wyborcze, które coś oznaczają dla wyborców. Coś im zapowiadają, coś obiecują. To jest takie pospolite ruszenie przeciwko PiSowi – ktokolwiek, skądkolwiek jest byle nie lubił PiSu.

Bycie deputowanym do Parlamentu Europejskiego opłaca się, wiąże się z ogromnymi zarobkami.

Tak, dlatego mało jest osób, które wypadły z polityki i nie mają skonkretyzowanych planów politycznych, które zdecydowanie odrzucą propozycję startu. Bycie posłem wiąże się z rozpoznawalnością i wysokimi zarobkami. Odzyskuje się tożsamość polityczną. Polityk, który przestaje być politykiem cierpi. Przestaje być kimś bardzo ważnym. Przestają dzwonić telefony, sekretarka przestaje przychodzić z pismami do podpisu. Nie przychodzą zaproszenia na ważne konferencje i przyjęcia. Niektórzy się z tym godzą i żyją nowym życiem. Niektórzy nie i czekają na okazję powrotu do polityki. Ten projekt nic nie da. Jest śmieszny. Dziwi mnie, że ktoś tak racjonalny i przebiegły w swoich posunięciach jak premier Donald Tusk wpada na tak dziwaczny pomysł.

Niewykluczone, że ten pomysł nie doczeka się jednak realizacji.

Tak, ale świadczy o Tusku jako o liderze antyPiSu. Niezależnie czy zaangażuje się w to Nowoczesna, PO, SLD czy inne frakcje, które są w opozycji. To Donald Tusk wraca jako patron, jak ojciec Wergiliusz, który zbiera swoją gromadkę i chce z nią iść do Brukseli. Innego określenia jako śmieszne nie znajduję.

SLD raczej z propozycji wspólnego startu nie skorzysta.

Oczywiście, że nie.

Opozycja mówi, że propozycja Komisji Europejskiej zmniejszenia środków budżetowych dla Polski to cena jaką płacimy za zepsucie relacji z Europą, za art 7. Jak pan to skomentuje?

To już jest polityczne draństwo. Bezmyślne, destrukcyjne szczucie jednych na drugich. Widzimy co się wydarzyło w czasie ostatniej perspektywy finansowej w Europie. Wiele rzeczy zmieniło się na gorsze. Mimo pozornej koniunktury za rogiem czyha dekoniunktura. Ekonomiści spodziewają się, że może nadejść stosunkowo szybko. Miliony przybyszów koczuje na terenie Europy. Trwa kryzys polityczny i gospodarczy w Hiszpanii i Włoszech. Nadal nie pozbierała się Grecja. To wszystko implikuje myślenie w Europie na temat nowego budżetu UE. A poza tym, jeżeli mówimy o suwerenności, myślimy również o suwerenności ekonomicznej. Jednak zachowujemy się jak banda żebraków, którzy uważają, że jak Niemcy nie dadzą nam pieniędzy to przestaniemy istnieć. Nauczmy się wreszcie, że kiedyś będziemy samodzielnie żyć. Będziemy też płatnikiem netto w UE, przecież Polska się rozwija.

Dobrze, że pan wspomniał o tym, że Polska będzie płatnikiem netto w Unii. W dyskusji na temat kształtu budżetu UE brakuje stwierdzenia prostego faktu, że niebawem będziemy więcej dopłacać do Unii niż z niej wyciągać.

Polska się rozwija, więc niebawem będziemy dopłacać do Unii, bo są i będą biedniejsze kraje od nas. Wchodząc do Unii wiedzieliśmy o tym i godziliśmy się na to. Jednak politycy z obu stron politycznej barykady zachowują się tak, jakby te pieniądze nam się należały z definicji. Za co niby mają nam się to należeć?

W UE zmieniły się preferencje merytoryczne. Dla Unii ważna jest walka z bezrobociem, które w części państw jest przerażające. Chodzi również o wsparcie krajów, które najwięcej straciły na fali imigracyjnej. Ważna jest wspólna polityka obronna, która jest pewnym mitem, ale jednak będzie kosztowała. Trzeba znacząco zwiększyć wydatki na Frontex.

Nie pomoże nam również to co dzieje się w Europie i kwestia art. 7. Negocjacje ministra Czaputowicza i premiera Morawieckiego z Junckerem i Timmermansem nie zakończą sprawy. To jest wygodny pretekst. Nikt tego nie powie głośno, ale to jest moralne alibi, żeby pieniądze unijne skierować gdzie indziej.

Gdyby dialog Polski z Komisją Europejską zakończył się naszym sukcesem Juncker i Timmermans przyznaliby się do porażki.

Nie mogą tego zrobić. Obaj kończą karierę polityczną i chcą ją zakończyć sukcesem. A wszystko im się kruszy. Proszę zobaczyć co się dzieje we Włoszech. Premier Conte nie zostawił żadnych złudzeń, jak będzie wyglądała polityka włoska.

Niemieckie media ostro krytykują Włochy. Widać to chociażby po okładkach tygodników.

Pokazuje to spójność lub niespójność działań niemieckich mediów i rządu niemieckiego. Kiedy jest im to wygodne, rząd niemiecki mówi, że media są wolne i mówią co chcą np. o Polsce. Ale kiedy jest to rządowi wygodne, media mówią jednoznacznie wspólnym głosem z rządem. Czyli to jest taka wewnętrzna gra mediów z rządem. Jeżeli trzeba to media napuszcza się na kogoś i mówi się, że nie ma się na to wpływu ponieważ są wolne. Jak nie trzeba to się wydaje rozkaz mediom, żeby mówiły jednym głosem z rządem. Chyba jednak jak pisał Tolkiem wiatr się zmienił w UE. To co się wydarzyło we Włoszech jest w mojej ocenie przełomem. Spróbowali Holendrzy, nie udało się, spróbowali Francuzi nie powiodło się, w Niemczech też się nie udało, ale we Włoszech się udało.

To prawda. Zobaczymy jak będzie w kolejnych wyborach w kolejnych państwach.

Sądzę, że to pewien trend. To będzie inna Europa, inna filozofia państw, inna filozofia Wspólnoty Europejskiej. Tylko teraz trzeba robić wszystko mądrze, żeby Wspólnota przetrwała. Teraz największym eurosceptykiem UE jest Frans Timmermans i Angela Merkel, bo ich polityka prowadzi do rozpadu Wspólnoty.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ