Prof. Bartyzel o reformie Gowina: To katastrofa, próba leczenia polskiej nauki śmiertelną trucizną

jgowin.jpg

Reforma jest katastrofą. Nikt nie twierdzi, że stan nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce jest dobry. Projekt reformy nauki jest przejściem od złego do bardzo złego, do katastrofy, zwłaszcza dla kierunków humanistycznych. Tak jakby ktoś chciał leczyć ciężką, ale uleczalną chorobę śmiertelną trucizną

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl wykładowca Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu prof. Jacek Bartyzel

 

wPolityce.pl: Co pan sądzi o protestach przeciwko reformie nauki i szkolnictwa wyższego przygotowanej przez ministra Jarosława Gowina?

Prof. Jacek Bartyzel: Mam ambiwalentny stosunek do nich. W protesty włączyły się radykalnie lewicowe organizacje, którzy twierdzą, że reforma będzie rzekomym uderzenie w demokratyzację na uczelni. Uczelnia nie może i nie powinna być demokratyczna. Jest korporacją uczonych, których wpływ na uczelnię jest proporcjonalny do ich rangi, stopnia, dorobku, zasług. Więc to jest całkowite terminologicznie pomylenie pojęć. Należy natomiast bronić autonomii uczelni. Myślę jednak, że kształt ustawy ministra Gowina usprawiedliwia protesty przeciwko niej. Szkoda tylko, że najbardziej spektakularne działania podejmują środowiska lewicowe, które zawsze lubią zrobić najwięcej hałasu.

Jaka jest pańska ocena projektu reformy nauki i szkolnictwa wyższego przygotowany przez ministra Jarosława Gowina?

Reforma jest katastrofą. Nikt nie twierdzi, że stan nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce jest dobry. Projekt reformy nauki jest jednak przejściem od złego do bardzo złego, do katastrofy, zwłaszcza dla kierunków humanistycznych. Tak jakby ktoś chciał leczyć ciężką, ale uleczalną chorobę śmiertelną trucizną.

Co pana zdaniem jest najbardziej szkodliwe w reformie?

Kilka rzeczy równorzędnie. Po pierwsze, sama struktura życia akademickiego i sposób wyłaniania jego władz. Ustawa wprowadza właściwie absolutne rządy rektora. Decydujący głos w sprawie wyboru rektora nie będą mieli uczeni tylko osoby spoza uczelni, które nie kierują się interesem nauki, ale własnym partykularnym interesem biznesowym. Czyli o tym, kto będzie zarządzał uczelnią i to zarządzał w sposób jednoosobowy będą decydowali nieuczeni. W dodatku rektor praktycznie będzie mógł wyznaczyć swojego następcę. Autonomia w tym zakresie, że Senat i profesorowie będą mieli decydujący głos o wyborze rektora stanie się fikcją. To jest pierwsza negatywna rzecz w omawianej ustawie.

Na co jeszcze zwróciłby pan uwagę? Co budzi niepokój pana profesora?

Praktyczna likwidacja wydziałów. Wydziały oczywiście mogą być powoływane i pewnie będą, tylko, że rady wydziałów stracą wpływ na zarządzanie nimi. Nie będą miały wpływu na to co jest najważniejsze, na nadawanie stopni i tytułów naukowych. Pojawia się problem wyjątkowo poważny i rozwiązanie jest wyjątkowo absurdalne.

Stopnie naukowe będą nadawały już nie rady wydziałów, ale Senat uczelni, który reprezentuje przecież różne dziedziny wiedzy, które nie mają często ze sobą żadnej styczności.

Humaniści będą głosować w sprawie nadania bądź nie stopnia naukowego przedstawicielom nauk ścisłych. Naukowcy reprezentujący nauki ścisłe będą decydować o stopniach naukowych dla humanistów. Jedni i drudzy nie mają do tego żadnych kompetencji.

Jak obecnie wygląda proces nadawania stopnia doktorskiego?

Na niektórych wydziałach, np. na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu proces nadawania stopnia doktora odbywa się w obrębie komisji powoływanej przez radę wydziału. Członków komisji dobiera się tak, żeby byli jeżeli nie specjalistami to przynajmniej, żeby możliwie jak najlepiej byli zorientowani w subdyscyplinie czy w obszarze badań kandydata doktoranta.

To logiczne, wtedy są w stanie ocenić zrecenzować pracę i ocenić jej wartość naukową.

Oczywiście. Rada wydziału później to zatwierdza. Habilitacje są prowadzone przez radę wydziału, a później są zatwierdzane przez komisje. Ale również są powoływane osoby na tyle kompetentne, żeby wydać wstępną opinię czy taka habilitacja powinna się odbywać. Jeżeli teraz habilitację czy doktorat z politologii będzie nadawać Senat to proszę mi powiedzieć jaką kompetencję ma fizyk do oceny jakości pracy naukowej z dziedziny politologii? Dotyczy to właściwie wszystkich wydziałów.

Mają być w praktyce zniesione habilitacje. Dobry krok?

Został wprowadzony kompletny chaos. Zamiast wzmocnić poziom habilitacji, który jest obecnie niezadowalający, wprowadza się drastyczne obniżenie kryteriów. Rozwiązanie polegające na tym, że habilitacja może być, ale nie musi być robiona przez naukowca jest dziwaczne i absurdalne.

Do czego prowadzi to rozwiązanie?

Będą tzw. profesorowie dydaktyczni, którzy będą niczym innym niż tzw. starsi wykładowcy, którzy nie mieli żadnego obowiązku pracy naukowej. Uczelnie będą przechowalnią dla ludzi, którzy nie są w stanie prowadzić samodzielnych badań. Powiedzmy sobie szczerze, naukowo są po prostu zerami, ale będą do emerytury zatrudnieni na uczelni. Wprowadza się możliwość habilitacji jeśli ktoś będzie zainteresowany nie poprzez napisanie rozprawy naukowej, ale tylko poprzez uzyskanie grantu europejskiego.

Nie będzie jednak żadnej procedury weryfikacyjnej.

Grant nie będzie musiał owocować jakąkolwiek pracą naukową. To, że określi się go jako grant o uznanej i międzynarodowej renomie w dzisiejszych czasach nic nie oznacza. Międzynarodową renomę może mieć praca o feministycznym spojrzeniu na historię albo o gender, albo o promowaniu LGBT i jakiś rzekomych problemach z tym związanych. Renomę będą miały prace o charakterze ideologiczno-politycznym, a nie naukowym. Granty będą demoralizujące, ponieważ będzie toczyła się walka o duże pieniądze z grantów. Niestety nie będzie chodziło o to, aby coś nowego i oryginalnego wypracować.

Krytykowany jest również sposób punktowania publikacji. Jak pan się do tego zarzutu odniesie?

To kolejny problem zawarty w projekcie reformy nauki. Będzie to dodatkowe pogłębienie manii parametryzacyjnej, czyli systemu punktowania publikacji w których się wyodrębni arbitralnie pewne czasopisma, jakby z góry uznane za wartościowe i wysokopunktowane. Będzie to się także wiązało z wyśrubowaniem kosztów wydawania publikacji np. książek w certyfikowanych wydawnictwach. Pracownicy naukowi, zwłaszcza młodzi są wynagradzani fatalnie, a będą mieli jeszcze gorsze pensje. Według nowych przepisów ministerstwa finansów na temat kosztu uzyskania przychodów wszyscy pracownicy naukowi stracą co najmniej kilkaset złotych. Zdobycie publikacji w czasopiśmie zagranicznym z listy filadelfijskiej wiąże się z gigantycznymi kosztami.

Kogo będzie stać na taką publikację?

Prawdopodobnie tylko tych, którzy dadzą się skorumpować sponsorom zewnętrznym. W gronie tych osób znajdą się naukowcy, którzy będą pisali takie prace, które będą odpowiadały gustom ideologicznym czy innym interesom różnych grup. Przecież tylko oni będą w stanie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy za to, żeby uzyskać taką publikację. To są te najgorsze skutki. Przede wszystkim to odbije się najbardziej na humanistyce.

Część osób broniąc ustawy jako argument podają, że podobnie jest w Stanach Zjednoczonych.

Oszukują siebie samych albo innych przekonaniem, że będzie tak jak w Stanach Zjednoczonych. Tam wielki biznes finansuje dziedziny wiedzy i badania, które mają faktyczne zastosowanie np. w medycynie. Niektórzy liczą, że wydziały wspierane przez biznes będą finansowały nieutylitarne badania naukowe humanistyczne. Nic takiego nie nastąpi.

Dlaczego?

Ponieważ przeszczepianie takiego wzorca jest w Polsce niemożliwe. W Stanach Zjednoczonych jest inny system uczelni, poza tym to kraj o zupełnie innej mentalności, o zdecydowanie innym typie gospodarki i społeczeństwa. Często uczelnie w USA powstawały jako efekt filantropijnej działalności wielkiego biznesu. Przenoszenie tego do naszych warunków nie może przynieść takich rezultatów. Różnica tkwi również pomiędzy wielkim biznesem, który ma  ogromną tradycję i utrwalone wzorce finansowania, a małymi biznesikami cwaniaczków, którzy zwietrzą okazję do wyciągnięcia pieniędzy publicznych z uniwersytetów.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ